Nothing happens in the dark
Are you still afraid?
Nie wiedział. Poza tym musiał tkwić w tu i teraz, jakoś oddychać. Idiotyczny flirt, agresja i przerysowana gra aktorska były jedynym, co potrafiło zamaskować jego stres, więc brnął w to dalej.
- No weź, nawet umyłem włosy - pisnął, próbując nie upuścić piwa, kiedy działy się te wszystkie pojebane rzeczy. Odepchnięcie przez tego typa to jedno, ale kopnięcie w łydkę przez własną siostrę było już szóstym kręgiem żenady i prawdę mówiąc, pewnie by się z tym piwem wywalił, gdyby nie to, że... Haha, jakież on miał niesamowite szczęście do tych zimnych typów z gazetek.
Flynn wyrżnąłby się pewnie z tym piwem na wydeptaną trawę, gdyby Steward nie pomógł mu w utrzymaniu równowagi. W odpowiedzi na to został zmierzony nieco skołowanym spojrzeniem, bo okropnie dużo tu było wątków do połączenia. Okradziony przez Fiery koleś wabił się Chester - zakodowane. Ten drugi chciał się nim zająć - zakodowane, ale bardzo dwuznacznym tonem głosu. Był tak samo zimny jak Atreus - zakodowane. Był dzień, to nie mógł być wampir. Ghoul? Coś innego? Pracownik Ministerstwa? Flynn orientował się w świecie szeroko, śledził informacje z uwagą, ale Patrick był trochę jak cień swoich towarzyszy - gdzieś tam pewnie wymieniony na stronach Proroka, ale ileż on miał sekund na to, żeby sobie o tym przypomnieć? O wiele za mało, żeby zmieścić w tym cokolwiek poza westchnieniem.
- Ja się tylko potknąłem o pięciolatka - uniósł dłonie w bezbronnym geście, mając nadzieję, że nikt nie zauważył, jak w międzyczasie wcisnął sobie do kieszeni guzik oderwany z koszuli Chestera. Zamierzał później zmusić Fiery do tego, żeby go zeżarła. - Dzięki, słodziutki... pojawiłeś się tu tak znikąd, kiedy ta menda mnie popchnęła - mówił, zadzierając głowę do góry, bo Patrick był od niego wyższy o dobrych dziesięć centymetrów i przy tak malutkiej przestrzeni pomiędzy nimi faktycznie robiło to jakąś różnicę. Następnie upił łyk tego cudem uratowanego piwa i wzdrygnął się od gorzkiego smaku. - Smakuje jak szczyny. - I chociaż nigdy szczyn nie próbował, to był też całkowicie pewny, że po tym całym cyrku nikt nie będzie miał odwagi zadać słynnego pytania: „a próbowałeś kiedyś szczyn, żeby mieć jakieś porównanie”, bo odpowiedzi szło się domyślić, nawet jeżeli była błędna. - Chcesz to dopić? - Wyszczerzył się, modląc się w duchu do tych wszystkich wymyślonych przyjaciół Jima, żeby Patrick miał chociaż minimalne poczucie humoru.
Nie odsunął się od niego. Stał bardzo blisko, a niech go zaziębi. Spojrzenie przeniósł z niego na te dzieciaki wcinające watę. Jedna z nich leżała na ziemi, ale przecież obowiązywała zasada trzydziestu sekund (wychował się w niedostatku, więc nawet i trzech minut albo i dni) więc spróbował tę watę translokować.
Rzucam zaklęcie: Bezróżdżkowo, niewerbalnie, podnoszę watę cukrową z ziemi, odrywam zabrudzony kawałek, a resztę formuję w kształt słonika, z trąbą i w ogóle. Unosi się przed dzieciakiem.
Akcja nieudana
Nie udało się? Nic straconego. Uznaję, że to przez to, że nie podniosłem ręki, więc tym razem macham przy tym dłonią i próbuję jeszcze raz?
Sukces!
Nadal się nie udało? Mówię siarczyste:
- Kurwa m- znaczy oooojejj.
I uśmiecham się do Stewarda przyjaźnie.
Jeżeli to nie odwróci ich uwagi od kradzieży, to już nic nie pomoże. Da Fiery sygnał do tego, żeby udawała poród.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
in serene melancholy
Z jednej strony rozczulenie rozlewało się ciepłem wewnątrz jego ciała, gdy obserwował Garricka i Septimę porozumiewających się swoim własnym językiem sugestywnych spojrzeń i chichotów, którego być może nie rozumiał, lecz uśmiech wkradał się na usta, gdy im towarzyszył. W opozycji do tego stał głos, chropowaty i nieprzyjemny, który pojawiał się znikąd, burząc to, co do tej pory zbudował Laurence, kusząc powrotem do dawnego życia. To on sprawił, że szedł teraz obok nich z rękoma w kieszeni, zbyt onieśmielony, by się odezwać.
— W sumie lat to nie odejmuje — przyznał mu rację, wodząc wzrokiem za mężczyzną z wiankiem. Zapomniał o tym człowieku w tej samej chwili, w której zniknął z jego pola widzenia. Szkoda, odezwał się nieśmiały głos w jego głowie. Sam najchętniej wsunąłbyś kwiaty w loki Garricka, obsypał nimi go całego i patrzył jak ich delikatne płatki w sposób, w jaki ty nigdy się nie odważyłeś. Odgonił od siebie te myśli niczym natrętną muchę, a one tak jak mucha wracały po chwili, stając się jeszcze bardziej irytujące. Weź się w garść, powtarzał sobie w duchu. Tęsknota za bliskością, to rozpaczliwe, rozdzierające pragnienie poczucia wspólnoty z innym człowiekiem, w żaden sposób go nie usprawiedliwiało Selwyna. Nie miał prawa; nie po tym, jak przez lata z pełną świadomością go od siebie odsuwał.
Najwidoczniej, nie tylko jego.
— Baw się dobrze — posłał jej serdeczny uśmiech, choć gdzieś w jego ciemnych tęczówkach czaił się lęk, że to on jest powodem, dla którego Septima postanowiła się od nich oddalić. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nierozsądne, że przecież to młoda kobieta, osobny but, który miał swoje życie i swoich znajomych, a jej decyzja nie miała nic wspólnego z tym, że nieświadomie uczynił coś niestosownego.
Zostali sami i Laurence nie wiedział, co powinien powiedzieć. Milczał więc przez chwilę, spacerując obok Garricka, wsłuchując się w tembr jego głosu, tak rozkosznie kojącego.
— Będąc szczerym — podjął temat, kładąc szczególny nacisk na słowo "szczerym", po czym rzucił pośpieszne spojrzenie na twarz Garricka, jakby chciał upewnić się, czy nie spotka się z dezaprobatą z jego strony — to niezbyt przepadam za tymi kamieniami. Kojarzą mi się z moim pierwszym filmem. Nie tym pierwszym-pierwszym, ale tym, w którym byłem statystą jako dzieciak. Uhhh... Na samo wspomnienie mam wrażenie, że piecze mnie skóra — poruszył niespokojnie ramionami, chcąc strząsnąć z nich coś niewidzialnego, lecz z całą pewnością obmierzłego — Ale... z tobą jest tu jakoś inaczej... przyjemniej i bardziej sielsko. Jakie zaklęcie na mnie rzuciłeś?
Posłał mu zawadiacki uśmiech i dał lekkiego kuksańca w bok. Jakby znów byli młodzi. Jakby ostatnie sześć lat nigdy nie miało miejsca.
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
Powstrzymał cisnące się na usta słowa odnośnie tego, że pan Black ma krótką przewidywaną długość życia, ruszając wreszcie za Letą i Ulyssesem.
– Dziękuję, ale obawiam się, że marna byłaby ze mnie kobieta – skwitował tylko słowa Alethei, jak zwykle niezbyt przejęty jej paplaniną. – A tobie poślubić Ulyssesa nie pozwolę, to w końcu mój przyjaciel. Nie wypada życzyć mu takiego losu – zakpił jeszcze, rzucając mu nieco rozbawione spojrzenie, kiedy stwierdził, że przebaczyłby mu i wiek, i wzrost. – Tak, twoja rodzina bardzo dba o to, aby czysta krew Rookwoodów nie wyginęła. Nie krępuj się, w razie czego. Najwyżej rozejdą się plotki i twojego ojca krew zaleje.
Inna sprawa, że Cathal miał pewne Opinie na temat Rookwoodów, podyktowane głównie tym, jak bardzo Ulysses starał się, aby Shafiq nie miał z nimi wiele wspólnego. Co nie było teraz trudne, gdy od lat rzadko bywał w Little Hangleton, ale w przeszłości już wymagało jednak pewnych starań.
Abbott wepchnęła wianek i jemu, i Cathal spojrzał na trzymane w ręku kwiaty z jakby odrobiną kpiny. Zważywszy na jego wzrost i postawę, nie wątpił, że w takim wianku będzie wyglądał co najmniej zabawnie i sam pewnie by w tej kolejce nie stanął, gdyby nie pociągnęła ich tutaj Leta. Ale i nie wzbraniał się gwałtownie przed jego przyjęciem.
– Możesz komuś je wręczyć, żebyś tylko potem nie marudziła – oświadczył, ruszając dalej. – To nie twój ojciec…? – zapytał, oglądając się w tłumie ku miejscu, gdzie zaczynało się coś na kształt zamieszania. Ale może tylko mu się zdawało.
!wianki
Szałwia
Egzaltowana w sposób niejasny i burzliwy, pamiętając felerny ostatni sabat, nie była chętna, aby zawitać również na Lithii – goniło ją w końcu niejasne poczucie obowiązku wobec kowenu, którego kapłanki stały już przy ognisku, otulając go splecionymi ramionami. Uśmiech kwitł na jej wargach prędko i buńczucznie, tak jakby nawet mary przeszłości nie były w stanie zepsuć jej szampańskiego nastroju – w gruncie rzeczy taka była; pogodna, wrażliwa na krzywdę ludzką i przede wszystkim: przekonana w twierdzeniu, że na świecie powinno być więcej miłości, a mniej spychania na margines ludzki. Westchnięcie zamarło na wargach, gdy kierowała spojrzenie na Heather; prędko jednak błysnęła zębami w ten charakterystyczny dla niej sposób – gdzie policzki podchodziły jej pod oczy, ograniczając nieznacznie pole widzenia.
Ubrana w letnią sukienkę, jedną z tych bardziej eleganckich – nie nazbyt, była w końcu biedna – którą dostała od Alastora na któreś święta bożego narodzenia. Nigdy nie pytała, kto mu pomógł w wyborze, kuzyn w końcu nie miał rozeznania w modzie damskiej i porywach dziewczęcych serc; na rozciągłości życia starał się ją rozumieć i wspierać w mętnej drodze dorastania – nie wiedział jednak zbyt wiele na temat tego, czym nastolatki się interesują.
A Effie była do bólu babska. Lubiła kwiaty, ładne sukienki i magnolie odpiłowane gdzieś przy skwerze; prawdopodobnie dlatego jej naturalnie rumiane policzki zostały muśnięte odrobiną różu, a burza loków opadała na ramiona w nieco bardziej ujarzmiony sposób. Wystroiła się, to było jasne.
Miała słabość do żonkili i białych konwalii.
– Chodźmy do ogniska – zawyrokowała. – Heath, czy kiedykolwiek czułaś się tak, że lokujesz uczucia w kimś nieodpowiednim? W złodzieju lub zbóju? Bo mam mętlik w głowie – rzekła, wykazując się szczerością.
Myślała oczywiście o Fletcherze.
Jakkolwiek bardzo usiłowała odgonić myśli o ich przypadkowym pocałunku, tak bardziej wżynał się on w kanwę umysłu, stając się niespieralnym. Westchnęła ciężko, dając znać o swojej bolączce – po raz pierwszy w życiu tak bardzo korciło ją do złego; do przeżycia przygody – o czym wszak mogła myśleć dziewczyna jej pokroju, jak nie o perseidach i niebezpiecznych uniesieniach?
Starała się zapomnieć o Billym, o jego miękkich wargach i butnej osobowości.
Z konsternacji wyrwała ją dłoń Heather, oplatająca ciasno jej ramię; zachichotała jak mała dziewczynka, zataczając się odrobinę, aż jej wzrok spoczął na ognisku. Rozejrzała się, szukając znajomych twarzy, po czym szturchnęła Wood pod żebro.
– Czy to nie Cami? – zabrzmiała pytaniem.
Chciała dodać coś jeszcze; w jakiś sposób zaanonsować zaczepienie go – wzrok jednak spoczął na językach ognia wymykających się z ogniska, na feerię barw czynioną przez upalny, letni dzień zmieszany z aksamitem płomiennego ciepła. Zapatrzyła się odrobinę za bardzo…
!płomienie
Effimery Trelawney
Miał przynajmniej nadzieję, że Rabastan to wiedział. Mówił mu to wprost, ale czy brat wziął sobie jego słowa do serca? Nie miał pojęcia, czasem nie był w stanie go zrozumieć. Nie potrafił.
Stanął posłusznie za nią w kolejce, odmawiając gdy jedna z kobiet wyciągnęła wianek w jego stronę. Za żadne skarby, prędzej by go zjadł, niż założył na głowę. Trix za to wyglądała przepięknie. Na krótki moment spojrzenie Rolpha ociepliło się. Pociągnął narzeczoną w bok, by nie przeszkadzali innym, lecz zatrzymał się nagle, pozwalając by wpadła mu w ramiona. Nie dał jej jednak czasu na reakcję - widząc ją w tym wianku nie mógł się powstrzymać przed złożeniem na jej ustach pocałunku. Zwykle starał się nie okazywać czułości w miejscach publicznych, ale nie dostrzegł nikogo znajomego, a sama atmosfera tego miejsca udzielała mu się na tyle, że postanowił na krótki moment się zapomnieć.
- Nie sądziłem, że możesz wyglądać jeszcze piękniej niż zwykle - powiedział, odruchowo poprawiając jej wianek tak, by był prosto włożony na głowę narzeczonej. - Co teraz chcesz zrobić? Zatańczyć wokół ogniska czy poprosić Matkę o dziecko?
Uniósł brew, a na jego ustach błądził uśmiech, nieco kpiący. Znał jej podejście do tego tematu, tak jak ona znała jego. Byli na to za młodzi, z tego też powodu odwlekali ślub. Żeby później nie musieli bronić się przed napastliwymi wymaganiami społecznymi. Bo teraz nie wypadało, ale potem będzie trzeba. A oni przecież zostali stworzeni do większych, ważniejszych celów. Poza tym ogromnym egoizmem byłoby sprowadzanie dziecka na świat, w którym roiło się od szlam. Najpierw wypadałoby ten świat nieco oczyścić.
And is decaying in me
Chester nie życzył sobie jakiekolwiek kontaktu z tym mężczyzną, który zdecydowanie przekroczył granice jego nietykalności oraz zburzył jego nienaganny wizerunek. Przekroczenie pięćdziesiątego roku życia nie sprawiło, że przestał przywiązywać wagę do sprawności fizycznej i naprawdę nie miał się czego wstydzić. Po odepchnięciu od siebie tego mężczyzny, sięgnął od razu po swoją różdżkę aby przywrócić swoją koszulę do pożądanego stanu, usuwając nawet plamę z piwa. Myślał także o swoich wnukach, o które jako ich opiekun do czasu przyjścia ich rodziców, musiał zadbać. Tylko ostatnia łamaga jest w stanie potknąć się o dziecko, którego stanem to on będzie się zajmować i próbować je uspokoić.
— Niedługo będziecie mieć babcię. — Zapewnił chłopców zgodnie z tym, że rozważał poszukanie dla siebie nowej partnerki. W końcu jest wdowcem od dziesięciu lat. Niedługo stanowiło dosyć odległą perspektywę w czasie, bo przy jego boku powinna stanąć odpowiednia kobieta. Jeśli szukał dla syna idealnej kandydatki na żonę to względem samego siebie nie mógł nie kierować się swoimi kryteriami.
— Tak. Ta kobieta próbowała mnie okraść i chciała najwyraźniej uciec z moją sakiewką. — Chester zamierzał rozwiązać tę sprawę z udziałem Brygadzistów, jednak skoro całe to zamieszanie ściągnęło tutaj Stewarda, to zamierzał na tym skorzystać. Nie musiał tym samym legitymować się przed pierwszym napotkanym Brygadzistą i tłumaczyć mu całej sprawy, jak zwyczajny cywil. — Z kolei ten tutaj starał się odwrócić moją uwagę. — Wytłumaczył Patrickowi z niezadowoleniem w głosie.
— Oczywiście. Jeśli mogę zasugerować... od razu zabierz ich do aresztu na dobę albo dwie. Jak ją spiszesz i wypuścisz to z pewnością spróbuje okraść kogoś innego. Tego tu najlepiej usunąć z widoku publicznego, aby nie gorszył świętujących swoim wizerunkiem i zachowaniem. — Przystał na to z miejsca. Kierując się swoim doświadczeniem, doskonale wiedział że jeśli pozwoli się odejść złodziejom (nawet jeśli przyłapani na gorącym uczynku ostatecznie oddadzą cudzą własność, jak to miało miejsce w tym przypadku), to lada moment spróbują okraść kogoś innego. Odzyskaną sakiewkę schował tam, gdzie jej miejsce - do wewnętrznej kieszeni marynarki. Chester z kolei bardzo nie lubił zboczeńców, którzy pchali się z rękami tam, gdzie nie powinni. Nie patrzył też przychylnym okiem na obscenicznie ubrane osoby. Nie był też zwolennikiem taryfy ulgowej dla tych, którzy weszli mu w drogę.
I'm on the other side
Uśmiech z jej twarzy nie znikał, a Alexander świetnie sobie radził z odwracaniem jej uwagi, z rozbawianiem jej, co ją naprawdę mocno zaskoczyło, bo zwykle była bardziej sarkastyczna i nie miła, gdy poznawała nowe osoby. Może to ta jego aura? Charyzma? Coś w oczach? Nie wiedziała, ale też nie chciała się nad tym roztrząsać. Mężczyzna był czarujący, a udowodnił to tym, że się przed nią skłonił. Zapewne było to spowodowane jego pracą, ale Avelinie to nie przeszkadzało. Jeszcze nie spotkała takiej osoby jak on, a to zawsze dodatkowe doświadczenie.
– Będę pamiętać – odparła. Swoje spjrzenie skierowała na niego, aby patrzeć, gdy do niej mówił. Pokiwała głową myśląc nad tymi słowami. – Coś w tym jest, ale to taka przyjemniejsza magia. Mam więcej siły i może przetrwam ten czas bez zasypiania na stojąco, więc się może nie znudzisz tutaj ze mną – uśmiechnęła się i rozejrzała dookoła. Za ich plecami działo się jakieś zamieszanie, ale Ave się nad tym nie skupiała, jej głowa była wystarczająco zmęczona i zaspana, aby mogła myśleć o tym otoczeniu tutaj. – Tylko nie odlatuj za daleko, obiecałeś mnie odprowadzić – lekko uderzyła go swoim bokiem w żartobliwym geście. Siły nie miała, więc nawet nie była pewna, czy Alex to poczuł.
– Nie, nie zjadłam nic – wyznała szczerze, bo z kłamstwem jej było często na bakier. Czasami się zdarzyło, ale nie miała w tym wielkiej wprawy, a nie miała też potrzeby okłamywania swojego towarzysza, bo prędzej, czy później by się o tym dowiedział słysząc burczenie w brzuchu. – Mignęło mi stanowisko z grillowanymi warzywami, więc mogę sobie coś kupić do jedzenia i przejdziemy się na ognisko, co ty na to? – zaproponowała – Ciekawi mnie to jak to wygląda, ale sama nigdy nie pchałam się w ręce wróżbitek – odpowiedziała na jego pytanie.
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości