• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
1972, Wiosna | 30 maja | Słońce i Księżyc - Nasza mała rzeczywistość

1972, Wiosna | 30 maja | Słońce i Księżyc - Nasza mała rzeczywistość
constant vigilance
I have traveled far beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#51
18.10.2023, 23:12  ✶  
Kiedy mówił Bottowi jakieś kompletne pierdoły, brzmiało to w jego głowie jakoś zupełnie inaczej, niż kiedy mówiła to Eden. Uruchomiło się w nim coś, czego sam w sobie nie znał.

Chciałby zapytać: „czy ty naprawdę jesteś zazdrosna”, bo na brodę Merlina, to się naprawdę cisnęło na usta po tym co powiedziała, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język, bo on tutaj nadciągał, a poza tym nie przyprowadził jej tutaj, żeby się o coś pokłócili na oczach połowy jego znajomych. Nawet ktoś tak wyprany z rozsądku jak Moody... wiedział, jak źle by się to odbiło na absolutnie każdym, o Mavelle, którą dostrzegał w oddali, nawet nie chciał myśleć. Cokolwiek Malfoy o tym wszystkim sądziła, musiała zaakceptować, że ich dwójka funkcjonowała w pakiecie - nie dało się mieć osobno ludzi połączonych tak grubą nicią przeznaczenia, chyba że by się jednego z nich pozbawiło życia. Bertie był człowiekiem bezkonfliktowym, Alastor nieszczególnie. To znaczy - może w pewnym sensie był, bo wolał nie angażować się w takie najbardziej idiotyczne konflikty, jeżeli go nie dotyczyły, ale w momencie kiedy towarzysząca mu kobieta zaczęła wbijać mikroskopijne szpilki w jego najlepszego przyjaciela, przestało mieć szczególne znaczenie, że po Bottcie spływało to jak woda po kaczce - Alastor zdenerwował się za niego. Mógł być tym Aurorem, mógł pomagać absolutnie każdemu, mógł głodować, byle inni zjedli, ale nie zmieniało to przecież nic w tym, że wciąż był opryskliwym dziadem i czasami się po prostu nie hamował. Do głowy przychodziły mu więc odpowiedzi najgorsze z możliwych: „wiesz, że podobno mamy tak grubą nić przeznaczenia, że Bletchley aż złapał się za głowę”, albo zatapiając statek już całkowicie - że miała całkowitą rację, posądzając go o bycie (przynajmniej częściowo) pedałem.

Zamiast tego uśmiechnął się szeroko, chociaż bardzo widocznym było, jak mu mimowolnie warga zadrżała, bo Eden nastąpiła mu na odcisk. Jego irytacją dało się jednak najmocniej odczuć w tym, że na nic jej nie odpowiedział, nigdzie nie wtrącił swoich pięciu gorszy, ale gdyby tylko spróbowała od niego odejść, złapałby ją w pasie i przyciągnął do siebie szybciej, niż postawiłaby krok.

- Mogę udawać, że ratuję cię przed komarem - odszeptał.

Aż mu się przypomniało to, jak się pokłócili kilka lat temu o Nobby'ego Leacha. Że też w ogóle o tym zapomniał?

- Już się bałem, że mnie obłożyli tłuczkiem zbyt wiele razy, żebyś mnie poznała po tylu latach - jego uśmiech nabrał innego wyrazu - stał się o wiele bardziej łobuzerski. Młody Moody uśmiechał się po prostu głupio. Ten stary już tego czaru swobody w sobie nie miał - widać było, że sobie żartuje, ale to był żart celowy, wybrzmiewający zza maski dorosłości i był już w ten taki dorosły właśnie sposób... nieco drętwy. Bo to chociaż był wesołkiem i żartownisiem, wybitnie charyzmatyczny nie był, wielu by go przyrównało do sarkastycznej świni, ale nie wypadało, bo przecież codziennie ryzykował życiem w obronie niewinnych.

Przytulił ją do siebie, ale w sposób aż dobitnie koleżeński, pokusił się nawet na poklepanie jej po plecach, na znak tego, że chociaż w wieku nastoletnim leciał na Pandorę tak samo jak większość chłopaków w dormitorium, to dzisiaj mieli 1972 rok, więc to było dawno i nieprawda. Mógł się na Eden wkurwić ledwie pięć sekund temu, ale to nie znaczyło, że miał zamiar drażnić węża patykiem przez kraty. Zamierzał z tym wężem wrócić dzisiaj do domu. Mąż, jaki mąż, nie widzę tutaj nikogo...?

- Na pewno nie kupię sobie jutro kuponu na loterię i nie ukryję tego przed wszystkimi, żeby nie dzielić się wygraną. - Skrzyżował palce, niby to w niewidocznym miejscu, ale wiadomo było, o co mu chodzi.

A potem się zachwiał.

Okej, może jednak źle to wszystko w głowie ocenił, może nie powinien być taki szorstki, może... Może i Bott się na niego zaraz rozeźli, a może i już się rozeźlił, bo wszyscy nagle wydali mu się tacy odlegli. Zrobiło mu się momentalnie niedobrze, ale stał tak jak kołek, ani drgnął, może poza dłonią, co mu się zatrzęsła, bo był całkowicie pewny, że tylko on to widzi i czuje. Miał takie omamy... często dosyć, częściej niż wypadało przyznać...


