• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [22/09/72, Mabon w domu Rowle] Dawno, dawno temu za smoczymi górami

[22/09/72, Mabon w domu Rowle] Dawno, dawno temu za smoczymi górami
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#1
24.03.2026, 19:32  ✶  
[Obrazek: imgproxy.php?id=RpeVJnP.png]

Dawno, dawno temu za smoczymi górami...


Posiadłość Rowle’ów wzniesiono z kamienia, który od wieków opierał się smokom; posiadłość stała nad jeziorem Llyn Llydaw i przeglądała się w jego czystej tafli. Dwór od ostrych górskich wiatrów chroniło zielone Yr Wyddfa i łańcuch skalistych wzgórz okalających basen. Wokół dziedzińca, w pewnym oddaleniu od głównego budynku, stały rzędy zabudowy gospodarczej — składnice wszelakich sprzętów i narzędzi, magazyny zapasów, niewielki warsztat — a także mniejsze domki dla pracowników rezerwatu. Wzrok najwięcej przyciągały woliery, za którymi sypały się iskry z hodowanych tam smoczogników. Gady można było podziwiać, przysiadłwszy na jednej z dwóch czy trzech kamiennych ław ustawionych na skraju podwórza.
Dom rodu Rowle, choć ciężki i surowy, nie dawał się opisać słowem mały — wręcz przeciwnie: korytarze zdawały się nieco zbyt szerokie, sufity nieco zbyt wysokie, pokoje nieco zbyt przepastne. Gdyby smok jaki zapragnął dołączyć do uczty rodowej, zmieściłby się w podwójnych drzwiach rezydencji, bez problemu przekroczył długość hallu prowadzącą do głównej sali i znalazł w niej dla siebie miejsce. Przylegający do sali duży taras zawieszony był nad wodą i pozwalał przez masywne balustrady zaglądać w ciemną jeziorną toń. Rząd wysokich okien otwierał z tej jadalni przestronny widok na Llyn Llydaw. Przez szyby wpadało do wnętrza światło dnia, w którego promieniach grzały się zimne łuski smoka przedstawionego na reliefie ciągnącym się przez całą długość ściany z nagiego kamienia. Łeb olbrzymiej rzeźbionej bestii zwrócony był ku miejscu przeznaczonemu dla głowy rodu.
Aby dotrzeć do prywatnych pokojów członków rodziny — sypialni i gabinetów — należało wejść na piętro, cały zaś parter przeznaczony był na część reprezentacyjną dworu. Znajdowały się tu salon, bawialnia, biblioteczka i kuchnia, lecz tego dnia wszyscy domownicy i goście zebrani byli w sali jadalnej. Przy długim stole siedziały już pierwsze osoby w odświętnych szatach; skupili się w niewielkich grupkach, w których toczyły się swobodne, pogodne rozmowy. Melodyjny podkład tym dyskusjom dawały tradycyjne walijskie utwory grane przy wygaszonym kominku przez kilka zaklętych instrumentów. Zebrali się więc w Snowdonii wujowie, ciotki, kuzyni — zjechali oni do rodzinnego gniazda, aby spojrzeć przy uroczystej kolacji w twarze krewnych, niektórych dawno niewidzianych. Wśród nich miejsce u szczytu stołu zajmował Lazarus Rowle z małżonką, obok państwa przeznaczono krzesła dla ich syna, Leviathana, oraz matki Lazarusa, Sofii. Była to spokojna pani, która zestarzała się z gracją czystokrwistej damy mogącej uchodzić za wzór rozwagi, kobiecej łagodności i kompromisu pomiędzy salonową klasą a życiową praktycznością.
Pan domu, choć nieukazujący tego wylewnie, był w dobrym humorze. Włości Rowle’ów znajdowały się przecież z dala od pasma pożogi, nikt się tu przejąć żadnymi stratami materialnymi nie musiał. Wręcz przeciwnie — można by rzec, że wielu przy tym stole widziało w niedawnej tragedii powody do świętowania.
Sala nie była nadmiernie przyozdobiona. Jedyne dekoracje to drobne stroiki splecione z jesiennych darów natury ułożone tu i tam na stole, który lada chwila miał zostać bogato zastawiony półmiskami. Już docierał z kuchni pierwszy aromat soczystych, pieczonych mięsiw. Królować miały przepiórki nadziewane kasztanami i żurawiną, placki dyniowe o delikatnym, korzennym aromacie i chrupiące paszteciki z dziczyzną oraz leśnymi grzybami. Podano także dojrzewające przez lata wina, wzmacniane nalewki oraz gęste, słodkie miody pitne podawane w zdobionych kielichach.


dotknij trawy
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
24.03.2026, 19:33  ✶  
Podstawowym problemem, jaki chodził po głowie Helloise, było:
— Dlaczego nie zjemy na dworze?
W oczekiwaniu na początek kolacji przysiadła na krześle obok matki i zadawała jej to pytanie trzeci raz, jakby nie potrafiła przyjąć odpowiedzi, która pozostawała cierpliwie niezmienna:
— Tak jest wygodniej dla wszystkich.
— Powinniśmy jeść na zewnątrz… póki się da. Zaraz zima. — Helloise wymamrotała wygłoszony już wcześniej argument, patrząc nieruchomo w oko smoczej płaskorzeźby.
Nic. Siedziała chwilę w milczeniu. Nie powtórzyła już więcej pytania, tylko westchnęła ciężko i wstała, żeby posnuć się pod ścianą ku oknom wyglądającym na jezioro. Czarownica patrzyła w niebo, między chmury, gdzie czasem można było dojrzeć skrzydlate cienie.
Była zmęczona. Nie spała w nocy, ponieważ wędrowała przez Dolinę, aby złożyć dary na zgliszczach domów. Palce wciąż miała wybarwione na czerwono od mikstury, w której rytualnie zanurzała ofiary; czerwone były również kwiaty wplecione w jej warkocz, czerwone były hafty na szerokich rękawach beżowej szaty i czerwone były piekące z niewyspania oczy, które co chwilę przecierała dłonią. Czuła się pusto. Tego w teorii oczekiwała, gdy szła do Kowenu — chciała się w świątecznej modlitwie odciąć od tego, jak intensywne były ostatnie dwa tygodnie. To oczyszczenie, którego doświadczała, było jednak nieprzyjemne i głuche, bo i nie wynikało z żadnego mistycznego religijnego uniesienia, a ze źle przesypianych nocy, nadużywania opium i strachu przed widmami. Helloise była po prostu śnięta, mimo że wierzyła, że jej stan to konieczna część procesu boskiego oczyszczenia. Wypatrywała już z nadzieją poranka następnego dnia, kiedy miała mocne postanowienie stanąć na nogi pokrzepiona wymodloną łaską.
Żałowała, że nie zjedzą na zewnątrz. Może później, kiedy główne dania znikną ze stołu i uroczysta kolacja przestanie być aż tak uroczysta.
Odwrócona tyłem do sali kobieta spróbowała wsłuchać się w tok którejś z prowadzonych za nią rozmów, skubiąc w zamyśleniu zębami strupek na wardze. Była ciekawa, o czym rozmawiają. Próbowała zgadnąć, kto mógł być w Londynie podczas Spalonej Nocy — po czarnej stronie barykady.


dotknij trawy
sacrificial lamb
Why does my skin start to burn?
wiek
28
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
smokolożka
rude loki, ciemne i bystre oczy. Mierzy 168 cm

Mona Rowle
#3
24.03.2026, 23:14  ✶  
— Shwmae, maluchu. Tęskniłeś?
Panna Rowle cicho przywitała się ze swoim smoczognikiem. Jego smukłe ciałko przesunęło się wzdłuż jej ramienia, oplotło ją znajomo i spoczęło częściowo na barku. Czyżby zechciał upewnić się, że naprawdę wróciła?

Nie było nigdy Rowle bez smoczognika, a w przypadku Mony rozstanie z nim było jedną z trudniejszych decyzji, jakie podjęła w zeszłym roku. W związku z tym, kobieta zaczynała poważnie rozważać coś, co jeszcze niedawno wydawało się zupełnie niemożliwe, tj. podjęcie próby zabrania go ze sobą, do stolicy. W tej chwili, gdy ponownie był przy niej, myśl o kolejnym rozstaniu wydawała się prawie że okrutna.

Tylko że Londyn nie był Walią. W jej mieszkaniu brakowało przestrzeni, powietrza, swobody, do której gad musiał przywyknąć. Co więcej, Mona nie słyszała, aby ktoś kiedykolwiek trzymał takie stworzenie w ciasnocie miejskiego życia. Jeśli nawet, to z pewnością nie obyło się bez negatywnych konsekwencji.

