Westchnięciem odbijała się na uciemiężonym licu wszechświata, tchnienie oddając w ramiona eteru – tak, jakby nie wiedziała, które emocje są prawdziwe, a które topią się w fałszu; baczne spojrzenie błękitnej toni tęczówek, wyrażało nieomal wszystko: całą feerię uczuć kowalnych w obróbce i szaleńczej nieomal potrzeby bycia. Spoglądała tym skupionym spojrzeniem na całą trójkę, a na jej wargach rozgościł się osjaniczny uśmiech – w końcu czy ktoś jeszcze pamiętał o kreśleniu swojej drogi wśród gęstych deszczy majowych?; głęboki wdech umościł się świeżym tchnieniem na dnie płuc, tak jakby miał być ostatnim. Urągliwe wygięcie warg rozszerzyło się, a w oczach zabłysły niewiadome ogniki ekscytacji.
Z wymalowanym tak ekstatycznym uśmiechem, skierowała się do Heather, szczypiąc ją pod żebra, przylegając po chwili do jej ramienia, podbródek opierając na jej barku.
– Heaaaaather – zagaiła, zupełnie jakby była już pod wpływem ognistej.
Już otwierała usta, już miała powiedzieć coś niewiadomego, przystanąć na propozycję Charlesa, ruszyć z nim w taniec, gdy poczuła liście paprotek osadzające się na jej blondwłosej głowie.
I wówczas pojawił się on, jej przekleństwo i błogosławieństwo zarazem. Gdy wianek miękko spoczął na jej splątanej fali jasnych, świetlistych niczym aureola włosów, baczne spojrzenie opadło na sylwetkę Esme, w pierwszym odruchu nie wiedząc, co powinna uczynić. Powaga stopniała na jej obliczu, oblewając policzki sowitym rumieńcem, gdy czuła na sobie jego wzrok. Paranoicznie chciała wypaść przed nim jak najlepiej i choć speszona, rozbłysła feerią barw, wargi wyginając w tym milszy uśmiech, że rozbrajająco szczery i prawdziwy w swej zasadności.
I patrzyła tak na niego przez moment, milknąc w słowach i gestach, oczy wybałuszając ponad orbity; nie liczył się już Charlie, jego ramię oplatające jej, ani ta obietnica tańca pośród płomiennych języków. A on przecież lubił ją peszyć; lubił, gdy była zawstydzona i nie wiedziała co powiedzieć; gdy w jej niewinnej uwerturze pojawiały się wyraźne wybrzuszenia. Bo Effie zakochiwała się często i gęsto, przerzucając swoje emocje to na jednego, to na drugiego mężczyznę. Nie baczyła na to, czy jest traktowana dobrze i właściwie – kochała się w ludziach rzęsiście, tak, jakby miało nie być jutra.
A Esme był jej utkanym w gwiazdozbiory obiektem westchnień od dawien i ilekroć o nim zapominała – on pojawiał się w jej życiu na nowo, z tym całym bagażem emocji i uczuć niepoprawnych. Wzięła wdech głęboki; o wiele za głęboki jak na luźną pogawędkę, nie mogąc odlepić od niego wiekuistego spojrzenia.
– E-Esme – zająkała się, chociaż przecież nigdy jej się to nie zdarzało. – Dobrze cię widzieć – rzekła głosem bezkreśnie ciepłym i miękkim; lepkim jak późnoletni sok i niemniej słodkim.
Gdyby nie był sobą, zapewne podeszłaby do niego i oplotła chuderlawymi ramionami, witając sowitym przytuleniem – teraz jednak, skonfundowana na za wielu poziomach, tym, że znowu pojawił się w jej życiu okryty barchanowym całunem emocji, nie potrafiła znaleźć właściwego dictum.
Mimowolnie chwyciła go za dłoń.
– Dziękuję – że jesteś, że wróciłeś, że znowu jesteś obok mnie – za wianek – rzekła zamiast tego i gdy tylko liście paproci usadowiły się na jej czuprynie, poczuła nagłą euforię, radość nieopisaną, która dała jej o wiele więcej kurażu, niż by sobie życzyła.
– Wybacz, Charlie, ktoś mnie najwyraźniej odbił – rzekła jowialnie, palce splatając z dłonią Esme tak, jakby zaszła jakaś wieczysta przysięga.
