• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[22.09.72 | Mabon] Jedzcie i pijcie z tego wszyscy | Bertie&Millie&Alastor&Aaron

[22.09.72 | Mabon] Jedzcie i pijcie z tego wszyscy | Bertie&Millie&Alastor&Aaron
cupcake
I just wanted you to know
That baby, you the best
wiek
37
sława
VII
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
celebryta, cukiernik, kucharz
Wysoki mężczyzna, mający ok 183 cm wzrostu, niebieskie oczy i blond włosy. W towarzystwie przyjaciół i zaciszu własnego domu zapuszcza brodę, którą goli na poczet zdjęć do gazet i wydarzeń towarzyskich. Jowialny człowiek, który zazwyczaj uśmiecha się do wszystkich niezależnie od sytuacji.

Bertie Bott
#1
23.01.2026, 06:23  ✶  

Uważał, że niesamowitym pomysłem było, by zorganizować tegoroczne Mabon właśnie w jego restauracji nad którą tak ostatnimi czasy pracował. Mieli kuchnię, mieli salę, mieli pełno miejsca, więc nic nie stało na przeszkodzie, a kucharze którzy odpowiedzieli na jego ogłoszenie, dość chętnie podjęli się przygotowania całego tego obiadu, bo galeony piechotą nie chodziły. Oto więc mieli suto zastawiony stół, którym królowały tak samo klasyczne, proste dania, jak i te nieco bardziej wykwintne. Były duszone warzywa; królowała oczywiście dynia, do której dorzucono korzenne warzywa i ziemniaki. Oprócz tego chleb na zakwasie, dyniową zupę, ale także paszteciki z mięsem i bez, dyniowe placki, nadziewany drób, a do tego aromatyczne sosy, w których można było przebierać. Na deser przewidziane były pieczone jabłka w waniliowym sosie, szarlotka, dyniowe ciasta i kandyzowane orzechy. Do picia klasyczny cydr, piwo zwykłe i takie, nad którym pracował ostatnio czyli z nutą raptuśnika, po którego wypiciu człowiekowi polepszał się humor i uśmiechał się chętniej. Ale gdyby ktoś chciał, można było poprosić tak samo o herbatę, jak i coś z wyższej półki, w końcu mieli do dyspozycji całą piwniczkę i jej zawartość.

Pomimo tego, że ktoś to wszystko musiał razem z nim gotować, w restauracji byli sami. Bott postanowił odesłać pracowników, po pierwsze uznając że z podaniem sam da sobie radę, a po drugie było święto i inni też powinni spędzić je ze swoimi rodzinami. Należało się cieszyć towarzystwem i atmosferą, a nie czekać aż szef skończy jeść. Na wszystko czego nie zjedzą też miał plan - chciał to potem wszystko zapakować i część wcisnąć faktycznie Millie i Alastarowi, podczas gdy reszta miała trafić do kuchni gdzie mogli zgłaszać się potrzebujący.

Wnętrze lokalu dawało wrażenie ciepłości i wygody. Dużo tu było przede wszystkim drewna, bo widać było ciemne panele, lite stoły i belki które odcinały się na tle bielonego sufitu. Światło też samo w sobie miało ciepły kolor, no było też nieco zieleni w postaci rozstawionych gdzieniegdzie roślin. Na ulicę wyglądało szerokie okno od frontu, w które wstawione były barwione szybki. Obiad natomiast został przygotowany dla nich na owalnym stole, gdzie wszyscy mogli pomieścić się we czwórkę. Co oprócz tego rzucało się w oczy to odsłonięta bielusieńka i goła ściana, od której odsunięte były meble. Na coś czekała.

- A to twoja ściana, Mills - powiedział, szerokim gestem prezentując przyszłe płótno nie tylko samej artystce, ale też jej bratu i ojcu. - Czeka na ciebie i twoje artystyczne popisy, dokładnie tak jak obiecałem. Już nie mogę się doczekać, co mi tutaj namalujesz. Wiem jednak, że cokolwiek to nie będzie, na pewno okaże się wspaniałe. W końcu neisamowita z ciebie artystka!

Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#2
23.01.2026, 10:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2026, 11:13 przez Aaron Andrew Moody.)  
Czy naprawdę potrzebujesz do połowy pomalowanej ściany?, chciał spytać kpiąco Bertiego, bo przecież wiadomym było, że jeżeli Millie coś zacznie, to tego nigdy nie skończy.

Na szczęście zdążył ugryźć się w język.

Aaron lubił w wystroju prostotę. Klasyczne połączenia, które z jakiegoś powodu nazywano klasycznymi – zwyczajnie nie mogły zawieść. Choć rozglądał się wokół krytycznie, oceniając, czy można byłoby coś poprawić, albo w czymś pomóc, widać było, że podobało mu się w restauracji Bertiego. Dzieciak odwalił naprawdę kawał dobrej roboty urządzając lokal. Nie podobały mu się tylko witraże, bo te kojarzyły się Aaronowi z przaśnym wnętrzem bożnic. Najładniejszymi kolorami pomalowałoby wnętrze same słońce. Aaron wstawał często z poranną szarówką, a szykując się do pracy, przypatrywał się, jak pierwsze promienie słońca barwią niebo za oknem. Dzień stawał się coraz krótszym, wiedział więc, że niedługo nocną zmianę będzie rozpoczynał jego zachodem. Zjeżdżając wieczorem do podziemi Ministerstwa żegnać będą go więc oranże, róże i czerwienie rozlewające się wzdłuż nieboskłonu.

Chociaż myślami był jak zawsze przy pracy, wyjątkowo nie miał na sobie munduru aurora, co było widokiem dla każdego chyba dość niecodziennym. Nałożył swój nieco wyblakły już garnitur, sapnąwszy z ulgą, gdy sprawdził, czy guzik kamizelki zapina się wciąż na brzuchu. Zapinał się, ale i Moody tak porzucił kamizelkę, pozostając tylko w koszuli i lżejszej marynarce. Przeważyły ostatecznie względy praktyczne, bo czasem jak mu ktoś podnosił ciśnienie, robiło mu się gorąco. A skoro już o pracy mowa, dyżur świąteczny wziął, ale później, akurat, żeby mieć pretekst, żeby wyjść. Bez pytania wykreślił jednak z kartki z dyżurami syna, bo dobrze byłoby, żeby przynajmniej on pobył z bliskimi. Już przygotował w głowie pogadankę o "różnych rodzajach służby"... Służba wobec rodziny jest tak samo ważna jak ta wobec kraju, Alastorze. Oczywiście, ani słowa nie byłoby tam o tym, że Aaron przejął się wszystkim, co spotkało jego dzieci w trakcie Spalonej Nocy. Przejął się tym, co zobaczył na spotkaniu Zakonu, gdy wreszcie mógł zobaczyć Alastora i Millie obok siebie, dokonać oceny sytuacji. Zawsze to była prosta zależność, zawsze "Millie cię potrzebuje, jesteś jej bratem", powtarzane z takim przekonaniem, jak gdyby sam nie był jej ojcem. A jednak był też ojcem Alastora, dlatego wiedział, że "a ty potrzebujesz Millie" należy pozostawić niewypowiedzianym.

Spóźnił się, bo musiał nieco znieczulić się przed przyjściem tutaj. Święta w rodzinnym gronie nie były czymś, co byłby w stanie znieść na trzeźwo. Ale Aaron nigdy nie był zbyt dobry w przyznawaniu się do swych porażek. A już zwłaszcza tych wychowawczych. Nie był pijany, ale wychylił może ze dwa kieliszeczki czegoś mocniejszego, żeby poczuć znajome pieczenie w gardle. Miało przypominać mu o tym, żeby nie zaogniać niepotrzebnie dyskusji przy stole.

Komentarz na temat artystycznych zdolności Millie zagryzł więc w zębach i przełknął wraz z kęsem placka dyniowego. Uprzejmie popatrzył jednak na wskazaną przez Bertiego ścianę, milcząc na tyle długo, żeby inni mogli pomyśleć, że rzeczywiście wyobraża sobie pokrywające ją "artystyczne popisy". Tylko że Aaron znał swoją córkę. Wiedział, że Millie pomaże część ściany farbami, w połowie zmieni jednak koncept, tracąc zaangażowanie. Odzyska je na krótką chwilę, domaluje co nieco w nagłym przypływie weny twórczej, a potem podda się... Choć nie będzie potrafiła nigdy przemóc się, i przyznać się przed sobą, że się poddała. Więc straszyć będzie taka niedorobiona ściana, i tylko co bogatsi klienci będą z zachwytem pytać Bertiego, czy to sztuka koncepcyjna. Moody ściągnął usta w wąską kreskę.

