Nic chwilowo ich nie atakowało. A ta sytuacja nie była znowuż beznadziejna, Cathal więc dość szybko odzyskał zimną krew. Czy podobało mu się to, co się stało? Ani trochę. Był trochę zirytowany, że tego nie przewidział. Bywało jednak już znacznie gorzej, poza tym… ostatecznie… W pewnym sensie osiągnęli cel.
Właśnie przekonali, co kryło się pod budynkiem, położonym w centrum tej przedziwnej, zniszczonej lata temu wioski. I Shafiq miał już pewność, że było w tym wszystkim coś więcej.
- Jak dotąd raz. W Egipcie – odparł Ulyssesowi. Dźwignął się na nogi i uniósł rękę, by lepiej oświetlić najbliższe otoczenie. Pochodnia była stara, ale ledwo Rookwood wziął ją w dłoń, sama zapłonęła, nawet bez traktowania jej zaklęciem, chłodnym, błękitnym ogniem, nie dającym dymu. Shafiq przypatrywał się jej przez chwilę, analizując, czy kiedyś widział coś podobnego (i wychodziło mu, że niezbyt). Dopiero potem – po bardzo długiej chwili, jakiej potrzebował na przetworzenie informacji – odkrzyknął Lecie.
– Jesteśmy cali! Przed nami tunel! Leta, co widzisz?!
Obrócił się do drzwi i przeszedł wzdłuż muru, który oddzielał ich od kobiet. Przypatrywał się mu, szukając jakiś odznak tego, że znajdowało się w nim przejście. Podniósł najpierw kamyk i rzucił nim o ścianę, a kiedy nic się nie stało, ostrożnie dotknął ręką. Wciąż żadnej reakcji. Ulysses tymczasem dostrzegł, że tunel biegł po prostu dalej: jego drugi koniec znikał w ciemności. W jednym miejscu zauważył coś, co kiedyś mogło być malunkiem, wykonanym na ścianie, ale albo zawalenie, albo czas uszkodziły go tak bardzo, że nie dało się już stwierdzić, co przedstawiał.
– Czy macie gdzie się cofnąć? Możemy spróbować rozbić ścianę! – zawołał Cathal. Gdy on skupiał się na sprawdzeniu, czy mogą się jakoś przebić, a Ulysses oglądał tunel, Sebastian zauważył coś… dziwnego. Tam, gdzie zwaliła się część korytarza, dostrzegł ruch. Spomiędzy skał zaczęły wylatywać owady: układały się w rój, wielki, groźny, a dźwięki, jakie z siebie wydawał, dobiegły także uszu Rookwooda oraz Shafiqa, który odwrócił się gwałtownie, celując różdżką…
*
Pandora i Leta tymczasem słyszały głos Cathala. To, czego mężczyźni nie krzyczeli, nie dobiegało już ich uszu – przytłumione przez grubą, kamienną ścianę. Crouch nie widziała żadnych płyt, niczego nadzwyczajnego. Tylko posągi, które przedstawiały czarodziejów – mężczyzn. W pierwszej chwili mogłoby się zdawać, że nawet był to ten sam model, ale uważniejsze przyjrzenie się zdradzało drobne różnice. Albo byli spokrewnieni, albo po prostu rzeźbiarz uparcie tworzył podobne dzieła. Każdy wielkości człowieka, każdy z jakąś bronią w ręku.
Pandora nie znalazła żadnej dziurki, przez którą mógłby przebić się jej konstrukt. Za to dzięki swojej wiedzy, wyłapała pewne drobiazgi… wyglądało na to, że w ścianie znajdował się mechanizm. Być może, gdyby miała chwilę spokoju, mogłaby go uruchomić i stworzyć przejście…?
O chwilę spokoju mogło być jednak… trudno. Leta dostrzegła bowiem, że ręka jednego z kamiennych posągów drgnęła.
Kolejna tura: 09.08, godzina 20