– Och, przepraszam – zreflektowała się po chwili, gwałtownie puszczając jego dłoń – jakby sparzyła się od samego jego dotyku.
Nie potrafiła wyartykułować więcej, aniżeli to; więcej, niż wydukane przeprosiny i nagłe, gwałtowne zawstydzenie, które rozlewało się coraz większym rumieńcem. I choć była kochliwa – całe życie czekała na kogoś, kto zdejmie z jej ust obietnicę; na kogoś, kto odznaczy się linią wyjątkowości. Miała do tego wiele cierpliwości.
Nie, nie mówił poważnie. Chyba. Chociaż ani mina, ani ton, jakim wypowiedział te słowa, nie sugerowały żartu. Za to omal nie roześmiał się na pytanie Ulyssesa, i ugryzł się w język, by nie podsuwać mu ostatecznie na nie odpowiedzi. Nawet dla Cathala, którego umysł też był naznaczony piętnem Milforda, myśli młodego Rookwooda chodziły niekiedy absolutnie niezbadanymi drogami.
Nie zdążył zresztą nawet odpowiedzieć, bo Ulysses wypatrzył kogoś pośród ludzi i wcale nie był to Chester Rookwood.
Gdy podeszli do dziewczyny, Cathal milczał, może nieco dłużej niż by należało. Nie wynikało to wcale z niechęci, a z tego, że przetwarzał informacje. Nie znał Danielle Longbottom – ale i nic dziwnego, była wyraźnie młodsza i prawdopodobnie nie należała do głównej linii rodu, bo był pewien, że nie mignęła mu na żadnym wieczorku czystokrwistych, do udziału w którym zmusiła go ciotka. Ale łatwo było poskładać to, co o tej rodzinie wiedział, co wiedział o Rookwoodach, by szybko dojść do wniosku, że taka znajomość na pewno nie cieszyła Chestera.
Sposób, w jaki Rookwood zaczął nagle mówić i jego mina wiele mówiły. Na przykład dlaczego Ulysses przyprowadził do domu Isabelli Gaunt psa, i dbał o niego z poświęceniem, chociaż ten niszczył meble, wymagał regularnych kąpieli, bo wytarzał się w błocie albo starej rybie i spragniony czułości pakował się na kolana. Wszystko było jasne na tyle, że Cathal postanowił czym prędzej się ewakuować i zabrać ze sobą Alethę.
– Miło panią poznać, panno Longbottom – powiedział w końcu, wyciągając do niej rękę. Uśmiechnął się półgębkiem, niezbyt szeroko, a jego jasnych oczach iskrzyło jakby rozbawienie. – Leta, chyba przy stoiskach widziałem Nell, myślę, że możemy podejść się przywitać – stwierdził, jakby wcale nie widzieli się z Bagshot dziś rano. – Ulysses, damy ci może porozmawiać ze znajomą? – dodał jeszcze, nim położył dłoń na ramieniu Lety i pchnął lekko w tłum. Najwyraźniej gotów, gdyby próbowała protestować, złapać ją za kołnierz i stąd wynieść. Choć wcale nie chciał szukać Nell, a skierować się ku wyjściu...
Spojrzała na Rolpha spod swoich ciężkich powiek. Zazdrosny o brata. Nie mogła się powstrzymać i parsknęła śmiechem. Była to chyba ostatnia osoba, która powinna w nim wzbudzić uczucie zazdrości. Wiedziała, że to żart, bowiem wiedział, jak wygląda jej relacja z Rabastanem. - Taaak, zdecydowanie powinieneś być zazdrosny. - Uśmiechnęła się jeszcze do narzeczonego, jakby na potwierdzenie swoich słów. Dobrze było wiedziec, że również martwi się o brata, miała nadzieję, że jakoś uda im się mu pomóc. Szkoda by było, żeby nadal się zamartwiał. - Dajmy mu jeszcze trochę czasu, jak nie wyjdzie, to możemy zacząć aktywniej działać. - Miałaby może nawet i kilka pomysłów, które mogłaby spróbować wdrożyć w życie, nie chciała jednak robić nic przeciwko swojemu przyjacielowi, jeśli jednak nie będzie miała wyjścia, to zacznie działać.
Udało jej się dostać wianek. Był zrobiony z drobnych, białych kwiatków, które na pewno pięknie będą kontrastowały z jej ciemnymi włosami. Miała szczęście. Gdy włożyła go na swoją głowę poczuła się jeszcze bardziej pewnie niż zwykle, jakby nie mogło jej dzisiaj nic zatrzymać, nie miała pojęcia, dlaczego to uczucie było jeszcze bardziej silniejsze od zawsze. No nic.
Dosyć szybko udało im się opuścić kolejkę, Rolph jednak nie czekał pociągnął ją ze sobą dalej, Trixie była gotowa za nim podążąć, ale on się zatrzymał, ona nie zdążyła zwolnić tempa, przez co wpadła mu w ramiona. Złapał ją, jak zawsze zresztą, przy nim była bezpieczna w każdej sytuacji.
Przyciągnął ją do siebie bardzo szybko i złożył pocałunek na jej ustach, zaskoczyło ją to, bo nie należeli raczej do tych par, które publicznie dzieliły się swoimi uczuciami. Nie przeszkadzało jej to wcale, uważała, że na wszystko był czas i miejsce. Zdziwiła się nieco jego otwartością, nie miała jednak problemu z tym, aby dać się ponieść chwili i odwzajemnić jego pocałunek.
- Cieszę się, że nadal potrafię zaskakiwać. - Uśmiechnęła się do narzeczonego po raz kolejny, widać była w wyśmienitym humorze. Zamrugała jednak dwa razy, gdy usłyszała jego kolejne słowa. - O dziecko? Dobre sobie, nie sądziłam, że jesteś jednym z tych, którzy chcieliby mnie zamknąć w domu na kilka miesięcy. - Była za młoda na takie poważne kroki, zdecydowanie nie chciała jeszcze podejmować tak poważnych kroków. Uważała, że dobrze im było razem, we dwójkę. - Jeśli chodzi zaś o tańce, to nie wiem, czy się nadaję. - Nie do końca czuła się na siłach, aby uskuteczniać tę formę aktywności przy tych wszystkich ludziach.
That's why it's fun.
Była zmęczona. Kurewsko zmęczona. Statek, na którym wylądowała z całą grupą różnych, dziwnych osób utonął. Udało im się wygrać z legendą, było to bardzo trudne. Niektórzy całkiem mocno oberwali. Ona jak zawsze, jakoś uniknęła większych zadrapań, na pewno była trochę brudna, śmierdziała mułem, nie przeszkadzało jej to jednak, żeby dotrzeć na sabat.
Nie spieszyła się do domu. Triss na pewno zajmię się Pierdołą, a ona nie chciała znowu zostać sama. Miała wrażenie, że jej życie osobiste to jedno, wielkie pasmo niepowodzeń, chociaż zawodowo wszystko jej się układało, tyle, że i po pracy warto było mieć czym zająć myśli. Wierzyła, że na sabacie spotka jakieś znajome twarze, będzie miała się z kim napić, a później, kiedy będzie jeszcze bardziej zmęczona i zamroczona wróci do domu.
Zacisnęła palce na perle, która znalazła się w kieszeni jej skórzanych spodni po tym, jak udało jej się wydostać ze statku. Wróciła myślami do kobiety z blizną, w której skórze znalazła się kilka godzin temu. Czuła, że szybko nie zapomni tego doświadczenia. Musiała zrobić coś, żeby przestać myśleć o tym wszystkim.
Nieco zdziwiła ją ilośc osób obecnych na sabacie. Była pewna, że ludzie będą się bali pojawić na miejscu, po tym, co wydarzyło się podczas Beltane. Jak widać, te obawy były zupełnie niepotrzebne. To miejsce tętniło życiem i było pełne czarodziejów w najróżniejszym wieku, kolorowych, od których nie można było oderwać wzroku, gotowych do zabawy.
Nim pojawiła się wśród ludzi, rzuciła na siebie szybkie zaklęcie, które miało pozbyć się brudu z jej ubrania. Niestety nie udało się jej pozbyć tego zapachu, którym przesiąknęła na Perle Morza. Skierowała się od razu w stronę stoiska z browarami. Musiała ukoić pragnienie, stała grzecznie w kolejce i czekała, aż ktoś będzie mógł sprzedać jej wymarzony trunek.
And is decaying in me
Chester uniósł jedną z brwi, słysząc ten komentarz z ust kobiety. Nie wymagał od niej, aby gasiła papierosa w publicznej popielniczce. Nie wymagał od niej z tego względu, że sam zamierzał niebawem sięgnąć po dzisiaj zakupioną paczkę papierosów, otworzyć ją i wypalić kolejnego już papierosa w tym jakże wspaniałym dniu, który obfitował w niespotykane dotąd wrażenia. Zamierzał tylko dopić swoje piwo. Nic więc dziwnego, że westchnął ciężko. Nie potrafił wskazać związku między pogorszeniem apetytu i spadkiem chęci do życia a paleniem tytoniu. Brak dostępu do tej używki działał niekorzystnie na niego.
— Nie widzę związku. Nie daję chłopcom papierosów do palenia. Używki nie są dla dzieci. Jeśli w przyszłości będą sięgać po papierosy to z własnej woli. — Gdyby nie to, że kobieta zapaliła przy nim i przy jego wnukach papierosa to miałby powód aby postrzegać ją za zwolenniczkę zdrowego trybu życia i przeciwniczkę wszelkich nałogów. W pamięci Chestera została uwieczniona sylwetka ojca palącego cygara i matki z cygaretką w dłoni, jednak idący z góry przykład nie sprawił, że sięgnął po pierwszego papierosa. Początki jego nałogu miały miejsce po rozpoczęciu pracy w Ministerstwie Magii. Rookwood posiadał twarde zasady i pomimo bycia nałogowym palaczem to nie dopuściłby do tego aby jego dzieci sięgnęły po papierosy przed ukończeniem siedemnastego roku życia. One również pozostawały poza zasięgiem rąk jego wnuków. Nie pozostawiał ich w przypadkowych miejscach w rodowej posiadłości.
— Mi również panią poznać. Rozumiem, że będzie miała pani coś przeciwko temu, gdybym niebawem zapalił? To moje wnuki. Czekam na przybycie syna i jego żony. — Naprawdę było mu miło poznać piękną kobietę. Chester naprawdę rzadko liczył się z cudzym zdaniem, zwłaszcza przypadkowo spotkanych osób. Należało w tym momencie sprostować to, że siedmioletni Ramses i pięcioletni Conven nie są jego dziećmi, tylko właśnie wnukami. Zgodnie z panującym w Anglii zwyczajem przez cały okres małżeństwa nosił swoją obrączkę na serdecznym palcu lewej dłoni, natomiast po śmierci żony przełożył ją na serdeczny palec prawej dłoni, jak tto często robią wdowcy. Rozważał zdjęcie jej z palca, co miało związek z jego wstępnymi planami. Szukał żony dla swojego najstarszego syna, jednak to nie oznaczało, że po dziesięciu latach od śmierci żony nie mógł pomyśleć o sobie.
Bycie Aurorem w trakcie czynnej służby wymagało od niego utrzymywanie ciała w dobrej formie. Powinno mu to w jakimś stopniu pochlebiać, że omyłkowo został wzięty za ojca tych chłopców, choć to prawda, że nie wyglądał na swoje lata. Może się też pochwalić bycie ojcem trójki dorosłych już dzieci i posiadaniem trzech wnuków oraz pozostałych jeszcze nienarodzonych.
— Zapalę jak odbiorą ich rodzice. — Stwierdzenie, które ostatecznie padło z jego ust, powinno w jakimś stopniu usatysfakcjonować tę kobietę, skoro najwyraźniej miała na uwadze zdrowie i samopoczucie jego wnuków. Jeśli miała na myśli również siebie to podczas palenia stanie dalej od niej, tak aby dym tytoniowy nie leciał w jej stronę. Zwłaszcza, że było widać to, że nie jest nałogową palaczką. Uniósł dłoń trzymającą szklankę piwa do ust, upijając łyk piwa. Zaproponowałby swojej towarzyszce coś do picia, jednak to musiało poczekać do nadejścia rodziców chłopców. Nie mógł pozostawić ich samych sobie ani pod opieką przypadkowej osoby.
Litha. Kolejny sabat, w którym przyszło jej uczestniczyć. Ten dzień był dla niej zawsze w pewien sposób wyjątkowy, bo Norka Figg przyszła na świat dokładnie dwadzieścia sześć lat temu. Były to jej urodziny, które zawsze stawały się nieco przyćmionie przez świętowanie Lithy. Nie przeszkadzało jej to jakoś specjalnie, przywykła do tego.
Poprzedni sabat zakończył się dla niej dosyć nieprzyjemnie. Wywiało ją w pizdu, a później przyszło jej zamordować ghoula. Nie były to szczególnie pozytywne wspomnienia. Tym razem jednak nie miała swojego stoiska, występowała w roli gościa, nie chciała też zabrać Mabel tej przyjemności. Pojawiła się więc z córką, żeby świętować ten najdłuższy dzień w roku.
Nie zamierzała być tu zbyt długo, bo musiała jeszcze ogarnąć przygotowania do przyjęcia, które organizowała wieczorem, jednak miała dość czasu, aby przejrzeć wszystkie stoiska i skorzystać z tego, co przygotowali lokalni wystawcy.
Ubrana była w krótką sukienkę (jak zawsze), buty na obcasie - wcale nie przeszkadzało jej to, że przez podobną stylizację podczas przygotowań do Beltane poleciało kilka stołów.
Ścisnęła mocniej dłoń córki, żeby mieć pewność, iż nie zgubi jej w tym tłumie, jeszcze jej tego brakowało do szczęścia. - Mab, wpadło ci coś w oko, może pójdziemy po wianki do cioci? - Wiedziała, że Mirabella na pewno jak zawsze zaangażowała się w przygotowania do sabatu, pewnie kolejka była spora, jednak warto było odczekać swoje, żeby dostać taki piękny wianek.
and stardust
Chociaż brzmiało to dosyć romantycznie, nie było ani trochę fajne - choróbsko osiadało na płucach i mogło doprowadzić do śmierci, jeżeli się nie uporało z nim w porę. Nikomu tego nie życzyła, włączając w to siebie, więc sprawa w Rookwoodem nabrała wtedy jeszcze intensywniejszych obrotów... No bo ona, w przeciwieństwie do niego najwyraźniej, była bardzo zazdrosna i niepewna swojej sytuacji - takie osoby jak Sarah były dla hanahaki idealnymi ofiarami.
- Mimo wszystko wzięłabym nam po jednym. Goło się czuję, nie mając go na głowie. - To przecież był sabat Lithy! To trochę tak, jakby w Ostarę nie posadzić żadnego kwiatu lub nie pomalować żadnego jajka - niby dało się bez tego przeżyć, ale robiło się to, bo to dawało szczęście, działo się rzadko i było wyjątkowe. - Tylko uważaj, bo w tym loku niektóle z nich zaklinała Agatha, gdybyś poczuł się dziwnie, to wymień go od lazu. - Agatha co prawda wisiała na ścianie domu Sarah w jej galerii dobrych momentów, dosyć regularnie bawiły się w kowenie, ale... No cóż, ciężko było ukryć, że się bawiły trochę jak, jak się bawiły dzieci z małych miejscowości - nie miały nikogo innego obok, to godziły się ze sobą, żeby mieć do kogo gębę otworzyć.
Kiedy z tłumu wyłonił się Murtagh, jego siostra miała już twarz zwróconą ku wiankom, więc nie przywitała się z nim od razu, tylko dała popłynąć całemu temu monologowi człowieka aż nazbyt uprzejmego, przynajmniej w jej opinii. Dla Macmillanówny wszelkiego rodzaju obrzędy kowenu były czymś ważnym, ale formułki starych facetów i dokumenty pisane przez urzędników z Ministerstwa Magii - ugh. Z każdym kolejnym słowem brata okularki na jej nosku zjeżdżały coraz niżej, aż wreszcie poprawiła je, wsuwając z powrotem na jego szczyt ruchem pojedynczego palca.
- Mama kazała ci to powiedzieć? - Zachichotała nerwowo. Od tego były przecież młodsze siostry, żeby nie pozostawiać na swoich braciach suchej nitki, tak? Leviathan jak tresowany pies odpowiedział mu równie drętwą gadką, może facetów uczyli tego w jakimś magicznym przedszkolu? Ale musiała przyznać, że... Podobało jej się to, nawet jeżeli dostrzegała w tym lekkie dziwactwo. Ręka nie została jej podana, a uśmiech jej nie wystarczył, więc sama zbliżyła się do niego i pocałowała go w policzek. - Cześć, Molt. - A później wróciła do boku Leviathana. Chciała mu powiedzieć: tata kazał ci to powiedzieć?, już nawet odwróciła w jego kierunku spojrzenie srebrnych tęczówek, ale w całej swojej głupocie nie była aż tak ślepa, żeby tego błagalnego tonu nie zauważyć.
- Napiję się z wami, ale najpielw wianek. A i w tym loku nie ma Sandmana, przyklo mi. Ta dziewczyna co go lobiła jest telaz baldzo zajęta. - Bardzo zajęta spleceniem ich palców i pociągnięciem go w stronę stoiska bez kolejki, bo przecież kapłani nie stali w kolejkach, więc czemu ich przyszli towarzysze życia mieli stać w kolejkach? - Aggie. - Pomachała jej, przemykając pomiędzy straganami do tyłu. Tam, gdzie znajdowały się wianki dopiero co splecione, jeszcze niewystawione do wydawania dalej. Zakładała, że Murtagh idzie za nimi. - Levi, to jest Agatha. Agatha, Leviathan.
Widać było, że chciała sobie wybrać ten wianek sama, ale Agatha z jakimś takim bezczelnym uśmiechem wcisnęła im do rąk te, które akurat trzymała. I z jakiegoś powodu Sarah wydawało się, że to może być błąd... a jednak założyła go na głowę i z podejrzaną na siebie gracją odwróciła się w stronę towarzyszących jej mężczyzn, jakby pozowała do zdjęcia. Wstążka zatrzepotała lekko na lekkim, letnim wiaterku, być może przywołanym przez nią samą.
- Jak wyglądam?
!wianki
a flower of melodrama
in eternal bloom.
Krwawnik
- Mogę odpowiadać tylko za swoje czyny - odpowiedziała uprzejmym tonem, dając mu do zrozumienia, że nie ma zamiaru w żaden sposób na niego naciskać czy też wyrażać swoje niezadowolenie, jeśli ten postanowi wyjąć papierosy. To były jego dzieci... wnuki? Na twarzy Camille odbiło się szczere, nieudawane zaskoczenie. Zerknęła na dzieciaki, a potem z powrotem na Chestera. - Ach! Przepraszam.
Pokiwała głową, mając na uwadze fakt, że gdyby nie jej wszędobylskość, to zaraz pewnie palnęłaby kolejne faux pas, tym razem o żonie. Całe szczęście, że potrafiła najpierw myśleć i analizować to, co widziała, a potem dopiero otwierała usta. To była bardzo cenna umiejętność. Jego kolejne słowa przyjęła z nie mniejszym zaskoczeniem, również uwidocznionym na twarzy. Czemu to w ogóle od niego wyszło? Mógł przecież machnąć ręką, bo przecież Camille i tak zaraz by sobie poszła. Ale z jakiegoś powodu postanowił, mimo tego całego stawania okoniem na początku, ustąpić. Szczerze mówiąc to w ogóle nie podejrzewała, że się tym przejmie - a i ona nie do końca wiedziała, czemu sama się tym przejmowała. Odruchowo uniosła dłoń do wianka, a na jej twarzy pojawiło się zrozumienie.
- Wianki - mruknęła do siebie, ale nie ściągnęła swojego z głowy. Zapach mięty towarzyszył jej odkąd się tu znalazła, a ponieważ sama pracowała i z zielarzami, i z wytwórcami eliksirów to wiedziała, że rośliny mogą mieć ogromną moc. Co prawda nie podejrzewała, żeby aż taką, ale Litha to było święto wyjątkowe.
Udała, że go poprawia, a potem odwróciła wzrok by skupić go na bliżej nieokreślonym celu. Przede wszystkim dlatego, że to było niegrzecznie tak się wpatrywać w obce osoby. Ale też dlatego, że skoro mężczyzna miał pod opieką wnuki, to powinien im poświecić większość swojej uwagi, a nie nieznajomej osobie. Jednak gdy już miała odejść, wzdłuż jej kręgosłupa znowu przeszedł ten dreszcz. To uczucie zaczynało ją irytować z prostego powodu - nie miała pojęcia co oznaczało i dlaczego się pojawia. Czując, że odejście w tej chwili byłoby dość niemądrym posunięciem z jej strony - bo przecież musiała zastanowić się co się działo - powróciła wzrokiem do Chestera.
- Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że będzie tu aż tak pięknie - rzuciła uprzejmym tonem, wzrok ogniskując zaraz na ogniskach w oddali. Nie kłamała - to odczucie było szczere, pojawiło się jeszcze zanim włożyła wianek na głowę.
Użytkownicy przeglądający ten wątek: