— W jakimś stopniu tak powinno być, zważywszy, że poruszyliśmy temat napaści dokonanej na oczach wszystkich zebranych tu osób. — To mogło wydawać się naiwne podejście z jego strony, ale oczekiwał odrobiny zdrowego rozsądku ze strony swojego rywala i to nawet jakby chętnie zobaczyłby moment jego aresztowania. Za wcześniejszą próbę pobicia go mu się to należało.
— Zdaję sobie sprawę z tego, że bardzo mało prawdopodobne. — Westchnął jedynie. Nie był to właściwy moment na to aby poruszać to, co stało się podczas tegorocznego Beltane. Zwłaszcza, że to miał być wieczór rozrywki. — Liczę na Ciebie. — Zakończył w ten sposób swoją wypowiedź, uśmiechając się przelotnie.
— Nie odmawia sobie szampana, co zdążyłem zauważyć i nie jest to takie nieprawdopodobne, jak się może wydawać. — Stwierdził. Nie ukrywał tego, że byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Nie musiałby przykładać ręki do upokorzenia swojego rywala, z którym wówczas nie musiałby się pojedynkować albo bić się na pięści.
— Zrobię wszystko, aby tak było. Oczywiście, według zasad. — Nie było to żadna tajemnica, że Philip uwielbiał wygrywać. Zwycięstwo miało przecież słodki smak. Jego wygrana przyniesie także coś dobrego, o ile Lestrange nie uchyli się od uiszczenia pokaźnej, imiennej darowizny na szczytny cel, jakim jest walka o prawa charłaków. Nie uszło jego uwadze to, że jego sekundant wodzi spojrzeniem po loży dla VIPów. Nie zamierzał jednak pytać o to, kogo szuka. On również miał osoby, które chciał zobaczyć na widowni.
— Graliśmy zatem w barwach tego samego domu, tylko w innych rocznikach. To żadne zaskoczenie, ale byłem szukającym od drugiego roku i kapitanem od czwartego. — Stwierdził z uznaniem w głosie. Podobne doświadczenia mogą stać doskonałą okazją do rozmowy podczas kolejnego spotkania. Byli z tego samego domu i grali w szkolnej drużynie. Zupełnie inny przedział czasowy nie miał tutaj znaczenia. Philip dobrze wspominał czas swojej nauki w Hogwarcie i nie zmieni tego nawet fakt, że miał taki moment, że był skłonny porzucić swoją karierę zanim ta ruszyła z kopyta. Quidditch stanowił jedną z jego pasji, ale jego droga do sławy nie była usłana różami. To nie było coś, o czym opowiadał głośno i chętnie każdemu, tylko nielicznym i również z trudem.
— Masz rację, za to emocje są znacznie większe. Do tego ta sława, wywiady, sesje zdjęciowe, spotkania z fanami, klubowe imprezy. — Philip dobrze wiedział, jak wielkie emocje potrafi wywoływać Quidditch u wszystkich czarodziejów. Sława zapewniała to wszystko, o czym mówił, ale miała sporo wad i niosła ze sobą chociażby brak prywatności. Jednak on uwielbiał żyć w ten sposób i z tym się w żaden sposób nie krył. Nawet najlepszego sportowca kariera nie będzie trwała wiecznie, dlatego tak ważne było zapisać się na kartach historii tego sportu. Po zakończeniu swojej zamierzał zostać trenerem. Zawsze mogła czekać na niego ciepła posadka w ministerialnym Departamencie Magicznych Gier i Sportów, jednak praca za biurkiem sprzyjała zasiedzeniu się.
Nie dało się nie spostrzec tego, że w momencie pojawienia się Bella, Erik wysunął się na przód i był gotów zareagować w razie jego kontaktu z potencjalnym psychofanem albo kimś z obozu jego rywala. Byłby dobrym ochroniarzem, gdyby tylko byłby skłonny rozważyć zmianę pracy na mniej niebezpieczną i zdecydowanie lepiej płatną. Wymiana uprzejmości między jego sekundantem a przyjacielem przebiegła bez żadnych zarzutów. W jakimś stopniu spodziewał się takich pytań.
— Erik został mi polecony jako sekundant przez kilku członków klubu pojedynków, do którego obaj przynależymy. Podobnie jak do klubu podróżniczego. — W tych dwóch zdaniach podsumował całą ich znajomość, która dopiero teraz mogła zacząć ewoluować w przyjaźń. Zamierzał po wszystkim zaprosić go na wypad do pubu, podczas którego wypiją coś mocniejszego, niż szampana.
— To ja dziękuję, że je przyjąłeś. Nie zawiedziesz się. — Zapewnił go ze szczerym uśmiechem. Miewał różnych znajomych - jedni nie przepadali za przemocą, inni za spotkaniami towarzyskimi. Jednak osoby z ich kręgów społecznych powinny raz na jakiś czas gdzieś się pojawić pośród elit.
Nadejścia Laurenta nie dało się przeoczyć, dlatego zatrzymał na nim spojrzenie.— Cześć, Laurencie. — Odezwał się do młodszego mężczyzny, do którego uśmiechnął się delikatnie. — Erika Longbottoma możesz znać, jeśli nie osobiście, to z mediów. A to Bellamy Dupont. — Wskazał na jednego, to na drugiego mężczyznę. Ten świat był naprawdę bardzo mały. Zwłaszcza ten socjety świata czarodziejów.
— Nie mamy nic do ukrycia — Stwierdził niefrasobliwie. — To ja dziękuję, że zgodziłeś się je przyjąć. Wszystkich na widowni czeka wspaniałe widowisko. — Odparł na słowa blondyna, którego akurat chciał widzieć na widowni. Gdyby kogoś nie chciał zobaczyć na widowni to po prostu nie wysłałby tej osobie zaproszenia.
— Dziękuję za życzenia. Nie każ czekać na siebie tej damie. — Podziękowania z jego strony były szczere. Nie wypadałoby aby zatrzymywał Laurenta na dłużej, skoro przyszedł z osobą towarzyszącą.