– A te belki, co tak ładnie tam podwiesiliście u sufitu, to chociaż zaimpregnowane? – zapytał Bertiego, pokazując paluchem, o które konkretnie mu chodzi. Można by pomyśleć, że trochę czepliwie, ale właśnie tak stary Moody okazywał swoją troskę najbliższym. – Jest taki dobry lakier skutecznie zabezpieczający przed ogniem, tylko że drogi, więc firmy remontowe niestety rzadko go używają. Kogo brałeś do renowacji?
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#3
06.02.2026, 18:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.02.2026, 18:55 przez Millie Moody.)  
Uważała, że wszyscy magipsychiatrzy świata powinni jej wybaczyć.

To była wyjątkowa okazja i eliksiry poczekają, na rzecz dwóch (aby nie kuleć) kieliszków słodkiej ziołowej nalewki.

To prawie jak eliksir prawda?

Prawda?!

Prawda była taka, że nie dzierżyła rodzinnych spotkań na których ojciec nie miał służby za siebie czy za kogoś. Na palcach jednej ręki mogła jednak takowe policzyć, bo Alek poszedł w ślady starego chuja i też brał wszystko co popadnie.

To było dobre rozwiązanie. Brak spotkań oznaczał brak problemów i brak tego całego... wszystkiego. Ładne ubrania. Ładne miejsce. Ładne jedzenie.

Ładnie się zachowuj

Niemal słyszała głos matki (właściwie to go słyszała co jakiś czas, ale to już była sprawa do gabinetu, niekoniecznie na sabat z Bertim i Alkiem), który powtarzał jej to jak mantrę. Łagodność i siła, siła w łagodności kurwa jego mać.

Komplement przyjaciela podniósł jej gardę, pociągnięte różem (z zaaplikowanej sobie zawczasu nalewki) nie zaróżowiły się bardziej.

– Pomyślałam o pejzażu z Doliny. O tym naszym ulubionym miejscu na ryby, jak kiedyś... – uśmiechnęła się zaskakująco łagodnie jak na siebie i pod stołem odszukała dłoń Alastora, szukając nad stołem złotymi oczami wspomnień odbijających się od umęczonych Spaloną Nocą wspomnień z czasów, gdy jeszcze nie było tak chujowo. Nigdzie nie paliły się świeczki, i chociaż matki z nimi nie było, to mogła przecież zachowywać się dla niego, prawda? Specjalnie wybrała koszulę w ryby, których nazw nigdy nie pamiętała (śledź i większy śledź, to były adekwatne dla nich nazwy), ogarnęła u Brenki, żeby jej włosy jednak były dłuższe, a nie jak Morfinie się uwidziały.

Chciała zapytać, czy myślał o tym, żeby znaleźć czas do magipsychiatry, o którym mówiła na spotkaniu zakonu, ale zmięła to pytanie w ustach. Ciążyło jej, podobnie jak tarcza ochronna przez starczym pierdoleniem Moody'ego seniora, więc zamiast tego upiła łyk wina. Właściwie to miał być łyk, ale nie ważne, bo cały płyn zniknął, dając przyjemną miękkość w kolanach i - niestety - większą łatwość w okazywaniu emocji, które planowała bardzo szumnymi deklaracjami o poranku schować se w dupę, znaczy do kieszeni głęboko.

@Alastor Moody @Bertie Bott @Aaron Moody (pisałam według kolejki Serduszko Serduszko Serduszko)

constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#4
21.02.2026, 16:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.02.2026, 16:02 przez Alastor Moody.)  
Od Spalonej Nocy minęło sporo czasu, ale Alastor nigdy nie odzyskał pełnej klarowności umysłu. Stała czujność, tekst kojarzony do tej pory ze śmiechem, żartami i tym, jakim Moody był niepoprawnym pracoholikiem, nagle nabrał o wiele ciemniejszych, barw – bo młody Auror zdawał się dostrzegać zagrożenia we wszystkim i wszędzie. To już nie były dowcipy ani zaczepki. On naprawdę bał się własnego cienia i coraz mocniej potrzebował ciągłego upewnienia się, że to co znajduje się wokół niego jest rzeczywiste.

Oczywiście, jak na Moody'ego przystało, przeszkadzała mu wizja dzielenia się tym z innymi. Wiedział o postępującym szaleństwie, ale nie mówił o tym – pewnych rzeczy trzeba było się przy nim domyślić. Testy spostrzegawczości nie były tu wyjątkowo skomplikowane, ale żeby je przejść, trzeba było go minimalnie znać. Sprawnie unikał więc oceny w pracy, ale dzisiaj... Cóż, dzisiaj obawiał się, że fasada w końcu pęknie, obnażając wszystkie jego niedoskonałości, bo kto miał zasiąść przy jednym stole z trójką najbliższych mu ludzi. Problemy z bezsennością ciążyły mu już od dłuższego czasu, ale nocy poprzedzającej Mabon nie pomogło mu już nawet zwykłe piwo – musiał spić się cięższym alkoholem, a rano zmyć z siebie tak dużą ilość potu, że czuł się jakby zmienił skórę. I trochę tak chyba było? Wrak człowieka nagle stał się kimś wyglądającym chociaż trochę wyjściowo. Założył wyprasowaną koszulę, w miarę eleganckie spodnie. Nie miał żadnych ekstrawaganckich ubrań, ale wyglądał bardzo schludnie. Zwykle roztrzepane włosy ułożyły się nawet nieco lepiej niż zwykle – były już na tyle długie, aby zakręcić się na końcach, co czyniło je wyraźną ozdobą zmęczonej twarzy.

Zamierzał robić dziś to, do czego życie z takim ojcem przygotowało go najlepiej – dobrą minę do złej gry.

Oczywiście, że Bott to zauważy. To, jak pęka. Uścisnął mu dłoń na powitanie jak zawsze, objął go jak zawsze, poklepał go po plecach jak zawsze. Dobrze ubrany, pachnący wodą kolońską na specjalne okazje – jak w szczycie własnych możliwości, a jednak Bott zawsze wiedział. Zupełnie jakby mógł mimo wszystko poczuć ten alkohol, jakby nie dało się zmyć tego smrodu mimo szorowania ciała gąbką. Na szczęście Alastor nigdy nie odnosił wrażenia, że jest tymi bystrymi, spostrzegawczymi oczyma oceniany. Były w nich troska i zmartwienie, nigdy pogarda. Bo Bott to dobry człowiek był. Czasami zbyt dobry dla tego świata. Był przyjacielem, którego każdy chciał mieć.

– Bertie – powiedział do niego wesoło, nie kryjąc lekkiego wzruszenia – to miejsce jest cudowne. – Miał wrażenie, że już mu to mówił pięć, może i więcej razy. Bo to miejsce było cudowne i Alastor nie mógł przepracować radości związanej z tym, że to co stało się z chatą Botta w Dolinie w żaden sposób tego wspaniałego człowieka nie zatrzymało. Może nawet nadało mu rozpędu. To zaś sprawiało, że Moody czuł potrzebę walki z własnym losem. No bo przecież zawsze, kiedy zakładał na ciało mundur i mierzył się z wizją rychłej śmierci – ostatniej służby, z której już nigdy nie wraca – to właśnie Millie i Bertie, ich przepiękne uśmiechy i dusze pełne marzeń, uspokajały go i pozwalały mu na przekraczanie granic własnych możliwości. Dla nich warto było walczyć i czynić ten świat lepszym. On sam szczególnie czarującego życia przecież nie miał. Aktualnie spał na materacu na podłodze w jednym z mieszkań z sieci. Nie potrafił o siebie zadbać. Właściwie jedyną rzeczą, jaką zrobił dla siebie przez ostatnie lata, było nie zerwanie kontaktu z Eden.

Położył dłoń tak, aby siostra mogła wsunąć w nią swoją, po czym zacisnął swoje wielkie, szorstkie palce.

– Heeej, to jest coś, co naprawdę chciałbym zobaczyć – przyznał. I chciał nawet zasugerować coś od siebie: portret tej kury, co w Beltane porwał ją wiatr, ale ugryzł się w język, bo przecież to mogło lepiej zadziałać jako niespodzianka.

Wzrok przeniósł na swojego ojca.

– Pracujesz dzisiaj? – Jeszcze nie był świadom tego, że on sam został z listy wykreślony.

@Millie Moody @Bertie Bott @Aaron Andrew Moody


fear is the mind-killer.
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#5
21.02.2026, 16:05  ✶  
Nie dotykają się żadne omamy, ale trauma ognia pozostaje silną. Kiedy w trakcie trwania tej sesji widzisz płomienie, na moment zastygasz w bezruchu przepełniony strachem. Wydaje ci się, że nadchodzą. Kto? Oni... One? Te istoty złożone z dymu i lęków...
cupcake
I just wanted you to know
That baby, you the best
wiek
37
sława
VII
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
celebryta, cukiernik, kucharz
Wysoki mężczyzna, mający ok 183 cm wzrostu, niebieskie oczy i blond włosy. W towarzystwie przyjaciół i zaciszu własnego domu zapuszcza brodę, którą goli na poczet zdjęć do gazet i wydarzeń towarzyskich. Jowialny człowiek, który zazwyczaj uśmiecha się do wszystkich niezależnie od sytuacji.

Bertie Bott
#6
26.03.2026, 03:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2026, 03:20 przez Bertie Bott.)  

Bertie nigdy nie oceniał, bo sam za często był swoim życiu poddawany jakimś dziwnym, wyimaginowanym miarom. Jego droga do tego miejsca była skomplikowana i usiana przeróżnymi przeszkodami, które najczęściej rzucali mu pod nogi inni ludzie, niezadowoleni z jakiejś drobnostki której dopuścił się przez sam fakt istnienia. Pochodzenie, brak rodziny, trzy zmarłe żony. Może dlatego patrzył na ludzi łagodnie i starał się dostrzegać w nich to, co mieli najlepszego do zaoferowania.
Nigdy jednak nie znaczyło to, że pozostawał ślepy na wszelkie ich wady. Spojrzenie błękitnych oczu przebiegało po rysach, które posiadał każdy człowiek, a które tym bardziej były widoczne, im bliżsi byli mu to ludzie. Dostrzegał tę wyraźną zmianę w Alastorze. Wyrwę, jaką zdawała się pozostawić po sobie Spalona Noc. Widział, jak Millie jest zbyt grzeczna i ułożona, a prawdę powiedziawszy to było to dla niego bardziej niekomfortowe niż fakt, że Aaron nie pojawił się na sabacie w mundurze. Zwykle widział go w takim właśnie wydaniu. Zwykle, o ile nie zawsze, jeśli miał być szczerym. Stary Moody był zwykle zaledwie jakimś cieniem, który zawsze ciągnął się za jego dziećmi. Ale Bertie nie oceniał.

- Dziękuję - uśmiechnął się do Alastora ciepło. Było cudowne, tak. Wiedział to, a mimo tego usłyszenie tego ze słów przyjaciela, to jednak było zupełnie inne doświadczenie. Tak jakby te słowa sprawiały że kroczył po obranej ścieżce o wiele pewniej i dostrzegał na niej więcej detali.

- Krajobraz Doliny, tak, to jest to - rozmarzył się. A fakt, że było ono związane z łowieniem ryb, tylko mocniej do niego przemawiał. - Widzę też, że ubrałaś się w sam raz na tę deklarację - zaśmiał się cicho, wskazując na koszulę upstrzoną rybami. Sam by chciał taką mieć.

- Te belki już tutaj były. Są częścią oryginalnej architektury tego miejsca. Odnowiliśmy je więc i poprawiliśmy sufit tak, żeby były widoczne. Zaimpregnowane też, oczywiście, dzięki czemu kolor jest bardziej nasycony, no i też mają odrobinę połysku - wyjaśnił grzeczne, posyłając i jemu uśmiech, zaraz zapatrując się ku górze, na wspomniane belki. - Korzystałem z pomocy rzemieślników z Doliny, chcąc wspierać, szczególnie teraz, tamtejsze warsztaty. Głównie sąsiedzi, tak naprawdę, sporo z nich zna się na takich rzeczach.


@Alastor Moody@Millie Moody@Aaron Andrew Moody

//ofc że zapomniałam
!Strach przed imieniem
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#7
26.03.2026, 03:19  ✶  
Słyszysz go. Słyszysz kroki czarnoksiężnika, który znajduje się tak blisko. Czujesz smród zgnilizny jego duszy. To omamy? Przez moment tak sobie wmawiasz, bo to lżejsze niż pogodzić się z prawdą, że być może jakaś część Niego będzie w tobie już na zawsze.
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#8
1 godzinę temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 1 godzinę temu przez Aaron Andrew Moody.)  
– Wygląda na porządną robotę. – Aaron skinął głową z uznaniem. W Dolinie musiało mieszkać wielu zręcznych rzemieślników, skoro nie tylko wyrabiali się z naprawami, jakich wymagały po Spalonej Nocy domy mieszkańców wioski, ale i podejmowali dodatkowe zlecenia. Dobrze, że Bertie miał sąsiadów, na których można było liczyć, zwłaszcza, że w trakcie pożarów zaklątwiło mu podobno dom. Przynajmniej całkiem nie spłonął, jak dotychczasowe lokum Alastora. Aaron gadał już ze znajomym stolarzem, żeby wyszykował mu jakieś porządniejsze meble do nowego mieszkania, bo jak znał swojego syna, prędzej zacznie żyć jak wilkołak w barłogu niż zajmie się jego wyporządzeniem. Powiedzieć, że dręczyło to starego, byłoby dużym niedopowiedzeniem. Wychował się w nieco innych czasach, wtedy, gdy widmo globalnej wojny czarodziejów nieustannie wisiało nad głową. Jego młodość wypadła w okresie między dwoma największymi konfliktami zbrojnymi świata mugolskiego. Może dlatego Aaron zawsze próbował wyciągnąć z życia tyle, ile się dało. Był człowiekiem zapobiegliwym, przepełnionym potrzebą działania. Ukształtowanym przez strach, że świat może się rozpaść szybciej, niż zdąży się go poskładać. Może dlatego Aaron nie potrafił zrozumieć obojętności wobec rzeczy pozostawionych w nieładzie. Nie chodziło ani o wygodę ani o wygląd, ale o coś głębszego. O przekonanie, że człowiek, który przestaje dbać o to, w jakim otoczeniu żyje, stopniowo zaczyna tracić zdolność dbania o cokolwiek. Włącznie z tym, co najważniejsze.

Aaron bywał popędliwy, często brakowało mu cierpliwości. Budował więc rzeczy, które miały trwać dłużej niż jego własna cierpliwość. Wiedział, jak położyć deskę, żeby nie skrzypiała pod ciężarem kroków, jak spasować drewno, by nie puściło, gdy poczuje wilgoć. Wierzył, że gdy zbuduje się dla siebie wystarczająco trwały fundament, zdoła się przetrwać bombardowanie. Czy tego brakowało jego synowi? Fundamentu? Przecież nie był to pierwszy raz, gdy ogień spadał na nich z nieba. Nie ostatni. Przynajmniej Millie wyglądała nawet znośnie, na policzkach miała nieco więcej koloru niż zwykle, co Aaron odnotował z niejaką ulgą, chociaż na widok stojącego przy jej talerzu kielicha z winem, zwątpił, czy rzeczywiście powinien zawdzięczać tę nagłą zmianę poprawie zdrowia córki. Pewnie nie, zwłaszcza, że pociągnęła z niego nader hojnie. To też miała po nim. Chociaż jak na rasowego hipokrytę przystało, Aaron pił przy świątecznym stole tylko herbatę.

– Aha. – Na pytanie syna odpowiedział krótkim skinięciem głowy. – Wykreśliłem cię akurat z grafiku, żebyś mógł sobie poświętować. Umówiłem się z Crickerlym, że potem do mnie dołączy. Uważam, że powinieneś wybrać się w końcu do magomedyka. To dobry moment, żeby przygotować się psychicznie do tego gówna – stwierdził, nie precyzując, co konkretnie ma na myśli. Równie dobrze mógł mówić o okresowych testach psychologicznych i sprawnościowych, jakie musieli przechodzić aurorzy. Zerknął jednak spod oka na syna, nieco dłużej zatrzymując na nim czujne spojrzenie zielonych oczu. Wyrażał się w sposób dostatecznie wymijający, żeby nie musieć poruszać drażliwego tematu w sposób, który Alastora zwyczajnie by zawstydził. Dostatecznie autorytarny, żeby jasno dać mu do zrozumienia to, co reszta zgromadzonych przy stole bała się powiedzieć na głos, chociaż być może dostrzegła oznaki tego wcześniej, niż zrobił to stary Moody. Ale taka już była hierarchia rzeczywistości tej rodziny. Dla nich Alastor był fundamentem, dla Aarona był natomiast synem.

– To kiedy planujesz wielkie otwarcie? – pociągnął jak gdyby nigdy nic temat restauracji Bertiego, biorąc kolejny kęs placka. Jeżeli już takowe było już ogłaszane, zwyczajnie to przegapił.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (1150), Alastor Moody (641), Bertie Bott (795), Millie Moody (349), Pan Losu (82)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa