To był niespokojny czas, Beltane pogrążyło w chaosie cały magiczny odłam Wielkiej Brytanii. W prosektorium tonęli w ciałach, Aurorzy wyrywali sobie włosy z głów, próbując dotrzeć do sprawców całego tego zamieszkania, a wszystkie ślady prowadziły do samozwańczego Lorda, o którym tak głośno było w gazetach już od dłuższego czasu. Zamaskowane postacie wzbudziły strach, ale i szacunek, Cyna wiele słyszała na Ministerskich korytarzach. Miała wrażenie, że celem tego wszystkiego nie była tylko demonstracja siły, a przede wszystkim zasianie ziarna nieufności, niepewności wśród czarodziejów i sprawienie, że patrzono sobie na ręce jeszcze dokładniej, niż wcześniej. Nawet ona, urocza i słodka, trochę głupiutka blondynka z kostnicy, której rolę tak umiejętnie grała, nie wzbudzając niczyich podejrzeń, musiała być bardziej ostrożna, niż zwykle. Ojciec pałętał się po domu zdenerwowany, miała wrażenie, że coś ukrywał — nie, ona była pewna, że parzył go od środka jakiś paskudny sekret i to dotyczący tego, o co wcale wolała nie pytać. Bo w innym przypadku, to skąd wiedział, żeby zabrać ją w odpowiednim momencie z Beltane? Była też kwestia tych cholernych rytuałów oraz wianków, które jeszcze ciaśniej splątały jej przeznaczanie z Louvainem, bo tamtej nocy prawie nie zeszła na atak serca przez to dziwne, nieokreślone uczucie niepokoju, które tłamsiło oddech. Odskocznią od tego wszystkiego okazał się Shafiq, z którym umówione miała następne spotkanie na jutro. Westchnęła, przecierając oczy i skinieniem głowy dziękując Migotce za kolejną filiżankę kawy oraz fiolkę eliksiru do walki z bezsennością — trochę przerobionego tak, aby bez problemów mogła wytrwać większość nocy. Ciężkie, metalowe wskazówki na zegarze docierały do dziewiątej, na dworze było już prawie ciemno, a chłodne powiewy wiatru kołysały zielonymi gałęziami, na których szumiały liście. Ktoś, kto znał Cynę, to z łatwością dostrzegłby jej zdenerwowanie, którego źródło przybierało śliczną formę Victorii Lestrange, kobiety, którą kochała, jak siostrę i dla której zrobiłaby wszystko, nawet jeśli wiązało się to ze zdradzeniem sekretów lub pójściem do Azkabanu, trudno.
Wstała z fotela, bezgłośnie przemierzając się w stronę korytarza, który prowadził do podwójnych, drewnianych drzwi. Była sama, ojciec załatwiał coś od rana w porcie, a potem wypłynął, oznajmiając, że wróci za dwa lub trzy dni, jak dostarczy towar, nic nowego — teraz miał jakieś interesy z Yaxleyami. Lepiej, że go nie było. Otworzyła im drzwi ubrana w prostą, sięgającą kolan sukienkę z delikatnym dekoltem, czarną i kontrastującą odrobinę z jej porcelanową cerą i jasnymi włosami. Obdarzyła ich pociągłym spojrzeniem, nieco dłużej skupiając się na Tori, jakby musiała upewnić się, że nic jej nie było — chociaż to nastąpi dopiero po dokładniejszym przeglądzie. Ich dom był najlepszym miejscem, miała tu wszystko i nie było ścian z uszami, wszystko zabezpieczone. Przyjaciółka wyglądała blado, co wprawione oko dostrzegło w ciągu sekundy. Zamknęła za nimi drzwi, zamykając je na zasuwę, a potem bez słowa podeszła do czarnowłosej, obejmując ją na przywitanie z ulgą, że wróciła z tego przeklętego jarmarku cała i prawie zdrowa, chociaż niezbyt chyba żywa, bo bił od niej przeraźliwy chłód, na który również zwróciła uwagę, obcując ze zwłokami każdego dnia. Ściągnęła brwi, przyglądając się jej twarzy, jednak nie komentując akurat tego.
- Dobrze was widzieć całych. - zaczęła, podchodząc do Sauriela, z którym niezbyt wiedziała, jak powinna się przywitać, bo raz, że nigdy nie byli przesadnie blisko, a dwa, był narzeczonym jej przyjaciółki, również bladym. Jego też to złapało? Nie powstrzymała się przed zlustrowaniem mężczyzny wzrokiem, zanim przesunęła dłonią po karku, zgarniając włosy na jedno ze swoich ramion. - Napijecie się czegoś, zanim przejdziemy do spraw ważniejszych? - tutaj znów zerknęła na Victorię z uniesioną brwią, a potem ruszyła korytarzem w stronę salonu, gdzie leniwie tlił się ogień w kominku. Na stoliku leżało kilka ksiąg, jakieś pergaminy oraz pióro, ale poza tym, to w izbie panował porządek, a w powietrzu unosił się zapach palonego drewna oraz kadzidła z główną nutą zapachową z drzewa sandałowego, oraz jaśminu. Powiedzenie kobiecie o Nekromancji było jednym, ale czemu Rookwoodowi? Czy Cynthia była gotowa, aby znał jej sekret? Czy ufała mu na tyle? Zacisnęła palce, delikatnie wbijając sobie paznokcie w skórę — rozumiała, że byli w pakiecie, ale takie sekrety były niebezpieczne. Zupełnie jak Atlas Grzybów Borgina. - Rozgośćcie się.
Dodała jeszcze, pozwalając sobie na krótki i bardzo delikatny uśmiech, który przemknął przez jej buzię, nim sama usiadła i zrobiła solidny łyk czarnej kawy, czując, jak ciepło przyjemnie rozchodzi się jej po ciele. Tym, co czuła, nie było dla odmiany podekscytowanie lub znudzenie, a odrobina zdenerwowania. Nie chodziło o przypadkowego, nic nieobchodzącego ją człowieka, który po prostu umarł w głupi lub przypadkowy — okazjonalnie, jako ofiara — sposób, a o kogoś, kto sprawiał, że przypominała sobie o istnieniu emocji o tym, że wciąż gdzieś w środku była nieco wrażliwsza, miała trochę empatii. O kogoś, dla kogo nie była Królową Śniegu.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)