A uznał go za niego? Chyba tak! Myślał przed chwilą o miłości i o własnej zachłanności. Wstydził się okrutnie tego, jak bardzo chciał widzieć go przed sobą na kolanach, a teraz kiedy go na nich miał to nie smakowało już tak jak w jego wyobraźni – bo dureń powiedział o kilka zdań za dużo i już nie dało się nie pamiętać o najbardziej bolesnych doświadczeniach, na które Dolohov został skazany według siebie niesłusznie.
Longbottom klęczał więc, płakał, próbował wymusić jakąś odpowiedź, a Dolohov wpatrywał się w niego tymi samymi pustymi oczyma co wcześniej. Oczyma człowieka, który kochał Annaleigh Lestrange i uczynił ją swoją żoną. Oczyma człowieka, dla którego mięso oddzielające go od zamkniętych drzwi było zbędnym elementem do usunięcia, bo odgradzało go od ukochanej, która teatralnie zmartwi się na widok rozciętej ręki i zacznie przeklinać po francusku. Oddychał spokojnie, z radością odkrywając, że odzyskał całkowitą kontrolę nad swoją mimiką i ciałem.
Chciał stąd wyjść. Chciał stąd wyjść, ale gdyby stąd wyszedł byłby cholernym hipokrytą. Pierwszy raz? Nie. Ale możliwe, że pierwszy raz by tego pożałował.
– Jesteś szalony – stwierdził nagle, dobitnie akcentując drugie słowo. – Nie musiałem nawet widzieć tego jak się trzęsiesz, jak boisz się swojego odbicia, jak ci się plączą słowa... Masz to w oczach. Czyste szaleństwo. Czasami zastanawiam się ilu twoich wrogów zrobiło już zakłady o to jak długo jeszcze pociągniesz. Zapuściłeś się, Morpheus. Wyglądasz tak, jak wygląda twój szalony umysł. Gdybym cię nie znał wcześniej, to bym pomyślał, że jesteś jednym z tych uczonych, którym tak odbiło, że zamieszkali na śmietniku i zaczęli wierzyć w wyssane z palca teorie spiskowe. – W Dolohovie podobnych objawów widać nie było. Owszem – ktoś nazywający się bogiem nie mógł mieć idealnie równo pod sufitem, ale w ogóle nie przypominał szalonego maga, kim Morpheus niewątpliwie się stał. – Tylko wiesz co? Mi to nie przeszkadza. – Rozłożył bezradnie ręce. – Nigdy mi to nie przeszkadzało, nawet kiedy odkryłem, że się spuszczasz do wizji zostania zjedzonym, albo kiedy ci się nagle odpalała w głowie płyta nawiedzonego Greka. Byłeś najdziwniejszym kurwa dzieckiem jakie poznałem, a i tak dałem ci owinąć się wokół palca i robiłem z siebie pajaca, żeby tylko uzbierać pieniądze na założenie razem firmy. Chciałem uciec do innego kraju, żebyśmy mogli być razem. I ty się mnie pytasz kim dla mnie jesteś? Pierdol się, naprawdę. To, że się nie wpakuję drugi raz w bagno bycia twoim ostatnim wyborem nie znaczy, że można tak po prostu przestać kogoś kochać. Oooooh i – nagle sobie o tym przypomniał – wspaniały sposób na to żebym zwątpił w chwile, które do tej pory uważałem za prawdziwe. Zamierzam wypalić sobie w głowie to „nIe WiEm CzYm JeStEśMy WoBeC sIebIe” oraz wybitne – „nIe Ma SeNsU...” Ah kurwa, nawet nie będę tego powtarzał. – Machnął ręką. – Się stary, siwiejący chuju dziwisz, że jestem złośliwy? Przepraszam, że z tym durnym eliksirem padło na ciebie, ale za inne rzeczy nie przeproszę. Otworzę ten instytut z tobą albo bez ciebie, więc albo pójdziesz za mną i będziesz budował to w dobrej wierze, że może któremuś z młodych badaczy życie potoczy się lepiej niż nam, albo będziesz oglądał mój sukces z daleka. – Głos mu od tego ochrypł. Nie pamiętał kiedy ostatni raz miał chrypę. Fuknął więc jeszcze raz, ostatni, po czym wykonał rękoma gest przesuń się. Nie chciał już tego czuć. Serce waliło mu tak mocno, że słyszał w uszach szum. Przecież to właśnie było jego marzeniem. Taniec na oczach wszystkich zebranych. Wesele, które nie było ustawioną pokazówką, tylko pozbawionym fałszu wyznaniem miłości. Żeby jedynym domem, jaki posiadał, był ten, w którym mieszkali razem. To było okrutne. Więc przesuń się, ty chamie!