fear is the mind-killer.
broom broom
Throw me to the wolves and
I'll return leading the pack
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Mavelle Bones
#52
19.10.2023, 01:36  ✶  
Spojrzała uważniej na Erika, mrużąc nieznacznie oczy. Hm… czy pamiętała? Tak i nie.
  - Nie chodziłam na wróżbiarstwo – przypomniała łagodnym tonem Erikowi. Cóż, nie było to obowiązkowe i jednocześnie ta dziedzina z punktu widzenia Bones była tak bardzo bezużyteczna, że najzwyczajniej w świecie nie widziała potrzeby, żeby uczęszczać na takie lekcje. Fusy, kryształowe kule, kadzidła i inne cuda na kiju – nie, po prostu nie. Ale za to… - Choć jak się zastanowić, to kojarzę, jak w Pokoju Wspólnym dyskutowano o wróżbach. To było… cóż – westchnęła, pokręciwszy przy tym głową. Tak. Bogate w historie, dość trafnie ujęte. Każdy widział co innego i wiedział z tego co innego.
  Normalnie woda z mózgu od tego się robiła.
  W każdym razie, Erik koniec końców skupił się na Perseusie, a ona sama na mugolkach. Nie miała oporów przed wyciągnięciem dłoni w stronę Tii i jej uściśnięciem.
  - Mavelle Bones – przedstawiła się krótko i skinęła lekko głową pod adresem Lily. W istocie, kojarzyły się i z pewnością miały co najmniej jeden punkt wspólny, jakim było przelewanie myśli na papier czy płótno. Zwłaszcza papier, przynajmniej jeśli chodziło o Bones, bo nieszczególnie się kwapiła do machania pędzlem i czekania, aż farby łaskawie wyschną - Ja ciebie też nie – przyznała, nie omieszkując w takim razie wyciągnąć dłoni również i pod adresem Ginny; świat nie był aż tak mały, żeby znać każdego przedstawiciela czarodziejskiego środowiska.
  Zmarszczyła nieznacznie brwi. Wiersze. Same w sobie nie brzmiały groźnie, chyba że…?
  - Co to były za wiersze, wiesz może? – spytała, niby to od niechcenia. Jakby nie była nimi zainteresowana (hm, no w zasadzie – wolała prozę niż poezję. Zwłaszcza mugolską prozę, którą szło znaleźć w działach z fantastyką), choć tak po prawdzie… była brygadzistką, miała wiele wspólnego z Ministerstwem Magii, toteż pod kątem zawodowym: tak, jak najbardziej mogło to przykuć jej uwagę.
  Tak samo jak i zachowanie Lily. Cy powinna ją była wziąć na bok? Podpytać, co się dzieje? Jakąkolwiek magią był podszyty ten wieczór – kobieta zdawała się chyba jej nie ulegać. Z jednej strony spokój, który sama odczuwała, z drugiej… z drugiej nie wyglądało, żeby kobieta czuła się w jakikolwiek sposób odprężona.
  Inna sprawa, że aura nie była stała. Że coś się subtelnie zmieniało, wprowadzając nowe nici odczuć.
  - Tydzień lata w zimie? – zdziwiła się. Brzmiało to absurdalnie, ale magia potrafiła zaskakiwać – czego dowodem były chociażby słońce i księżyc nad ich głowami. A jeśli chodziło o drzewa… - Pamiętasz może coś więcej o tych drzewach? Kiedy i gdzie? – podpytała, dojadając w końcu upolowanego wcześniej pączka. Cóż. To wcale nie tak, że dopiero co zdarzyło się coś podobnego i dlatego ta wzmianka przykuła uwagę Bones. No, chyba że McGonagall dokładnie o tym mówiła…?
  I czy dało się stąd uciec? Zapewne tak, zwłaszcza jeśli by im pomóc, ale, ale… nie, nie mogła. Nie powinna była. I nie udzieliła też odpowiedzi – dobry moment sobie to „coś” w powietrzu wybrało, żeby się zmienić – bowiem nagle wszyscy stali się bardzo, bardzo odlegli, aż się zakręciło w głowie… szlag.
  Szlag.
  Uczucie samotności nie było czymś nieznanym, ale teraz uderzyło ze zdwojoną mocą, przez co o wiele bardziej boleśnie niż do tej pory sobie uświadomiła, jak bardzo brakuje jej pewnej osoby u boku. Ale… to księżyc teraz mieszał, z jakiegoś powodu była tego pewna. Mieszał, więc na ile to, co czuła, było prawdziwe…?
  - Też – odparła cicho na pytanie Ginny – Coś dziwnego wisi w powietrzu – mruknęła jeszcze, wsadzając dłonie do kieszeni spodni i zerkając krzywo w stronę księżyca. Na chwilę, bowiem zaraz znowu zerknęła na Lili. Czy nadal zdawała się być taka… inna?
Mistrz Dagur
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Dagur to mężczyzna obdarzony bardzo wysokim wzrostem (3 metry) i masywną budową ciała, przez co wyróżnia się na tle innych ludzi. Islandczyk ma rude, zwykle utrzymanie w nieładzie włosy, gęstą rudą brodę i zielone oczy. Ubiera się w wygodne, często mugolskie ubrania. Bardzo często można go zastać w narzuconym na codzienne ubrania skórzanym fartuchu i rękawicach ze smoczej skóry, wykorzystywanych podczas pracy w kuźni. Przez swój wzrost i budowę ciała może wywoływać mieszane uczucia u spotykanych na swojej drodze osób i może odstawać swoim zachowaniem od mieszkańców Anglii, jednak jest tak naprawdę serdecznym człowiekiem.

Dagur Nordgersim
#53
19.10.2023, 17:26  ✶  

— Tak. Nie przyjmujemy gości podczas pracy, a spotkania ze znajomymi stanowią doskonałą okazję do odpoczynku. — Zapewnił Brennę, obdarzając ją wesołym uśmiechem. Zorganizowaliby sobie kameralną biesiadę dla swojej rodziny i znajomych. Zapytałby syna kogo jeszcze chce zaprosić. Poza Pandorą, bo zaproszenie jej wydawało mu się oczywiste. Im więcej osób do nich dołączy, tym weselej. Ich dom był otwarty dla wszystkich, jeśli tylko nie mają złych zamiarów.

— My też chętnie pomożemy! — Zaoferował im swoją pomoc, a także pomoc swojego syna. Z pewnością to, czego potrzebowali ci ludzie, nie wiązało się ze złamaniem prawa, więc nie zamierzał się wahać. Sąsiadom należało pomagać.

— Dla wszystkich od razu, synu — Zasugerował swojemu synowi, uważając że każda z towarzyszących im osób powinna wypić kieliszek przyniesionego przez nich wybornego trunku, będącego w dodatku oficjalnie niedostępnym na terenie Wielkiej Brytanii. Jedynym sposobem na jego zdobycie jest sprowadzenie go z Islandii albo własnoręczne pędzenie. Alkoholu w ich domu nie brakowało, skoro pili głównie piwo. Dagur szampana również nie lubił, uważając go za trunek dla snobów. Do tego te okropne bąbelki. Będzie musiał jednak zrozumieć, jeśli nie będą chcieli spróbować Brennivín. Nie pożałują jednak, jeśli się odważą.

Stojąc obok syna zauważył to, że zawahał się przed napełnianiem kieliszków, zamierając w bezruchu na kilka sekund. Zrozumiał dlaczego. Poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku... po raz pierwszy sylwetka własnego syna wydawała mu się odległa, jakby stali się obcymi ludźmi zamiast rodziną, jakby łącząca ich więź ojca z synem zniknęła. Po raz pierwszy w życiu poczuł się naprawdę samotny i tego uczucia nie dawało się tak łatwo wyrzucić z głowy. Stracił nagle chęć do biesiadowania.

— Zostaw to na moment, chłopcze. — Zwrócił się do swojego pierworodnego, chcąc zamknąć go w typowo ojcowskim uścisku. To nie były dobre uczucia, których powinni doświadczać podczas tej biesiady. Sam tego potrzebował jako ktoś bardzo związany ze swoją rodziną. To nie było naturalne dla niego i jak początkowo to obserwowane na niebie zjawisko wydawało mu się piękne, tak teraz stawało się coraz bardziej... niepokojące.

prodigal daughter
I knew one day I'd have to watch powerful men burn the world down
I just didn't expect them to be
such losers
wiek
31
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
landlord, ex-auror
Wysoka na 175cm, jasnowłosa zjawa. Jest niezwykle szczupła, wręcz na granicy chorobliwości; lekko zapadnięte policzki ukrywa dobrze dobranym makijażem, którego nieodłączną częścią są usta pomalowane czerwoną szminką. Włosy ma proste i długie, sięgające lędźwi, zwykle nosi je rozpuszczone. Zawsze bardzo elegancko ubrana, najczęściej w stonowane barwy - nie jest zwolenniczką jaskrawych odcieni i mieszania kolorów. Nie lubi też przepychu; widać, że nie szczędzi pieniędzy na dobrej jakości ubiór, lecz nie obwiesza się biżuterią i tym podobnym. Porusza się bardzo zgrabnie, ale pewnie. Zawsze patrzy ludziom prosto w oczy podczas rozmowy, mając przy tym ciemne, przenikliwe spojrzenie. Zwykle mówi w bardzo spokojnym, niskim, nieco zachrypniętym tonie. Ma bardzo przejrzysty akcent, wyraźnie wymawia słowa, po sposobie mowy słychać, że to ktoś z dobrego domu, ktoś świetnie wykształcony.

Eden Lestrange
#54
19.10.2023, 20:21  ✶  
Może to i dobrze, że Moody nie zapytał wprost, bo trafiłby w sam środek tarczy, przebił ją na wskroś, przez co nie tylko on byłby rozjuszony, ale i Eden. Trafiłby w sedno sprawy, owszem, ale Alek chyba doskonale ją znał, wiedział, że nie znosiła, jak ktoś obnaża jej prawdziwe zamiary. Zwłaszcza tak dziecinne i błahe jak zazdrość o kogoś, kto jest tylko najlepszym kumplem. Kimś, kto z definicji nigdy nie powinien zająć jej miejsca, bo startował w zupełnie innej kategorii.
A jednak czuła niesmak, jakby miała kamyk w bucie, który uwierał ją niemożebnie, ale wszyscy się gapili i nie mogła po prostu tego buta zdjąć, bo nie przystoi. Tak, w tym momencie Bertie był takim mankamentem, nieproszonym gościem, w którym próbowała na siłę znaleźć jakąś wadę i nie mogła. Może jego optymizm był zbyt duży jak na jej gust, ale przecież to nie był grzech, a raczej kolejny powód do zazdrości, bo ona by tak nie potrafiła. Wszystko się rozchodziło o to, że Eden była zaborcza, terytorialna niczym dzikie zwierzę, a on po prostu wszedł w jej pole rażenia. Wiedziała, że to niedorzeczne, nie była głupia. A jednak nie była też wystarczająco mądra, by dać mu spokój i jak raz zbudować z kimś zdrową relację.
Zaśmiała się w głos, kiedy tymczasowy obiekt jej największej nienawiści, czyli Bertie, mianował ją dobrą osobą. Naprawdę zarejestrowała to jako żart, prawie jej łzy podeszły do oczu, bo przecież nie mógł tak myśleć na poważnie, prawda? Prawda?!
- Przepraszam cię najmocniej... co? - Zapytała, kompletnie w szoku, nie wierząc w to, co słyszy. Aż musiała się rozejrzeć, czy inni też nie wzięli tego za pyszny kawał.
Spojrzała uważnie na Alastora. Spostrzegła, że mu warga zadrgała. Uśmiechnęła się również, żeby nie pozostać dłużną, ale nie tak szeroko jak on; uśmiechnęła się niezręcznie, żeby nie powiedzieć sztucznie. Coś w jego twarzy było niecodziennego, wyglądał nieswojo, to nie był uśmiech, na widok którego traciła rozum. Poczuła się głupio, bo widziała, że wbiła mu jakimś stwierdzeniem szpilę, ale on nie dał się sprowadzić do parteru i nie rozpoczął walki. Wygrał bez niej, nokautując jej dumę.
Znowu wybrała przy nim złą opcję dialogową.
Wtem została nazwana jego narzeczoną. W tym momencie dosłownie miała ochotę zawyć z frustracji, bo te wszystkie absurdy nakładały się dziś na siebie, łącznie z tym przeklętym słońcem i księżycem, i zdawało się to wszystko nie mieć końca. Chciała rzucić czymś autorsko sarkastycznym, jakimś kochana, gdyby tylko ktoś nie przypomniał sobie o mnie dopiero po moim ślubie i długich latach milczenia, to może, kto wie, ale wiedziała, że wbije Alastorowi kolejną szpilę pod żebro i tym razem może już nie znieść tego z eleganckim uśmiechem. Chciała więc podziękować za komplement, skupić się na pozytywach, zignorować niepożądane (jak Moody istnienie Williama), ale znowu wcisnął się Bott, śpiesząc z wyjaśnieniami jej stanu cywilnego. Nadwyraz gorliwy dzisiaj był, doprawdy.
- Zgadza się - przyznała wreszcie, starając się ze wszystkich sił, żeby uśmiech nie wydał się Pandorze kwaśny. - William niestety nie był w stanie zaszczycić nas swoją obecnością - bo nawet nie dostał zaproszenia i absolutnie nikt nie tęskni - ale całe szczęście mam takich kompanów jak Bertie i Alastor, więc bawię się szampańsko. - Oświadczając tę najbardziej sztuczną wypowiedź tego pikniku, z wolna zaczęła zaplatać ręce za swoimi plecami, żeby Panna Prewett swoim małym oczkiem nie wyśledziła brakującej obrączki na palcu Eden. Niby nie powinno jej być nic do tego, ale lepiej dmuchać na zimne, skoro Bott ją tak wiernie przedstawił.
Powieka jej drgnęła, gdy Alastor przytulił Pandorę, ale jako najbardziej oddana żona Williama Lestrange nie drgnęła nawet o milimetr. Stała tam dzielnie, łypiąc na Botta jak jego najdzielniejszy obrońca nie patrzy, a jak patrzył, to zerkała w przestrzeń, próbując wykalibrować najkrótszą drogę do czegoś, co może okazać się alkoholem.
Po czym Moody się zachwiał, a ona zmarszczyła brwi, tylko po to, żeby samej poczuć uścisk w żołądku. Zamrugała gwałtownie, spojrzała na resztę towarzystwa, a później znowu na Alka.
- Wszystko dobrze? - Zapytała, łapiąc go za tę drżącą rękę. No i koniec z szaradami, ta dobra osoba z opowieści Botta wygrała - musiała sprawdzić, czy z nim wszystko gra.