Kobieta przesunęła sprawnymi palcami po łuskach zwierzęcia. Może starsi by coś wiedzieli. Musiał być ktoś, kto już próbował naginać rzeczywistość do własnych potrzeb i stworzyć warunki, które oszukałyby naturę.  W Londynie nikt rozsądny nie trzymał smoków, jednakże magia dawała przecież możliwości, których mugole nie potrafili sobie nawet wyobrazić. Może odpowiednie zaklęcia ochronne. Może powiększona przestrzeń. Może kontrola temperatury, iluzje, bariery tłumiące dźwięk…

Mona, w tym całym szaleństwie radzenia sobie z pokłosiem pożarów i sprawami prywatnymi, zorientowała się, że Mabon był już tuż za rogiem, zdecydowanie za późno. Oczywiście, rozmawiała z ojcem, że wpadłaby do niego wcześniej — być może mogłaby pomóc w gotowaniu przed udaniem się na samą kolację. Jednocześnie dzień przed samym świętem wydała z siebie cierpiętniczy odgłos wieloryba, gdy dotarło do niej, jaki był dzień.

Inną sprawą było natomiast to, że Damon Rowle najwyraźniej wciąż nie mógł na nią patrzeć, ponieważ jego jedyna córka buntowała się przeciwko wszystkiemu, co wychodziło z jego ust. Jednakże pomimo przygnębiających okoliczności i tęsknoty za pracą w rezerwacie, Walia była domem. Sylwetka Yr Wyddfa i poszarpane linie wzgórz były jej ukochanym widokiem, a choć serce jej pękało, cieszyła się, że mogła tu wrócić.
Nawet jeśli zamierzała upić się tego wieczoru.
— Da się utrzymać gada poza rezerwatem bez szkody dla niego? Jakie warunki musiałabym odtworzyć, żeby to miało ręce i nogi? — zapytała przy stole. Mona sama ręki nie miała, więc zastanawiała się, jak mogłoby się i to udać.


jaskółka, czarny brylant,
wrzucony tu przez diabła
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#4
29.03.2026, 07:07  ✶  

Leviathan siedział na swoim miejscu, śledząc przebieg rozmowy, którą prowadziła do tej pory Helloise. Rozmowy, tak jakby było tutaj miejsce na jakikolwiek dialog, bo kobieta zadawała cały czas to samo pytanie, otrzymując dokładnie taką samą odpowiedź. Dookoła było więcej ludzi, niż tego sobie życzył i ten jej upór, jakby oczekiwała że za którymś razem otrzyma zupełnie inną odpowiedź, drażnił go nieco. Coś wewnątrz dopraszało się, by wreszcie ukrócić tę dyskusję, odpowiadając zamiast babci, ale ścisnął to w środku siebie.

Spokój ostatecznie przyszedł sam, kiedy zniechęcona, Helloise podniosła się ze swojego miejsca, dryfując ku oknom i widokowi który się za nimi rozpościerał. Siedział tak dalej, ze swoją manierą nieruchomego gada, ze wzrokiem w zastanowieniu wbitym w jej plecy, aż w końcu dotarł do niego głos Mony. Mrugnął i jego głowa powoli przekręciła się w jej stronę.

Czarny Pan wymagał, by o swoją rodzinę dbać i o wiele bardziej się nią zainteresować. To niezbyt leżało w naturze samego Leviathana. Nie ta miękkość do drugiego człowieka, która momentami mogłaby być pomocna, jeśli chodziło o niektóre osoby z którymi łączyło go nazwisko.

Dla niego sprawa była prosta - Mona mogła sobie tego smoczognika zabrać, jeśli tylko miała taką fantazję. To był jej pupil, jakby nie patrzeć, który w domu zdawał się siedzieć na przedłużających wakacjach. Astoria sama przecież miała w Londynie pupila i temu życie na salonach wcale nie wydawało się aż tak przeszkadzać, ale to zawsze zależało i od samego właściciela, i od stworzenia.

- Pewnie gdybyś zapewniła mu regularne atrakcje, nie byłoby tak źle. Miejsce gdzie mógłby rozprostować skrzydła, no i zapewnić mu odpowiednią uwagę - miał na myśli prosty fakt, że pracowała w Urzędzie, a ten z kolei wymagał stałych godzin pracy. No i nie mogła sobie tego smoczognika zapakować do kieszeni i chodzić z nim po ministerialnych korytarzach cały czas. - Zabezpieczyć mieszkanie, żeby ci nie spłonęło.



We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
to be young and gifted
pretty brown eyes and
a mind full of thoughts
wiek
18
sława
III
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
instruktorka rytmiki
sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu; brązowe oczy; pionowe źrenice; rozwinięta trzecia powieka (jak u gada); skóra poznaczona w przypadkowych miejscach z szarymi łuskami, z czego największe skupisko znajduje się w okolicy pleców i klatki piersiowej z pojedynczymi łuskami sięgającymi obojczyka; często widywana w strojach zakrywających znaczną powierzchnię skóry

Helena Rowle
#5
30.03.2026, 21:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.03.2026, 21:51 przez Helena Rowle.)  
Helena zajęła miejsce nieopodal ojca i wuja Lazarusa, jednak co rusz rozglądała się na boki. Gdzieś z tyłu głowy cały czas krążyła jej myśl, że jej rodzeństwo powinno tu być, skoro to była rodzinna uroczystość. Ale nie mogło ich tutaj być, bo dalej przebywali w murach Hogwartu. Znając życie, już sobie zorganizowali rozrywkę, pomyślała, wygładzając materiał ciemnej sukienki bez dekoltu i długim rękawem, który zagiął się w paru miejscach, gdy kręciła się przy stole.

Ciekawiło ją, jak będą wyglądać obchody Mabon w domu. Przez ostatnie siedem lat ani razu nie widziała się z rodziną w tym okresie, świętując obchody święta żniw w otoczeniu rówieśników i grona pedagogicznego Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Jeszcze kilka tygodni temu wrażenie na niej robił nawet Londyn w jesiennej scenerii, jednak teraz faktycznie zaczynała czuć, że coś się w jej życiu zmienia. Dorastała. Była dorosła. A przynajmniej na tyle na ile pozwalały okoliczności.

— Trzeba będzie się uzbroić w cierpliwość — wtrąciła się Helena, słuchając wymiany zdań między Leviathanem i Moną na temat przechowywania smoczognika w Londynie. — Podobno najlepsi specjaliści są teraz dosłownie oblegani. Klienci wlewają się do pracowni drzwiami i oknami. Każdy chce teraz mieć sufit obłożony zaklęciami przeciwpożarowymi i okna odporne na wysokie temperatury.

Westchnęła cicho, biorąc kilka małych łyczków z pucharka ze schłodzoną wodą źródlaną. Na szczęście wiedza ta nie pochodziła bezpośrednio od niej a od osób trzecich: głównie rodziców dzieci, które uczęszczały obecnie do przedszkola w magicznej dzielnicy Londynu. Och, ile ona się nasłuchała na temat tych wszystkich prac renowacyjnych, jakie ludzie wykonywali po pożarach. Za każdym razem, gdy kolejna matka rozprawiała na temat nowej, wzmocnionej posadzki, cieszyła się, że nie musiała sobie radzić z podobnymi problemami. Ogień na szczęście ominął rodzinny dom w Llanberis, podobnie jak rodową posiadłość.

— Aż strach pomyśleć, co zrobią ludzie, kiedy nad stolicą dojdzie do ulewy stulecia — rzuciła, unosząc lekko kąciki ust. — Może kiedyś będziemy świadkami masowego zaklinania rynien i kanalizacji miejskiej?

Walka z żywiołem może nie była powodem do żartów, jednak trendy, jakie wzbudzała w zwykłych ludziach, pragnących się zabezpieczyć na wszystkie możliwe - czasem irracjonalne - sposoby potrafiła jednak wywołać uśmieszek na twarzy. Po tych słowach rozejrzała się po stole i wypełniła jeszcze jedną czarkę świeżą wodą. Chwilę później znalazła się obok ciotki Helloise. Podeszła blisko, ale nie na tyle blisko, aby jakoś zaburzyć jej przestrzeń personalną.

— Stęskniłam się — powiedziała z uśmiechem, podając ciotuni pucharek. — Mam wrażenie, że od mojej ostatniej wizyty w Dolinie minęły istne wieeeki.

Bardzo miło wspominała letnie wakacje spędzaną z Helą. Zawsze były... szalenie ekscytujące. Żałowała, że w tym roku nie miała okazji powtórzyć tego rytuału. Nie dość, że w jej życiu pojawiła się pierwsza ''poważna'' praca, to jeszcze według doniesień prasowych cała Knieja nie była zbyt bezpieczna, bo buszowały w niej jakieś dziwne zjawy. Ogromna strata.
hiraeth
You think I’ll be the dark sky so you can be the star?
I’ll swallow you whole.
wiek
37
sława
V
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
jubiler, kaletnik
182cm, niebieskie oczy, wąskie źrenice, splamienie gadzią chorobą, dobrze zbudowany jak na kalekę, nosi widoczną biżuterię, w tym kolczyki w obu uszach

Seisyll Rowle
#6
01.04.2026, 12:44  ✶  
Jego nadejście zwiastowało brzdęknięcie metalowej nogi. Było to, jak wiele rzeczy w jego życiu, ułudą. Mógłby – gdyby tylko zechciał – poruszać się w sposób bezdźwięczny, a jednak z oczywistych powodów decydował się na zachowanie tej możliwości na chwile, kiedy nie mógł przypominać samego siebie. Tych namnożyło się w życiu Seisylla wiele, a okropna wojna domowa, którą sam wzniecił i zaognił miała toczyć się jeszcze długo. Wizerunek, pod jakim się krył był wygodny i nie zamierzał z niego rezygnować.

Dla osób zaangażowanych w sprawę wagi najwyższej, przy stole siedział Śmierciożerca i twórca rzeczy okrutnych, wspierających krwawą rebelię. Dla reszty – pozostawał ojcem, kuzynem, wujkiem, bratem – kreatywnym, acz piekielnie smutnym wdowcem i kaleką, zaszywającym się w swojej pracowni w Beddgelert tak, jak Helloise zaszywała się w swojej chacie w Dolinie Godryka. Nie zdziwiło zapewne nikogo, kiedy uśmiechnął się do siostry czule, kiedy sugerowała spędzenie tego czasu na zewnątrz. Podzielał tę preferencję, ale w przeciwieństwie do niej nie czuł potrzeby naciskania na kogokolwiek, aby wymusić przeniesienie uczty w inne miejsce. Wystarczającą satysfakcją było dla Seisylla to, że Rowle faktycznie spotkali się razem i zamierzali spędzić Mabon w gronie rodzinnym. Sprawy religijne liczyły się dla niego nawet bardziej niż nowy, lepszy porządek świata, jaki próbowali wyszarpać pazurami przez ostatnie lata.

– Może po kolacji przejdziemy się na spacer? – Zaproponował, przez moment jeszcze wpatrując się w miejsce, w którym stała Helloise, a później wracając spojrzeniem do stołu. – „Poza rezerwatem” to całkiem różnorodna przestrzeń – powiedział spokojnie, bez cienia złośliwości w głosie, uśmiechając się do Mony, chociaż uśmiech ten jak zwykle nie sięgnął oczu. Uwaga była jednak trafna, bo chociaż sam nie mieszkał już od dawna w posiadłości rodowej, ulokował się na wsi. – Duże miasto to dużo kłopotów, szczególnie kiedy musisz ukryć coś przed oczyma mugoli. Mógłbym zbudować ci wolierę. Takich rozmiarów, żeby zmieściły się dwa. – I mógłby kontynuować, ale nie zwykł tego robić, bo od zawsze zakładał, że będąc w tym miejscu ma za rozmówców osoby domyślne. Takie, które rozumiały jak dało się zabezpieczyć metalową wolierę i po co miałoby się zamykać smoczogniki w klatce pod swoją nieobecność.

To powiedziawszy, upił łyk wina.

Widział, jak jego córka się wierci. Widział też, jak z tym wszystkim walczy. Dał jej więc przeżywać emocje związane z dorastaniem w ciszy. Też był kiedyś nastolatkiem. Podobnie jak przy Helloise i Monie, pozwalał pewnym rzeczom płynąć. Młodzi ludzie potrzebowali wolności. Wychowanie nie było tresurą. Było kształtowaniem postaw. Tak długo, jak trzymali się szacunku do natury i wierzeń, mieli prawo budować własną przyszłość na swój sposób. Ludzie uważający, że istnieje jeden przepis na życie byli ślepi na echo historii.


walijski #5e7f63
Salazar #7f4242
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#7
07.04.2026, 19:28  ✶  
Cynthia wprawdzie nie nosiła nazwiska Rowle, ale jej matka była z tej rodziny i zawsze miała dobry kontakt z kuzynostwem, zwłaszcza z Levim. Ucieszyła się z zaproszenia, bo Castiel wciąż przebywał za granicą, a ojciec wypłyną w interesach i siedziałaby sama. Ubrała się więc odpowiednio elegancko, stawiając na prostą sukienkę w kolorze ciemnego granatu, zapinaną na rząd guzików, przeplataną w pasie, a włosy upięła w koka za pomocą spinki z motywem srebrnego księżyca, którą dostała od Tori na urodziny w zeszłym roku. Posiadłość rodzinna Rowle zawsze robiła na niej wrażenie, jezioro było hipnotyzujące, zwłaszcza gdy zajęło się miejsce przy oknie. Jego szum uspokajał, a na tarasie miała nawet swoje ulubione miejsce do czytania książek z czasów, gdy spędzali tu wakacje.
Nie przybyła na miejsce z pustymi rękoma, zamawiając w jednej z cukierni w Londynie kilka rodzajów ciastek i muffinów do kawy, zapakowanych w eleganckie, przewiązane wstążką pudełka. Koroner nie mogła się zdecydować, więc wybrała kilka rodzajów, wręczając je pracującej tutaj służbie, zanim zdjęła płaszcz.
Przyglądała się Monie i zwierzakowi, siedząc nieopodal Leviathana, nie mogąc stłumić krótkiego uśmiechu, bo widać było, że są do siebie przywiązani. Jej spojrzenie przykuwała również Helena, która nie wiadomo kiedy, wyrosła na tak śliczną dziewczynę. Poczuła teraz, jak szybko czas mijał, a po najmłodszych członkach rodziny było widać to najlepiej.
- Woliera mogłaby zdać egzamin. A gdyby były dwa, nie czułby się samotny, nawet jeśli byłabyś zajęta. - zgodziła się z Seisyllem, poprawiając się na siedzisku i wygładzając dłońmi sukienkę. Obróciła głowę, odrobinę zmęczona ostatnimi wydarzeniami, zawieszając wzrok na oknie. Spacer wydał się jej dobrym pomysłem, pomimo chłodu, na zewnątrz wciąż było pięknie, kilka kolorowych liści wciąż kołysało się na gałęziach, a na ścieżkach leśnych tworzył się prawdziwy dywan. Szkoda byłoby zmarnować popołudnie na siedzenie w domu, nawet jeśli salon był tak przestronny. Przeniosła spojrzenie znów na stół, sięgając dłonią do kielicha z winem, z którego wypiła niewielki łyk, czując narastające pragnienie. Aromaty dobiegające z kuchni i wdzierające się do nosa sprawiały, że każdy by zgłodniał. - Dziękuje za zaproszenie i przepraszam, że jednakowo Castiel oraz Ojciec są nieobecni. Myślałam, że Papa zdąży już wrócić do Anglii, ale nie zapowiada się na to w tym tygodniu.
Siedząc wśród Rowle'ów, pomyślała, że powinna odwiedzić grób matki. Na pewno chciałaby tu być, była zżyta ze swoją rodziną.
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#8
07.04.2026, 23:26  ✶  
Czuła na sobie ciężkie spojrzenie Leviathana. Był z niej niezadowolony od samego rana, od spaceru po kiermaszu. Warczał na nią i prychał złośliwie, gdy próbowała rozmawiać z nim o Bogini. W sabat, nawet w sabat nie chciał z nią o sprawach boskich mówić. I widziała, że teraz również Leviathan jest niepocieszony sposobem, w jaki była obecna. Nieustannie był z niej niezadowolony.
— Chodźmy. — Skinęła powoli głową, gdy Seisyll zaoferował jej spacer. Nie mogłaby się nie zgodzić, kiedy niemal wyczytał to z jej myśli.
Słuchała przy oknie opowieści Heleny: że każdy chciałby zabezpieczony sufit, że każdy chciałby okna. Tak bardzo się bali? Tak bardzo panikowali? Tak dużo mieli do stracenia? Chodziło jej to wszystko po głowie, gdy tak patrzyła nieprzytomnie na jezioro, i chodziło jej po głowie, że być może ta ulewa, taki potop, może to byłoby dla nich wszystkich z pożytkiem. Może ludzie musieliby wtedy choć czas jakiś spędzić bliżej z Naturą, tak jak ona sama musiała zamieszkać na czas jakiś w domu bez okien, gdzie nieskrępowanie zaglądały wiatry i deszcze — bo dostrzegała w tym pożytki, skoro już zapomniała o przeziębieniu wynikłym z owego wypadku. To była w jej opinii słuszna lekcja pokory przed żywiołami.
Helloise przyjęła puchar od Heleny, uśmiechając się do niej ciepło. Kochana dziewczyna, jej obecność zawsze podnosiła ją na duchu i budziła coś opiekuńczego. Nikt nie puściłby Heleny blisko Kniei — ani ciotka, ani ojciec.
— Żałuję, że cię nie było. Nie poznałabyś ogrodu. Nigdy w nim chyba nie urosło tyle kwiatów, co tego lata — westchnęła, lecz ciężko jakoś. Obecność tych nadlicznych kwiatów była bowiem wynikiem tego, że Helloise nie mogła znikać w lesie i cały swój czas spędzała wokół domu. Klęcząc między półdzikimi rabatami dzień w dzień, z nową miłością dbała o to, co jej zostało, i wypełniała kolejnymi projetkami pustkę. — Następnego lata, kochanie. Ważne, że ja wciąż mogę was odwiedzać. — Pogłaskała dziewczynę po ramieniu (ta Hela z przestrzenią personalną i jej naruszeniami problemu nie miała), po czym skierowała ją z powrotem do stołu i sama tam podążyła.
Krzesło obok jej matki wciąż było puste — Helloise zerknęła przelotnie pierw na nie, później na Leviathana, który siedział niemal idealnie naprzeciw. Mogła wciąż zająć to miejsce. Mogła wrócić tam i patrzeć na niego; zmusić go, żeby musiał do niej wracać spojrzeniem raz po raz przez całą kolację.
Levi mógł widzieć w tamtej chwili w intensywności jej przymrużonych oczu, że myślała o tym — ale zrezygnowała. Przeszła dalej, zostawiając to puste miejsce komuś, kto być może nie będzie budził w panu dziedzicu złych instynktów samym faktem, że posiada własne zdanie i aktywne struny głosowe.
To był dzień dla bogów. Dzień świąteczny, kiedy powinno się pielęgnować wdzięczność za wszystkie dary Matki. Helloise nie chciała poświęcać Mabon na pogłębianie wzajemnego niezadowolenia z kimś, z kim tyle ją łączyło. Byłoby w tym coś niewłaściwego.
Dzień był dla bogów. Dzień był święty. To było ważniejsze niż ich tarcia.
Wędrując cicho wzdłuż stołu, czarownica zatrzymała się zamyślona za Moną. Oparła dłonie na oparciu jej krzesła i pochyliła się lekko nad bratanicą.
— Martwisz się o niego. Nie chcesz go sprowadzać do Londynu. Czemu więc robisz to sama sobie, skoro nie chcesz zrobić tego jemu? — zapytała ze swoim specyficznym rodzajem nieco ignoranckiej może, ale szczerej troski. — Jesteś tak samo szlachetną istotą co on.
I zaraz odeszła, aby przysiąść na jednym z krzeseł u boku Seisylla.


Gdy wszystkie przewidziane miejsca zostały zajęte, na stół wniesiono potrawy. Przystąpienie do jedzenia poprzedziło krótkie oficjalne powitanie ze strony Lazarusa. Mówił o tym, jak dobrze widzieć rodzinę tak licznie świątecznego dnia w tych szczególnych okolicznościach. Cieszył się, mogąc ich gościć i cieszył się, że zasiadają do stołu zjednoczeni wartościami oraz krwią. Podziękował również swojej żonie, Evelyn, pani domu, która czuwała nad przygotowaniami uroczystej kolacji.
Pan Rowle mówił niewylewnie i do rzeczy, bez zbędnych ozdobników czy przesadnej emfazy. Zwięzła mowa była zresztą wskazana, skoro przed gośćmi pojawiły się już te parujące półmiski pełne smakowitych potraw. Ledwie więc gospodarz skończył, pierwsze widelce zadzwoniły o talerze.


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (379), Helena Rowle (465), Helloise Rowle (1485), Leviathan Rowle (307), Mona Rowle (380), Seisyll Rowle (433)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa