Flynn nie oglądał się już za swoim bratem. Tak, wizerunek Jima w jego oczach wyraźnie się dzisiaj ocieplił, ale nie zmieniało to faktu, że bym wciąż tym samym nieznośnym i pod wieloma względami samolubnym sobą. Nie miał zamiaru za nim biec, najwyraźniej nie miał też zamiaru pomóc mu w sprzątaniu kosmetyków i farby, którą rozlał na ziemię przy malowaniu jego pleców. Od niechcenia zapiął luźne guziki koszuli, jaką miał na sobie do występu i zakrył ją kurtką. Było na nią za ciepło, ale on wolał to niż stanie tutaj w tym kostiumie.
- Kiepski to ja jestem w grę zwaną życiem - odburknął. - Nie mam zamiaru za tobą biegać po tym jak się wypieprzyłem na bruk. - Oczywiście równie sprawnie co poprzednio, całkowicie zignorował fakt, że wywalił się właśnie... biegnąc za nim, żeby dać mu ten cholerny pierścionek. Tak, Flynn należał do osób inteligentnych, ale wyraźnie zgubił teraz wszystkie dostępne, mądre myśli, bo nawet nie zdał sobie sprawy z tej głupoty, jaką palnął jak gdyby nigdy nic. Ciężko było o skupienie przy kimś takim jak Laurent - całą energię skupiał na tym, żeby nie robić do niego znowu psich oczu, w czym niewątpliwie pomogła mu sugestia, że czasem powinien wybrać. - A ty masz jakiś dzień dorywania innym? - Oh nie pasowały do niego te teksty, szpile wbijane tu i ówdzie. Ha, a może pasowały tylko... Flynn nie chciał już tego od niego słyszeć?
Poszedł za nim, rozpalając papierosa. Usiadł na ławce, wpatrując się w tę rozwścieczoną kicię i zastanawiał się, po co zabierać kota na Lammas? Nie wpadł na to, że to tutaj tego kota adoptował, taki pomysł na wystawienie kociaków w barze był zbyt absurdalny, aby wziął go pod uwagę, nawet jeżeli gdzieś tam mignął mu na plakacie Koci Azyl. Z jego życiorysem brzmiało to bardziej jak nazwa burdelu.
Dmuchnął dymem w przeciwną stronę niż tą, po której siedział Laurent.
- Ta...? Jestem człowiekiem, jeżeli zapomniałeś. - To spotkanie było o wiele bardziej nieprzyjemne, niż by tego chciał. Nie oczekiwał, że Prewett rzuci mu się na szyję albo będzie mu słodził, ale wyczuwał pomiędzy nimi coś... ha, szczelinę, pęknięcie, coś co mogło powiększać się i budować większy dystans. I nawet jeżeli tak byłoby dla nich lepiej, z czego zdawał sobie sprawę, ciężko było pogodzić się z końcem. - Przed chwilą zrzygałem się do śmietnika - odpowiedział na „jak się czujesz”, po czym faktycznie wyciągnął do niego rękę, tak jak poprosił, ale po to, żeby spleść ich palce i zacisnąć ich dłonie ze sobą, nawet mimo rozdartej skóry. - Czuję ból - teraz też - po prostu funkcjonuję mimo niego.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.