I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show

~♦~
Czarodziejska legenda
Wilderness is not a luxury but a necessity of the human spirit.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodzieje dążą do zatarcia granicy pomiędzy jaźnią i resztą natury, wchodząc tym samym na wyższe poziomy świadomości. Część z nich korzysta do tego z grzybów, a część przeżywa głębokie poczucie spokoju i połączenia podczas religijnych obrzędów i rytuałów. Ostatecznie jednak ciężko opisać najgłębsze wewnętrzne doświadczenia i uznaje się, że każdy z czarodziejów odczuwa je na swój sposób. Zjawisko to nazywane jest eutierrią.

Eutierria
#55
22.10.2023, 19:55  ✶  
Connor Fisher i Blair Hayes

Oboje powitali Norę skinięciem głowy, ale nie odezwali się wcale. Blair odwróciła zmieszane spojrzenie od Brenny i wlepiła je w cokolwiek innego, co tylko mogła nim odnaleźć. Connor widząc to, naburmuszył się jeszcze bardziej i powiedział:

- TY chcesz nam jakoś pomóc... przecież pomogliście nam już wystarczająco...

Był ewidentnie zły. Na nią, na świat, albo na coś innego, w każdym razie - nie radził sobie z tym za dobrze, skoro oburknął takim tekstem. Cały czas nerwowo skubał skórki przy paznokciach swoich rąk. Nie było wiadomo, dlaczego w ogóle tutaj przyszedł, skoro się aż tak źle bawili. Nie pomogło zaproponowanie przez Nordgersima trunku - odmówili i wyglądali tak, jakby mieli zaraz się stąd zbierać.

Allan Bigsby

Bigsby złapał Laurenta za ramię. Być może również to poczuł - nagłe oddalanie się od wszystkich - dlatego postanowił położyć swoją rękę na kimś, kto był blisko w fizyczny sposób. Odetchnął głęboko.

- Wszystko, co czuję, jest cholernie dziwne...

Wydawało się, że jego oczy się zeszkliły.

- Błagam cię, dobry człowieku, jeżeli ja jako straceniec - bo tak właśnie traktował to całe kasowanie mu pamięci - jak śmierć, jak wyrok śmierci - mogę mieć jakąś prośbę, to... - Rozejrzał się wokoło, w bardzo konspiracyjny sposób. Nie powinien ufać pierwszemu-lepszemu człowiekowi, jaki się do niego dosiadł, ale przepiękny, charyzmatyczny i wręcz... czarujący Laurent miał naprawdę duży dar przekonywania samym spojrzeniem błękitnych oczu.  - Nawet jeżeli nie będziesz mógł mi tego pokazać, nie daj temu umrzeć. - To powiedziawszy, wyciągnął w wewnętrznej kieszeni swojej marynarki kilka kartek wyrwanych z dziennika, prawdopodobnie jednego z tych, które skonfiskowało mu Ministerstwo. - Weź je, ty możesz.

A na tych kartkach, drżącą ręką, Bigsby zapisał swój liczący na oko ze dwadzieścia wersów wiersz, kilka innych przemyśleń, ciekawych zwrotów, kawałek prozy... Widać było, że się lubił bawić słowem.

- Ja już nie mam nadziei, że mi i tego nie zabiorą.

Znajdując się tak blisko, mogłeś wyraźnie poczuć, że Bigsby śmierdział wódką. A to, co ci przekazał, na pewno nie było całością jego twórczości. Musiał wyrwać cokolwiek, w pośpiechu. Przykro się na to patrzyło.

Tia Lewis i Lillian Mills

Dziewczyny najwyraźniej nie zauważyły Erika. Nie odezwały się do niego ani słowem.

- Ginevra? Nie obraź się, ale wy wszyscy macie takie staroświeckie imiona... To u was jakaś moda, Ginny? - Tia machnęła ręką. - Takie pogodowe sprawy to przecież nie jest nic szczególnego, zdarzają się dosyć często. - Z jej opinii dało się wyciągnąć dwie rzeczy: po pierwsze, prawdopodobnie nie doceniała rangi dziwactw, jakimi były pogodowe anomalie w rozumieniu czarodziejów. Po drugie: budowała wokół siebie wrażenie posiadania dosyć szerokiej wiedzy o świecie, dobrze też wyłapywała detale, była zaznajomiona z niejedną ciekawostką. Możliwe, że gdyby zapytać ją o jakieś mugolskie sprawy, znałaby się na tym o wiele lepiej niż inni obecni tutaj mugole. - W snach... - Nie wyglądała na pocieszoną...

- P-przecież t-to jest zupe-ełnie niesprawiedliwe... - Odezwała się Lily, a Tia poklepała ją po plecach.

- No trudno... - To nie brzmiało jak „no trudno, w takim razie nie spróbujemy uciec” tylko „no trudno, to uciekniemy bez twojej pomocy, pani Egipcjanko”, a Mavelle je trochę zdenerwowała, bo nawet nie spróbowała odpowiedzieć...

- Bigsby to poeta, nasmarował z piętnaście tekstów o tym co widzi, a ci cali „amnezjatorzy” mu zabrali te dzienniki i jutro ma mieć kolejne przeszukanie.

Czując to, co wy, Lily zachwiała się, ale Tia utrzymała ją w miejscu.

Palmerowie

Ray Palmer posmutniała od razu, kiedy ghoul odpowiedział jej, że magii nie można było się tak po prostu nauczyć. Jaka w tym była w ogóle sprawiedliwość? Dlaczego wszyscy tutaj zdawali się potrafić czarować, tylko nie ona?

- Bez sensu - mruknęła pod nosem, ale jej oczy momentalnie rozświetliły się, kiedy Ururu kontynuował wypowiedź. - Czyli ona się we mnie obudzi - no bo na pewno nie „być może obudzi”, świat nie mógł być tak okrutny, żeby ją pozbawić takiej możliwości - jak będę miała jedenaście lat - a później zamilkła, odliczając na palcach, ileż to jej jeszcze zostało czasu... Jej ojciec nie wyglądał na szczególnie zadowolonego.

- Chłopcze, zadajesz mi tyle pytań, a nie dajesz żadnego czasu na odpowiedź? Przyszedłeś tutaj zakpić z nas, czy jaki masz w tym cel? - Kilka razy machnął ręką przed swoją twarzą, jakby odganiał muchę. - Strasznie od ciebie śmierdzi.

Pokora

Samotność odeszła w nieznane, zamiast tego poczuliście, jak ziemia pod waszymi stopami zdaje się drżeć. Wraz z nią zadrżało również to maleńkie ognisko rozpalone w okolicy. Żadne z was, nawet ci obyciu już z widzeniem w nim dziwactw, nie dojrzało w płomieniach nic prócz siły żywiołu, ale panował wokół taki dziwny nastrój. Pokora - myśl o własnej maleńkości nawiedziła wasze głowy tak samo niespodziewanie jak wszystkie inne emocje, ale pojawiło się coś jeszcze - tym razem czuliście to bardzo wyraźnie - to był ten księżyc - to on właśnie na was wpływał, to on stał za tym wszystkim, a może bardziej - Ona? Bo przecież mówiło się o bogini, nie bogu - o Pani Księżyca, Matce spoglądającej na was z góry. Fenomen astronomiczny, wyciek czegoś ze szczelin, czy boska interwencja - jakie to miało znaczenie, jeżeli czuliście, że nie tylko temu ulegacie, ale po prostu chcecie temu ulec?

Tura trwa do 26.10. Sory za poślizg, zwalam wszystko na 5G, które smaży mi mózg. Dzisiejsza emocja.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#56
25.10.2023, 13:29  ✶  

Podskoczył, kiedy poczuł dotyk na swoim ramieniu. Niespodziewany, ale... w zasadzie to chciany. To poczucie, jakbyś oddalał się od ciała, jakby zostawała tylko dusza uniesiona w przestrzeń, kiedy ciało pozostawało przytwierdzone do ziemi ciężarem grawitacji, zniknęło całkowicie - wystarczył dotyk. Taki przyjacielski, chociaż nic nie znaczący, dający powód do tego, by poczuć się z kimś połączonym. Nawet jeśli naprawdę coś doprowadzi do tego, że będą pyłem na wietrze, samotnym i targanym przez wiatr, wystarczyło, żeby doszło do jakiekolwiek kolizji. Nawet tej najmniejszej. Maleńkiej. A jednak było coś przerażającego w tym, że kotwicą dla twojego świata miał stać się Allan Bigsby, całkowicie nieznajomy mugol, którego pamięć miała zostać wyczyszczona.

- Chyba temu służy poezja, prawda? Żeby opisała nam to, czego nie potrafią pochwycić proste słowa. - Odezwał się cicho, przesuwając oczami po jego twarzy, zanim znów wrócił do jego zeszklonych oczu. Albo to po prostu to dziwne zjawisko tak na niego działało, albo to ta samotność, albo... a może po prostu gra cieni na twarzy mężczyzny. Tak czy inaczej do tego chyba była właśnie jego poezja - żeby przelać to, co było takie dziwne, nie raz obce, co wydawało się trudne do ujęcia w słowa, które wypowiadane były na co dzień. Żeby na końcu nie powiedzieć - "i wszystko, co kochałem, kochałem samotnie".

Straceniec. Kimkolwiek ten człowiek był, cokolwiek robił w życiu, jakkolwiek żyli mugole - Laurent nie potrafił się pozbyć wrażenia, że to strasznie niesprawiedliwe. Miał ochotę go zabrać stąd, usiąść z nim w kawiarni, zapewnić, że przecież nic złego się nie stało i nie stanie. Że nie pozwoli mu skasować pamięci, bo to byłoby strasznie niesprawiedliwe. Ale oto siedział przed nim, malutki i nic nie znaczący, nie mogący niczego zrobić i nie będący w stanie mu pomóc. Ani z tym, co działo się w jego życiu ani z tym, co się jeszcze stanie, gdy już zapomni. O tym wieczorze, o tym miesiącu, o tym spotkaniu. Wziął do dłoni te papiery, nie patrzył nawet teraz na nie, po prostu od razu wsunął je do kieszeni spodni, żeby tam nie zaginęły. W tym półmroku chyba i tak wątpliwe, żeby ktoś zwrócił na to uwagę, prawda?

- Zadbam o to jak o największy skarb. - Tyle mógł mu na pewno obiecać. Tak jak mógł się do niego uśmiechnąć, bo co innego pozostawało? Człowiek pokorniał w obliczu tego, co się tutaj działo. A może w obliczu świadomości własnej maleńkości? Laurent wzniósł oczy na księżyc, który królował na niebie razem ze swoją drugą połówką - słońcem. - Powinieneś napisać coś z tego spotkania. - Z tego wieczoru. - Z tych emocji. Na pożegnanie. - Nie lubił alkoholu i nie lubił tego, co robił z ludźmi. Albo inaczej - lubił alkohol, który dobrze smakował, ale sam nie mógł pozwolić sobie na picie go. Tym nie mniej nie lubił, kiedy ludzie z nim przesadzali. Laurent wyciągnął dziennik i ołówek, które nosił przy sobie. Głównie były tam zapiski dotyczące badanej natury, przyrody, dotyczące jego rezerwatu czy abraksanów. Tak i pojedyncze rysunki, wcale nie ładne, ale anatomicznie poprawne. Otworzył na pustej stronie i wyciągnął zachęcająco w kierunku mężczyzny.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#57
25.10.2023, 19:23  ✶  

Skrzywił się, gdy niespodziewanie nawiedziły go zawroty głowy. Starał się jednak nie pokazywać tego zbytnio po sobie, udając, że drapie się po czole, gdy w rzeczywistości rozmasowywał sobie lekko skroń. Gdzie nie spojrzał, widział ludzi; nieliczni siedzieli samotnie, większość gości zdążyła już sobie znaleźć towarzystwo. Nawet on miał przy sobie Perseusza i Mavelle, a jednak nie czuł się ani trochę bezpiecznie, chociaż zakładał, że kuzynka wypatrywała potencjalnych kłopotów z równie dużą wprawą co Brenna, jak i inni pracownicy Ministerstwa Magii obecni na przyjęciu.

Mimowolnie wbił spojrzenie w wiszący na niebie księżyc. Dalej czuł chęć, aby skłonić przed nim głową i zaszyć się w jakimś kącie z dala od ludzi. Jeden wieczór nie mógł zmienić tego, że od lat srebrny glob kojarzył mu się przede wszystkim z niebezpieczeństwami związanymi z przemianą i wszystkim, co się z tym wiązało. Brenna mogła czatować za ścianą, gdy dochodził do siebie po transformacji, jednak prawda była taka, że był sam ze sobą, jeśli chodziło o to, co faktycznie przeżywał każdej pełni. Wypuścił powoli powietrze z płuc.

— Polecam wizytę w gabinecie Vakela Dolohova — sarknął Longbottom, starając się nie brzmieć, jakby ironizował. Pomimo tego, że ich ścieżki przecięły się już parokrotnie, tak Erik dalej do końca nie wiedział, co siedzi w głowie wróżbity. A raczej w jakim stopniu otwarcie się tym dzielił ze swoimi gośćmi. — Ma bardzo dużą wiedzę na temat różnych interpretacji. Czy to wizja, czy to sen, czy to rzeczywistość.

Pokiwał głową. Zrobił tyle, ile mógł pośród tego całego szumu związanego z Beltane. Dalej nie potrafił wyjść ze zdumienia, jak bardzo jedno zdarzenie mogło wpłynąć na los tak wielu ludzi. Chociaż nie, nawet nie chodziło o ludzi. O całe instytucje. Po tym, co się stało w Dolinie Godryka, coraz więcej czarodziejów i czarownic zerkało nerwowo przez ramię, przykładało większą uwagę od tego, co działo się wokół nich na ulicy, w sklepie, czy w urzędzie pocztowym. Nikt nie chciał podzielić losu tych, którym nie udało się ujść w jednym kawałku z Polany Ognisk.

— Tylko tyle mogłem zrobić. Jeśli planujemy coś więcej, to trzeba będzie to dokładnie przemyśleć. Lepiej nie zwracać na siebie uwagi — kontynuował lekkim tonem.

Sięgnął po jeden z przyniesionych przez siebie napitków, jednak nie umoczył od razu ust w alkoholu. Zamiast tego ponownie zwrócił się ku nocnemu niebu, przyłapując się przy okazji na tym, że raz po raz rozprostowywał i zaciskał jedną ze swych dłoni. To nienaturalne, pomyślał przelotnie. Przynajmniej dla niego takie było. Ilekroć firmament gościł srebrnego gościa, tyle razy on porastał futrem. Niby tylko ciało niebieskie; tak bliskie, a zarazem tak bardzo odległe, a jednak miało na nich taki wpływ... Nie tylko na niego, ale i na innych likantropów. A oni nie mogli nic zrobić, jak tylko podporządkować się jego woli.

— Mam nadzieję, że lato będzie dla nas łaskawe — odezwał się niespodziewanie, pełnym nadziei głosem. — Wiosna była zdecydowanie zbyt intensywna jak na mój gust. Przydałaby się chwila oddechu, żeby znowu znaleźć swoje miejsce pośród tego wszystkiego.



the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#58
25.10.2023, 20:03  ✶  

Brenna jak zawsze wykazywała się ogromną troską. Ponownie wyciągnęła dłoń ku Norce, pomogło jej z tym okropnym uczuciem samotności, które się pojawiło. Uścisnęła rękę Brenny mocno, żeby tamta również poczuła jej obecność. Zapewne poczuła się podobnie. Przyjaciółka, jak zawsze była dla niej wsparciem, dbała o nią. Pomogło. Dobrze było wiedzieć, że ciągle jest przy niej, że jej nie zostawi, chociaż przez chwilę Figg czuła, że jest bardzo daleko, zupełnie sama. Na szczęście to poczucie samotności minęło.

Zastanawiała się, co przyjdzie za chwilę, bo czuła, że nie jest to koniec, w końcu dopiero zasiedli do stołu. Bała się, że będzie tylko gorzej, że nadal będą manipulowani i wydarzy się coś złego. Figg czuła się bezsilna, nie znosiła tego.

Connor Fisher i Blair Hayes przywitali ją raczej oschle. Zastanawiała się z czego to wynika, nie żeby im się specjalnie dziwiła, to całe spotkanie było sporą farsą. W końcu duża część tutaj obecnych miała już niedługo stracić pamięć. Nie uważała tego za specjalnie sprawiedliwe, ale też nie umiała znaleźć innego rozwiązania. Musieli dbać o to, aby świat czarodziejów nadal pozostawał w ukryciu.

Wtedy poczuła, jak ziemia zaczyna drżeć. Czy działo się tak naprawdę? Czy był to kolejne halucynacje. Spojrzała ponownie na Longbottom chcąc się upewnić, że i ona to czuje. Wzrok przeniosła na ognisko, ono również się poruszyło, to musiało dziać się naprawdę. Tym razem ogarnęło ją uczucie, które bardzo dobrze znała, tyle, że było dużo silniejsze niż zazwyczaj. Często czuła się maleńka, ale dzisiaj jeszcze bardziej w nią to uderzyło. Nie było w niej nic wyjątkowego, przeciętność towarzyszyła jej od zawsze, już nigdy o tym nie zapomni.

Dotarło do niej, że to przez ten księżyc. Tylko, co dalej? Nie chciała, żeby ci wszyscy ludzie przy stole widzieli jej wahania nastrojów, chociaż i oni zapewne mieli podobnie. - Brenn, odejdziemy tam dalej? - Spytała cicho przyjaciółkę, bo wiedziała tylko tyle, że nie chce być sama, ale nie chciała też siedzieć w takiej dużej grupie.

Czarodziej
“People will forget what you said and what you did, but people will never forget how you made them feel.”
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Wiecznie uśmiechnięta dziewczyna o dużych, czekoladowych oczach i dołeczkach w polikach. Ma niecały metr siedemdziesiąt wzrostu oraz szczupłą, względnie wysportowaną sylwetkę. Wyróżnia się charakterystyczną dla Turcji urodą na Londyńskich ulicach — ciemniejszą karnacją, długimi i gęstymi włosami, ciemnymi rzęsami. Zwykle odstaje ubiorem i zachowaniem od typowo angielskich dziewcząt. Mówi dużo i wyraźnie, ale gdy wpada w słowotoki, czasem przebija się odrobina akcentu. Jest bardzo bezpośrednia, uwielbia się śmiać.

Pandora Prewett
#59
26.10.2023, 01:45  ✶  
Przytaknęła dodatkowo na jego słowa, a uśmiech — pogodny i wesoły, nie schodził jej z twarzy. Każdy człowiek miał w sobie coś pięknego i wyjątkowo, niezależnie od pochodzenia lub krwi, dlatego też zupełnie nie rozumiała, co tym wszystkim psychopatom podążającym za tym całym Voldemortem przeszkadzało'w otaczającym ich świecie. Wystarczająco nieszczęść było dookoła i bez tego cyrku na Beltane. Westchnęła bezgłośnie, zgarniając włosy do tyłu, wciąż nieco poirytowana ilością tiulu.
- Chętnie spróbuję wypieków i mogę zaoferować w zamian naprawę czegoś lub przygotowanie mapy nieba. Przysługa za przysługę. - zaproponowała z delikatnym wzruszeniem ramion. Skoro on chciał poświęcić czas na te bezy, ona mogła zrobić coś dla niego, jeśli tego potrzebował.
Szpilki były i złe i dobre, zależnie od podłoża. Od małego umiała w nich chodzić, bo matka bardzo zwracała uwagę na wygląd i dodatki, a obcas prezentował się lepiej, niż płaska podeszwa. Trawa się jednak zupełnie nie nadawała, chociaż teraz, gdy czuła ją pod bosymi stopami, było całkiem przyjemnie. - O, byłoby cudownie. Tiulu też się pozbędziemy?
Zapytała z nadzieją w głosie, a potem jej uwagę kupił Alastor, na którego widok się faktycznie rozpromieniła.
- Nieee. Nadal jesteś całkiem przystojny, tylko bardziej dojrzały. I widzisz? Jest ten łobuzerski uśmiech, który miał ratować przed szlabanami. - odparła mu dość pewnie, pozbawiona jakiegokolwiek skrępowania na komplement, który przecież wypowiedziała na głos. Pandora nie była nieśmiałą dziewczynką, niezależna i silna, zwykle mówiła to, co myślała. Alastor może nie był w jej typie, ale nie był też brzydki. Lubiła go, tak po prostu. Wywoływał uśmiech u ludzi, a to była cenna umiejętność. I nie, Pandorka nie miała absolutnie pojęcia, że ktokolwiek w szkole się za nią oglądał, była zbyt zajęta swoimi sprawami. Nieco zaskoczyły ją słowa Bertiego, że zjawiskowa kobieta u jego boku nie była z żadnym z nich, bo z byłym kapitanem, tworzyli wizualnie bardzo ładną parę.
- Oh, proszę mi wybaczyć w takim razie, mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam swoim stwierdzeniem. Mam nadzieję, że nie doskwiera bez niego nuda? Pamiętam, Alastor zawsze umiał rozweselić towarzystwo. - tym razem ciemne oczy Turczynki skupiły się wyłącznie na niej. Była elegancka, znacznie bardziej wytworna niż ona sama — oh, Ayday by zapłaciła tysiące, żeby Pandora, chociaż wypowiadała się w taki sposób, mniej beztroski i chłopięcy. Przytaknęła na słowa Eden. Nie zwracała uwagi na takie rzeczy, to nie była jej sprawa. - Najważniejsze, żeby dobrze wykorzystać dzisiejszą noc, dobrze się bawić. Czasem dobrze uciec od codzienności.
Ugryzła się w język, aby nie dodać, że kobieta wcale nie potrzebuje do cudownego wieczora męża. I od męża, matki, rodzeństwa, kochanków, ojców. Od wszystkiego.
Uśmiechnęła się do kobiety, a w głowie przesunęły się jej obrazy z Hogwartu, na co roześmiała się cicho pod nosem. Miał gadane. Przeniosła na niego wzrok, a wyraz twarzy się nieco zmienił, bo wyglądał, jakby się zachwiał i nieco zbladł. - Wszystko w porządku?
Widząc, że Eden się nim zajęła, uśmiechnęła się tylko i przeniosła uwagę na Bartiego, który zajął się w tym czasie jej butami. Z tyłu głowy jednak to zachwianie miała, zerkała więc na Moodyego, jakby z obawą, że im tu zemdleje.
- To bardzo dobry wybór, tych butów. - z ulgą wsunęła je na stopy, wiedząc, że obcas się już nie zatopi i nie będzie mogła się kolejny raz wywrócić. Odchyliła głowę, spoglądając na księżyc — był dziś niezwykły. Jacy wszyscy byli maleńcy przy nim, jaki człowiek był nieznaczący na tle całego wszechświata.. Zacisnęła wargi, przymykając na chwilę oczy, a dłonie puściła wolno wzdłuż ciała, jakby porwały ją myśli w głęboki labirynt, z którego kilkanaście sekund szukała wyjścia. Uwielbiała noc, niebo i gwiazdy, ale dziś było inaczej, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że coś wisiało w powietrzu. A może to tylko świadomość o tym, jak krótkim mrugnięciem dla takiego księżyca jest człowiek? Gdy uniosła powieki, spojrzała na Bertiego, posyłając mu delikatny uśmiech, autentycznie wdzięczna za buty i fakt, że się dzięki niemu nie połamała. - Jeszcze raz dziękuje za ratunek i buty. No i za bezy. - przeniosła wzrok na Eden i Alastora. - Może powinniśmy usiąść? Chcecie się czegoś napić?
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#60
26.10.2023, 19:24  ✶  

– Nic dziwnego, chwilę wcześniej mnie przedstawiono większości… Ale ciebie chyba nie widziałam – odpowiedziała Mavelle, bo zupełnie nie miała na myśli, że społeczność czarodziejów jest taka mała, że wszyscy muszą się znać. Nie muszą, bo ona pochodziła akurat z zupełnie innego kraju, ba, innego kontynentu, nawet jeśli regularnie się w Anglii pojawiała. Ale znajomych tu zbyt wielu nie miała. Być może dzisiaj miało się to zmienić? Uścisnęła dłoń Bones i uśmiechnęła się ciepło. Mavelle miała takie ładne oczy. – Tak, Ginevra, to i tak uproszczona forma. Trochę moda, tak, ale moich rodziców po prostu mocno poniosło. Moje pełne imię to Guinevere – roześmiała się na słowa Tii ewidentnie nie będąc obrażona. – W sumie to wiele imion sięga różnych starych wierzeń – dopowiedziała w zastanowieniu. Apollo, Zeus, Junona – może mugole tak swoich dzieci nie nazywali, ale u czarodziejów było to całkiem częste. – Zdarzają się? W sensie… Słyszałyście już o czymś podobnym? – zwróciła się żywo zaciekawiona do Tii i Lillian. Ona takich anomalii nie kojarzyła zbyt wiele – tylko tyle, co już zdążyła powiedzieć.

– Strasznie mi przykro – powiedziała w końcu, ale co ona jedna mogła zrobić? Dopiero co je poznała i nawet nie mogła powiedzieć, że to jej znajome, jednak sądziła, że to faktycznie mocno nie fair. Tym bardziej, ze ci ludzie tutaj… zdawali się z magią oswajać. Nie uciekali z piskiem na jej widok. Ale być może jak towarzystwo nieco się spije i straci czujność… to może wtedy będzie jakiś dobry moment. Ginevra uśmiechnęła się do kobiety zachęcająco, bo na pewno nie zamierzała jej powstrzymać. Bo co się może stać? W najgorszym razie i tak po prostu wymarzą jej pamięć… Ale kto wie – ten wieczór dopiero się zaczął i może jeszcze będzie okazja je stąd zabrać…? Nie mówiła kategorycznego „nie”.

Ginevra na poezji znała się mniej-więcej tyle co żaba na graniu na flecie, na ten temat zbyt wiele do powiedzenia więc nie miała. Obserwowała swoje towarzyszki, zdawało się, ze dość uważnie, i widziała ich niepewność. A przynajmniej jedna, Lillian, nie wyglądała, jakby czuła się tutaj dobrze. Ale po prawdzie, to i ona sama czuła się dziwnie, z każdą chwilą inaczej, i była przekonana, że ma to coś wspólnego z księżycem.

– Tak – potwierdziła Mavelle, że dobrze usłyszała jej słowa. – Nic konkretnego, musiałabym poszukać w moich dziennikach. Jestem archeologiem, to raczej stare dzieje niż nowe – odpowiedziała. – Czasami można się natknąć na różne dziwne historie i motywy, ale prawdę mówiąc nigdy nie widziałam, żeby się nad tym nadmiernie rozwodzono. Raczej przyjmowali to jako coś normalnego – wyjaśniła jeszcze i odgarnęła długie włosy za ramię. – A czemu pytasz? – uśmiechnęła się znowu, miło. Raczej nie spotykała się z tym, by kogokolwiek takie rewelacje interesowały. Chociaż być może z uwagi na słońce i księżyc jednocześnie na niebie, wzbudzało to nieco większe zainteresowanie.

Widząc, jak Lily się zachwiała, Ginny odruchowo wyciągnęła do niej ręce, lecz Tia ją utrzymała.

– Hej, Lily… Wszystko dobrze? Dobrze się czujesz? Chcesz sobie usiąść? – rozejrzała się, w poszukiwaniu miejsca, gdzie kobieta mogłaby sobie przycupnąć. A następnie w poszukiwaniu wody, lecz ostatecznie wyciągnęła różdżkę, by wyczarować szklankę z wodą i podać ją pannie Mills. – To zwykła woda – mruknęła, czując się nagle taka… malutka. Taka nic nie znacząca – a ognisko zdawało się zadrżeć, tak jak ziemia. Pyłek na wietrze – pomyślała o sobie. Ona, jej towarzysze… Więc czy takie dwa pyłki jak Tia i Lily nie mogły umknąć w tym rozgardiaszu i rozpłynąć się, nim amnezjatorzy zrobią swoje czary-mary? Jakie to ma w ogóle za znaczenie dla ogromu całego świata? Kim byli dla Matki, dla Księżyca, dla… tych wszystkich sił?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alastor Moody (1171), Bertie Bott (1539), Brenna Longbottom (2491), Dagur Nordgersim (2942), Eden Lestrange (1862), Erik Longbottom (2235), Eutierria (5066), Guinevere McGonagall (3034), Hjalmar Nordgersim (2851), Laurent Prewett (2963), Mavelle Bones (2575), Nora Figg (2322), Pandora Prewett (1800), Perseus Black (2063), Ururu Marquez (718)

Wątek zamknięty  Dodaj do kolejeczki 

Strony (8): « Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa