Może rzeczywiście chodziło o zerwane zaręczyny z Eunice Malfoy. A może o krótki bunt przeciwko postanowieniom ojca, o to że podjął jakąś znaczącą decyzję zupełnie samodzielnie, że ojciec o niej wiedział i musiał ją zaakceptować (nawet jeśli, gdyby się zastanowić, Chester sam zrezygnowałby z mariażu na wieść o ciąży Vespery). Może to właśnie wydarzenie miało mu w przyszłości dać siłę na podjęcie kolejnej samodzielnej decyzji, nawet jeśli w tej chwili jeszcze wcale nie wiedział, jaka ona miałaby być, ale czuł że będzie właściwa. Albo spotka tu dzisiaj Danielle a był w takim nastroju, że pewnie nawet spróbowałby ją pocałować.
Oderwał wzrok od ognia i posłał krzywe spojrzenie Lecie. Smutna prawda wyglądała tak, że w życiu nie zaprosiłby ani jej, ani Cathala na ślub, który wymusiłby na nim jego ojciec. Starał się ich trzymać tak daleko od Czarnego Pana i Śmierciożerców, jak tylko było to możliwe. A na jego weselu z pewnością tamci byliby obecni.
Kiwnął głową, ale nie tyle dla kolejnej paplaniny Lety, ile dla pytania, które zadali.
- Tak. Decyzję podjąłem sam – potwierdził, pomijając, że bardzo pomogła mu w tym siostra. – Tak po prostu było trzeba. – Kolejne słowa ugrzęzły mu w gardle. Bo i jak miałby im powiedzieć, że za chwilę, najwyżej za dwie chwile, ojciec zacznie mu szukać kolejnej czystokrwistej kandydatki na żonę? Przy czym czystokrwista było w tym przypadku najważniejszą cechą? A Ulyssesowi krążyła po głowie myśl, że czystokrwiste to są konie arabskie a do jego małżeństwa ojciec podchodził jak do zakupu rasowego konia. Byleby miał dobry rodowód. – Szkoda. Szkoda, że nie jesteś kobietą – podsumował, spoglądając na Cathala, a potem przeniósł wzrok na Letę. – Albo, że ty nie jesteś młodsza.
Gotów był ruszyć z nimi w dalszą drogę między straganami.
Po prostu w działaniach Voldemorta dość było odwołań do Salazara, a w opowieściach matki dość historii o rodzinnych skandalach, by podejrzewać, że mężczyzna może być jego krewnym. A Cathal przed żadnym kuzynem czy wujem nie miał zamiaru klękać. Zwłaszcza że – nomen omen – ten prawdopodobnie był wariatem na usługach martwego wariata. Kto mógł wiedzieć o tym lepiej niż ktoś, w czyjej głowie też odzywał się Slytherin?
Nie miał nigdy okazji poznać Eunice Malfoy: pamiętał jedynie wzmiankę w gazecie o ślubie kobiety o tym imieniu i nazwisku, ale być może w rodzinie były dwie panny o tym imieniu. Nie mógł ocenić, czy była dla Rookwooda odpowiednią, ale skoro sam zerwał zaręczyny, musiały ku temu istnieć dobre powody.
Uśmiechnął się lekko, odwracając od tańca kapłanek, od ognia i od wróżby samotności, gdy Rookwood wyraził żal, że nie jest kobietą albo Leta nie jest młodsza.
- Powinienem czuć się zaszczycony, że w moim przypadku wiek dałoby się przełknąć, gdyby nie płeć? Leta, chyba prawie się nam oświadczono - stwierdził, ruszając powoli w stronę stoisk. Skoro tu już przyszli, mogli powędrować pomiędzy nimi, choć wątpił, że coś rzuci się mu w oczy. - Jestem ciekaw, jaką minę miałby twój ojciec. Zorientował się już może, że prawie u niego nie mieszkasz? Nawiasem mówiąc, gdybyś musiał zniknąć z powierzchni ziemi, bo pchałby do tego małżeństwa, dałoby się to załatwić.
Mówił pół żartem, pół serio. Leta z łatwością mogła załatwić masę potrzebnych dokumentów, zmianę twarzy też mogliby zorganizować, a nikt nie szukałby Ulyssesa Rookwooda na wykopaliskach magicznych w Turcji, w kolebce życia. I ot za parę miesięcy w Walii pojawiłby się nowy pracownik, ściągnięty wprost z Turcji, że starannie spreparowanym życiorysem.
W istocie jednak Cal wiedział, że nie byłoby to tak proste: że młodego Rookwooda trzeba by ukryć nie tylko przed ojcem. Że Ulysses całe swoje życie podporządkował ojcu i ten mały bunt był już wyrazem dużej odwagi. Że chcąc uciec, musiałby zerwać nie tylko tę toksyczną relację, ale też porzucić uporządkowane życie, do którego przywykł i zaryzykować czymś znacznie więcej niż wydziedziczeniem.
Eunice Malfoy nie mogła być aż tak straszna, aby go do takiej decyzji popchnąć.
I'm on the other side
Wygodne. Znajomość z Alexandrem stała się dla niej wyjątkowo wygodna, bo odciągał myśli od problemów, był zabawny i beztroski. Zawsze miał coś ciekawego do opowiedzenia, a do tego biła od niego przyjemna opiekuńczość. Nie znała go za dobrze, nie wiedziała, czym się tak naprawdę zajmował, ale widziała w nim troskę o cyrk, który był pod jego pieczą. Stał się dobrym znajomym, którego Avelina zaczynała powoli cenić w swoim życiu. Nie chciała iść na Lithe, obawiała się trochę sabatów, że znowu ktoś zaatakuje, że znowu ktoś będzie cierpiał, że znowu ktoś umrze, ale Alex potrafił naprawdę dobrze przekonywać, to chyba ta jego wrodzona charyzma i ciepły wygląd sprawiał, że Paxton zgodziła się pójść z nim tutaj.
Po drodze opowiedziała mu trochę o statku, na który poszła. Nie powiedziała za wiele, nie opowiedziała przede wszystkim, że była tam z Rookwoodem, ale powiedziała o tej całej klątwie i cierpieniu jakie przeżyły tam te wszystkie uwięzione dusze. Nie chciała też za dużo opowiadać, bo sama jeszcze nie ułożyła sobie tego w głowie, a poza tym historia tam była okropnie smutna. Odwrotnie od tego, co działo się na sabacie tego dnia. Potrzebowała się rozluźnić i miała nadzieję, że jego towarzystwo jej to da. Raczej unikała wspierania się swoim ciałem o drugą osobę, ale dzisiaj było inaczej, dzisiaj czuła naprawdę okropne zmęczenie i chciała się przespać, ale nie potrafiła zasnąć, bo wspomnienia i uczucia, które towarzyszyły jej na statku tylko się potęgowały, gdy zostawała sama.
Spoglądała na niego i zaśmiała się głośniej z jego żartów. Pokręciła głową, ale z uwagą popatrzyła jak zakłada wianek. Rozbawił ją i chyba właśnie tego potrzebowała. Poczuła jak się odrobinę rozluźnia, a spięte mięśnie już tak nie bolą jak wcześniej, stres powoli odpuszczał, czego nie mogła powiedzieć o nasilającym się zmęczeniu.
– Dobra, wymieńmy się, nie wyglądasz jak Tomcio Paluch, a zawsze lubiłam sosnę i nie przepadam za miętą. Z kwiatów i roślin uwielbiam lawendę – wyznała i wymieniła się z nim wiankiem swój od razu wkładając mu na głowę. Nie wyglądały groźnie, więc raczej nie opęta ich żaden demon, a ona nie powinna tak panikować. Wyluzuj Avelino. Następnie założyła ten sosnowy na swoja głowę czując jak zmęczenie odrobinę ją opuszcza, co ją zdziwiło. – Chcesz się przejść do płomieni, czy coś zjeść? – zapytała ruszając odrobinę od wianków w głąb tłumu.
_________________________
Nastąpiła wymiana między wiankami. Alexander dostał miętowy, a Avelina wzięła sosnowy.
Beg me to stop
Przytrzymała go, gdy tylko został przez kogoś szturchnięty. Wiedziała, że w tym miejscu to było normalne, ale jej natura spojrzała za intruzem z mordem w oczach. Nie wychwyciła jednak tej osoby, a nie chciała też, aby Perseus się źle poczuł, że się o niego zmartwiła. Spojrzała tylko na niego upewniając się, że wszystko jest w porządku i mogą iść dalej. Moc, która zaczynała wypełniać jej ciało sprawiła, że troski i złość uleciała jak za dotknięciem różdżki. Zaczęła czuć dziwną radość, jej usta umalowane czerwoną szminką uśmiechały się szeroko, a jakiś nieuważny człowiek zniknął z jej głowy tak szybko jak się w niej pojawił. Czuła, że wszystko szło tak jak chciała i nic nie mogło tego zepsuć. Gdy ukrył twarz w dłoniach złapała go za nie i stanęła przed nim, aby widział tylko ją, aby nic innego nie odwracało jego uwagi. Rozumiała go, po prostu czuła, że ten jego dar nie może być niczym dobrym. Gdy opanował głowę ujęła jego twarz w dłonie i ucałowała znowu jego usta przysuwając się jeszcze bliżej. Cicho mruknęła, a gdy zaczął proponować jej ślub zadrżała nieznacznie. Nie sądziła, że Perseus potrafił być, aż tak spontaniczny i przede wszystkim, że chciał, aż tak bardzo tego ślubu. Czasami czuła się tak jakby go do tego zmuszała, ale jego radość z dziecka była całkowitym zaprzeczeniem tamtych myśli. Miała ochotę cieszyć się dzisiaj każdą chwilą spędzoną z nim, czuła, że ten dzień będzie początkiem czegoś nowego, a też nie była pewna, czy była to wina tej magii, czy po prostu tego, że była w ciąży i jej umysł nie raz płatał jej figle rozpraszając ją i męcząc w dziwnych momentach.
Jego usta przy jej uchu sprawiały, że dreszcz pojawiał się na jej karku, tak przyjemny, że nie była w stanie mu odmówić. Zamknęła oczy próbując się opanować, ale nie dawała rady, chciała tego, albo chciała tego magia bijąca od wianka. Ucałowała jego szyję obejmując go mocno w żebrach. Nie była pewna, czy był to dobry pomysł i tak już mocno podpadła ojcu wyprowadzając się z jego domu, zachodząc w ciążę bez ślubu. Czuła, że tym razem mogła by pójść naprawdę, prawdziwa awantura, że kolejne rzeczy robiła bez wiedzy, że zachowywała się jak siedemnastoletnia młódka, ale nie potrafiła odmawiać Perseusowi, nie potrafiła go zawodzić, bo nie chciała, aby od niej odszedł. Miała swoje sposoby, aby mężczyzn zatrzymać, ale strach gdzieś z tyłu głowy był.
– Jesteś tego pewien? – zapytała cicho do jego ucha oddychając odrobinę szybciej, bo jego propozycja wydała się być naprawdę kusząca.
Nothing happens in the dark
Are you still afraid?
Upicie się w wianku, a późniejsze całowanie się z kimś za wielkim kamulcem należało do czynności, które napełniały go życiem, więc ostatecznie nie pożałował, że przystał na propozycję Fiery. No, tylko to wciąż była Fiery.
- No zajebiście kolorowo stara - odburknął Edge, patrząc na siostrę z ukosa, bo japierdole - on od ponad 30 lat widział monochromatycznie. Okej, połowę życia spędził w podziemiu, ale ostatnie cztery lata trzymał się ich na tyle blisko, że mogłaby o tym pamiętać. Wianki to był dobry przystanek - wianek był niezbędnym elementem upicia się w wianku, dodawał też odrobiny egzotyki do całowania się za wielkim kamieniem, więc od razu ruszył w tamtym kierunku, ale... ooo słodycze. - To weź mi taką dużą, a ja pójdę nam po picie - zaoferował i nie czekając na odpowiedź, zaczął szukać czegoś fajnego, na jeszcze większą osłodę dnia. A kiedy wrócił, zobaczył jak ta jebana kleptomanka znowu wpada w kłopoty. Wiedział, że musiał zareagować szybko i odjebać jakiś teatrzyk, więc udał, że idzie prosto, ale omal nie potyka się o losowe dziecko, lądując prosto na klacie Chestera Rookwooda.
- Ojoj - jęknął, widząc, jak ulało mu się z kubka trochę piwa, prosto na jego koszulę - wybacz słodziaku, wytrzeć? - Zapytał najbardziej przerysowanie flirciarskim głosem, jaki udało mu z siebie wykrzesać w takim tłumie ludzi. Ubrany był ordynarnie - w obcisłe, skórzane spodnie opuszczone tak nisko, że aż wulgarnie, na górze ewidentnie mugolska koszulka, jakaś taka przykrótka, odsłaniająca wyrzeźbiony brzuch (zakładam, że pan Prawa Ręka nie wie, czym jest crop top...). Do tego piękne loczki upięte gumką, ale kilka z nich zdążyło już wyplątać się z niej i opadały na jego twarz w takim artystycznym nieładzie. Można było mieć o nim różne opinie - od dna społecznego i szlamy, po ślicznego chłoptasia idealnego do ogrzania drugiej strony pustego łóżka, no ale nie kiedy jest się tu z żoną i dziećmi.
Kokieteria I ;*** a co do precyzyjnego upadku - mam AF na PO i pracuję w cyrku (Występowanie I), niech to szanowna mistrzyni weźmie pod uwagę, buzi
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
Under the water I'll be sharpening my knife
Felix i Elaine mieli inny start w swoim życiu. Jemu udało się iść do szkoły, poznać innych ludzi, którzy nie byli cyrkowcami. Elaine pamięta, że od zawsze musiała kraść, aby przetrwać. Nie pamiętała swoich rodziców, ale doskonale pamiętała jak nieumiejętnie podwędzała bułki ze sklepów, czy innych miejsc, bo burczało jej w brzuchu, jak grzebała w śmietniku w poszukiwaniu czegokolwiek. Wszystko się zmieniło, gdy pojawił się Alex wraz z Tullym i zabrali ją do cyrku. Czuła się jak dzikie zwierzę, gdy dano jej świeżą bułkę, która nie była nadgnita. Potem robiła wszystko, aby sprawić, by ludzie w cyrku czuli, że dobrze zrobili zgarniając ją do tego miejsca, że nie jest ciężarem.
Gdy Felixowi udało się ukraść wisiorki Elka przeprosiła sprzedawcę i powiedziała, że wróci tu z koleżankami, aby coś razem wybrać, bo naprawdę świetnie wyglądają te naszyjniki i byłoby grzech coś nie kupić. Odsunęła się, a potem złapała Felixa pod ramie, gdy już weszli w tłum ludzi. Jakiś rosły mężczyzna trącił akrobatkę i jej piękny wianek z lawendy spadł na ziemię, a inna osoba go zdeptała.
– O nie! – zawołała widząc podeptane kwiatki. – Mój wianek – zrobiło się jej naprawdę smutno, nawet ukradzione wisiorki nie były w stanie jej ucieszyć, ale założyła je z przyjemnością na szyję i nadgarstek. – Idziemy po nowy wianek? – zapytała i spojrzała na swojego towarzysza z uśmiechem. Chciała pasować do Felixa i mieć też swój wianek.
Dlatego też nie zniósłby myśli, że dziewczyna może czuć się dla kogokolwiek ciężarem. Wspominała o tym kilkukrotnie, ale nie myślał, że ona naprawdę tak uważa. Gdyby tylko wiedział... To nie dokończył myśli, bo ktoś ją popchnął. Felix wykrzywił twarz w gniewnym grymasie.
- Uważaj, kurwa, jak leziesz, ciulu - nie przeklinał tak normalnie. Zdarzało mu się, oczywiście, ale zwykle nie tak prędko po sobie i w jednym zdaniu. - Co za, kurwa, świnia niemyta. PATRZ GDZIE LEZIESZ I MOŻE ZAINWESTUJ W OKULARY A NIE SIŁOWNIĘ!
Wianek, który wciąż miał na głowie, robił swoje. Normalnie pewnie by już niósł przyjaciółkę na rękach, by zabrać dla niej wszystkie wianki, świata, ale... Czuł, że nic złego nie może się stać. Był bohaterem w końcu, nie? No i Elaine była tak smutna, że kto inny zdeptał jej wianek... Felix momentalnie przypomniał sobie jej wyraz twarzy. No kurwa, no nie.
- Dobra, chodź tu, ja i ty, teraz - podwinął rękawy koszuli i zaczął się przepychać przez tłum za kolesiem, dla którego bzyczenie Bella było chyba nawet niesłyszalne.
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
Tyle wystarczyło Mewie do przekonania samej siebie, by przyjść. Jeśli kolejny atak miał mieć miejsce podczas obchodów Lithy, była przekonana, że włos jej z głowy nie spadnie, a ogień piekielny jej nie pochłonie. Złego diabli nie biorą, czart rozpozna swoich.
Nie martwiła się więc czyhającym niebezpieczeństwem, na to czas przyjdzie później, kiedy faktycznie stanie twarzą w twarz z zagrożeniem. Teraz przed oczami miała piękniejszy widok, błękitnooką idyllę, która w klejącej się do ciała sukience skracała żwawo dzielący ich dystans. Nie mogła oderwać od niej wzroku i nie chciała.
Uśmiechnęła się szeroko na powitanie, nie umiejąc uczynić subtelną tej wędrówki, którą odbywało jej spojrzenie, sunąc po wyrwanym z tańca ciele. Nawet jeśli Lorraine pierwsze nie wyciągnęłaby do niej rąk, sama porwałaby ją w ramiona i pomknęła w rytm muzyki. Objęła wiłę szczelnie, gdy rzuciła się jej na szyję, odruchowo podnosząc ją nieco do góry i obracając się z nią wokół ich własnej osi. Po tym króciutkim tańcu, przerywniku wręcz, odstawiła ją na ziemię i nachyliła się nieco, by odgarnąć niesforne jasne kosmyki za ucho ich właścicielki, by nie kleiły się dłużej do jej policzków.
- Uznałam, że jak kocha, to poczeka - oznajmiła bez wahania, obnażając zęby w zuchwałym uśmiechu. Nie czuła się winna, po prawdzie spóźniła się celowo. Choć chciała spędzić z Malfoyówną jak najwięcej czasu, wolała uniknąć wznoszenia modlitw i wszelakich rytuałów. Nie mogła nigdy określić czemu, ale czuła się przy nich niekomfortowo, nieswojo. Może nawet zakłamanie, że powtarza za innymi słowa, w które sama nawet nie wierzy.
Pozwoliła sobie wetknąć kwiatek za ucho, choć nawet nie zdążyła się przyjrzeć, co to za gatunek. Nie miała okazji, bo cały czas wpatrzona była jeśli nie w oczy, to w usta Lorraine - po co miała wznosić modlitwy do bóstw, o których istnieniu nie miała pewności, skoro mogła wyznawać tę, o której cielesności jest przekonana? W tym przypadku nie potrzebowała wiary, w końcu zbadała istotę sprawy własnymi rękami.
I nawet jeśli ktoś śmiałby zwrócić im uwagę o to rzekome świętokradztwo, o nadmierne spoufalanie się na cudzych oczach, bezeceństwa poza ścianami alkowy - co z tego? Maeve nie miała zamiaru martwić się niczym dzisiaj, bez względu na to, czy chodziło o coś tak śmiercionośnego jak możliwy atak Śmierciożerców, czy krzywe spojrzenia i zszargana opinia. Nie przyszła przecież tutaj dla tych tłumów, ani nie na przebłaganie za grzechy, przede wszystkim przyszła tutaj dla Raine. Poza nią świat nie istniał.
Odwróciła wzrok wreszcie, niechętnie i mozolnie, ale tylko dlatego, że królowa tak chciała. Podążyła spojrzeniem za palcem Malfoy, zerkając na wskazane stoisko. Parsknęła cichym śmiechem na wspomnienie ich pamiętnego połowu lilii, który prawie zakończył ich wspólną historię. Jakie one miały szczęście, że Mewa potrafiła pływać oraz unieść więcej niż tylko swój własny ciężar.
- Z chęcią podtopię się dla ciebie raz jeszcze, by ci taki upleść - wyjawiła całkiem szczerze, po czym zaśmiała się ponownie, bo przecież to był tylko żart. Nic więcej, prawda? Chyba to uwielbienie nie szło aż tak daleko, by kochała na zabój i własną zgubę?
Poza tym była pewna, że Lorraine w tym drugiego dna nie będzie się doszukiwać, mimo wrodzonej skłonności do zbędnej analizy. Maeve była święcie przekonana, że Lori nie myślała o niej tak często, jak ona myślała o niej.
Mimo iż błyskawicznie spostrzegła, że jasnowłosa puściła się biegiem do stoiska z wiankami i zarządziła zabawę w ganianego, Chang potrzebowała chwili stania w miejscu, kilku oddechów dosłownie, by przyjrzeć się, jak biegnie przed siebie w zwiewnej sukience, by zaśmiać się serdecznie do siebie na ten widok. Dopiero wtedy dołączyła do niej, choć ze zdecydowanie mniejszą gracją, bo nie miała na sobie czegoś tak zwiewnego, a jedynie podkoszulek z krótkim rękawem i jeansowe spodenki. Maeve zawsze wyglądała dobrze, ładnemu we wszystkim ładnie. Ale nigdy nie tak zniewalająco jak Malfoy.
Tłum był gęsty i przedzierając się przez niego zaczęła żałować, że pozwoliła sobie na tę chwilę opóźnienia - próbowała dorwać Lorraine, ale jedynie odbijała się od masy ludzi wpychającej jej się pod nogi. Kilka osób popchnęła, kogoś nazwała bardzo niepochlebnie, a nawet zdążyła usłyszeć pytanie pełne troski, czy jej aby nie pojebało. Miała chęć odpowiedzieć, że a i owszem, a o co chodzi?, ale nie chciała marnować cennego czasu.
W końcu jednak złapała nadgarstek Lorraine, wyłowiła ją z potoku gawiedzi i silnym gestem przyciągnęła do siebie. Ich twarze się zbliżyły, jakby sugerując tylko jeden możliwy, wręcz oczywisty finisz tej sytuacji, ale Maeve zatrzymała się tuż przed ustami Malfoy. Zamiast pocałunku, obdarzyła ją uśmiechem. Na wszystko przyjdzie pora.
- Co wygrałam? - Zapytała, licząc szczerze na nagrodę. W końcu gra się po to, żeby coś wygrać, prawda? I tym razem wcale nie chodziło jej o wianek.
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Podałem jej swój wianek i założyłem ten miętowy. Hm... Może nie jakoś intensywnie, ale niemalże od razu poczułem się jakoś inaczej, jakoś tak... Jak ja, ale bardziej jak ja. Powietrze stało się jeszcze lżejsze, słońce bardziej promienne, a trawa... bardziej trawą, zdecydowanie.
- Stwierdzam, że jest w nich jakaś magia. Kiedy założyłem ten, to tak... Ale myślę, że to nic złego. W tamtym czułem się bardziej silny, a w tym... w sumie też, ale w taki inny sposób. Jakbym mógł wznieść się w powietrze i polecieć bez miotły. Czuję ten ciepły wiaterek na swojej skórze, jakoś tak intensywniej... To przyjemne - przyznałem się, wzruszając ramionami. Zaproponowałem jej swoje ramię i, cóż, ruszyłem przed siebie, zastanawiając się, czy gdzieś po drodze minę któreś z moich podopiecznych. Spodziewałem się tu zobaczyć więcej twarzy niż to było planowe i już sobie porozmawiam z delikwentami, którzy ważyli się opuścić własną wartę. Ale to potem. Teraz miałem ograniczony czas w towarzystwie Aveliny Paxton, więc...
- Chciałabyś ujrzeć przyszłość w ognisku czy nie kręcą cię takie sprawy? - zapytałem, zaproponowałem. Równie dobrze mogliśmy iść do stoiska z jedzeniem, ale pewnie nie musiałem jej mówić, że łasuch ze mnie, bo mówiłem jej to za każdym razem. - Możemy też coś zjeść... Jadłaś coś po powrocie...? - zatroszczyłem się, a też nie chciałem głośno wśród innych mówić o statku, więc miałem nadzieję, że będzie wiedziała, co mam na myśli. Swoją drogą, kiedy mi opowiedziała o tych rewelacjach z dzisiejszego swojego dnia, to byłem pod niemałym wrażeniem. Nasza twórczyni scenariuszy nie wymyśliłaby czegoś aż tak pokrętnego, złożonego i mrocznego przede wszystkim. Czasami, kiedy zestawiałem podobne zdarzenia ze swoim życiem w cyrku, to stwierdzałem, że lepiej trafić nie mogłem. Z domem, z rodziną, z rodzeństwem, przyjaciółmi. Drobne problemy to nic, kiedy coś wysysało cię z życia i niewiele mogłaś na to poradzić, co nie?
Rzut na percepcję, czy w tłumie ujrzę The Beast oraz The Edgea
Akcja nieudana
Rzut na percepcję, czy w tłumie ujrzę The Little Fox oraz Felixa Bella
Akcja nieudana
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości