Drink, który smakuje jak mocna, ziołowa nalewka. Odrobinę przypomina w smaku absynt. Po jego wypiciu czujesz się błogo, jakbyś stąpał po chmurce, i pozytywnie patrzysz na świat przez 3 kolejki.
Drink, który smakuje jak mocna, ziołowa nalewka. Odrobinę przypomina w smaku absynt. Po jego wypiciu czujesz się błogo, jakbyś stąpał po chmurce, i pozytywnie patrzysz na świat przez 3 kolejki.
Let no light see my black and deep desires
- To cecha rodzinna - mrugnął do niej prześmiewczo. Czy słyszał w życiu gorsze obelgi? Jak najbardziej. Czy mógł się obejść bez kosztujących nerwy komentarzy? Owszem. Czy chciał się powstrzymywać? Absolutnie nie. Już w zbyt wielu obszarach życia pozwalał trzymać się przezorności na stalowej smyczy, zapinając sobie obroże ze srebrną plakietką 'good boy'. Prawdopodobnie całkowicie na próżno, bo ojciec biegał w masce przy Voldemorcie jak ta Ekstaza w pomarańczu przy Merlinie i podpalał budynki swojej córki w centrum Londynu.
- Jej nie musiałem szkolić, urodziła się kobietą. I jak to z kobietami bywa, gdy odchodziła też potrzebowała pomocy - tak samo jak ona nie musiała szkolić jego, bo urodził się mężczyzną. Pierworodnym Fortinbrasa, więc poligon dorastania miał za sobą, gdy stanął na kobiercu. Nie był pewien jak wyglądało to u Rookwoodów, ale Albert miał wystarczająco lat, aby nabyć swoje wątpliwe nawyki poza rodzinną rezydencją. Poza tym, co z tego, co okazywał było faktycznie prawdą? Wszyscy przywdziewali maski, tak jak na balu, tak i w życiu codziennym. Przeszło mu przez myśl, że powinien teraz coś poczuć. Cokolwiek. Mignęła mu w przed oczyma twarz syna, aby zaraz zniknąć za zamkniętymi przez niańkę drzwiami. To nie był czas na zaciskające gardło wyrzuty sumienia, miał całe lato, aby się ich pozbyć. Szybko poszło jak na cień, który miał się ciągnąć zań po własny grób - ale cóż, miał istotniejsze kwestie na głowie, chociażby zemstę na ojcu, którego błędy zdawał się powtarzać.
- U twojej wszystko w porządku? Nie narzeka? - skłamałby jakby powiedział, że nie rozumiał skąd w nim te pokłady arogancji, wystarczyło chwilę posłuchać Eden. Złośliwość, mimo wszystko, wciąż w nim była, drzemała spokojnie pod pokładami politycznej układanki utrzymującej go na stanowisku, pomimo iż ojciec swoje dawno stracił.
- Na litość Merlina, żartuję przecież. Naprawdę uważasz, że przeżyłbym pod jednym dachem z samymi siostrami, jeżeli miałbym takie opinie? Nie denerwuj się tak, złość piękności szkodzi - zaśmiał się szczerze, bo cóż miało to być jak nie kolejny, błyskotliwy żarcik? Tym razem naprawdę nie był pewien dlaczego zdecydował się na kolejny. Może maska uciskała mu za bardzo głowę i postradał na chwilę wszystkie zmysły.
Wyszczerzył białe zęby w uśmiechu z tyłu głowy przewijając scenariusze o ich utracie z pomocą prawego sierpowego Alberta w stroju kobiety i z głosem martwej Simone Malfoy. Ależ to by była ironia losu, którą z chęcią oglądała by jego bliźniaczka, szkoda, że jej własne małżeństwo nie było w najlepszej formie, więc i nie zaszczyciła go swoim towarzystwem na balu maskowym.
- Zmieniając temat, ale pozostając przy małżeństwach. Jak postanowiłaś wystrzelić do przodu, oparzona, to ktoś w tłumie wspomniał o Victorii Lestrange i jej narzeczonym. To twoja rodzina, prawda? Zerwali zaręczyny? - dopytał.
– to have someone see you.
Heather nie zniszczyła go w żadnym miotlarskim wyścigu, ponieważ sam z nieprzymuszonej woli postanowił się zatrzymać, żeby pomóc jej chłopakowi który wywalił się na krzywy ryj na piasku. Taka wygrana nie była więc wygraną, żadnym zniszczeniem, a dodatkowo nie liczyło się to jako przegrana. A przynajmniej tak sobie Atreus powtarzał po tamtym incydencie. Przytaknął więc tylko Brennie, no bo w sumie tak, dokładnie tak wyglądał aktualny rozkład zakładu i co ważniejsze - absolutnie nikt nie sprecyzował, gdzie te kreację miał zakładać. Znowu więc, nie mógł nawet przegrać.
- Skąd mam wiedzieć? Ledwo zdałem z opieki nad magicznymi stworzeniami - wzruszył zbywająco ramionami. - Ale gdybym miał strzelać, to powiedziałbym że byłby czerwony. Czerwony to mocny kolor, no i jaki szybki. Na pewno byłby to przepotężny rodzaj karpia - bo jakżeby inaczej, skoro był to gatunek który ON wymyślał?
Kiedy Brenna śledziła spojrzeniem ochroniarzy, on skoncentrował się na damie z rubinem. Na moment uśmiechnął się zadowolony, kiedy podchwycił znajome barwy Ministry, ale szybko zmrużył oczy kiedy doszło do niego że podobieństwo nie było aż takie, żeby z pewnością mógł do niej podejść i zagadać. Było ich trzy i jeśli to faktycznie była Jenkins, bo przecież nie ona jedna miała czerwoną aurę z naleciałościami brązu, to może wzięła sobie do serca ich ostatnią rozmowę i próbowała zabawić się także z posiadaczami trzeciego oka. Bulstrode bowiem nie wątpił, że i druga pani z całego trio miała bliźniaczo podobne kolory. Jako też, że dama z szafirem też znajdowała się we wnętrzu, przeniósł na nią spojrzenie, próbując rozpracować jej aurę.
- Znajoma... tak. Ale niewystarczająco - odpowiedział Brennie. - Wydarzenie nie jest oficjalne w podobnych kwestiach jak Ekstaza, ale jest czystokrwistą czarownicą. Pewnie dostała i tak zaproszenie - wzruszył ramionami, bo nawet jeśli nie miała zamiaru pokazywać tutaj twarzy, to samo przyjęcie zaproszenia mogło być wyraźnym gestem w stronę czystokrwistych rodzin. - Zobaczymy. I tak najpierw zainteresowałbym się licytacją. Przynajmniej prze chwilę.
// percepcja ◉◉◉◉○ na aurowidzenie damy z szafirem
Sukces!
Only one moment in his life
To be close to your heart?
Interakcja z wieszczką wciąż dźwięczała jej w głowie, jednak na całe szczęście - kobieta zdawała się załapać aluzję i zostawić ją w spokoju. Pewnie gdyby nie odpuściła, chcąc się wytłumaczyć, albo kontynuowałaby swoje przepowiednie dalej, to Lyssa urządziłaby na balu scenę. Jaką to jeszcze nie była pewna, w przeciwieństwie do tego że wszyscy w okolicy zwróciliby na to uwagę. Robienie scen jednak, było różnie widziane przez socjety, ale najczęściej chyba cechowano ją pejoratywnie, a Dolohov przecież bardzo, ale to bardzo nie chciała zwracać na siebie nieodpowiedniego typu uwagi.
Przemknęła przez salę, w poszukiwaniu nie wiedzieć czego. Może powinna złapać za drinka i z jego pomocą się rozluźnić, albo poszukać jakiegoś konkretniejszego towarzystwa, ale maski utrudniały rozpoznanie z kim mogła mieć do czynienia. Nie chciała też kolejnych, nieprzyjemnych sytuacji więc była rozdarta - mniej więcej do momentu jak spotkała się z jakąś niewidzialną ścianą.
- Przepraszam...? - rzuciła odruchowo, gotowa zrekompensować wpadkę ładnym uśmiechem i może odrobiną uwagi, ale kiedy jej spojrzenie zogniskowało się kimś kto powinien stać i o kogo zahaczyła, nikogo tam nie było. Pustka, jak gdyby tylko się jej wydawało, albo ktoś robił sobie z niej kolejne żarty. Prychnęła więc zniecierpliwiona, robiąc kolejny krok jak gdyby nic i tym sposobem ponownie taranując niemal Laurenta. - Czy to są jakieś żarty? Halo? - wyciągnęła rękę przed siebie, natrafiając na jego ramię. Zmarszczyła brwi, przez chwilą wyczuwając pod ręką materiał szaty i kąty ciała. - Czemu jesteś niewidzialny? Wkradłeś się tutaj? Mam zawołać ochronę?
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Zauważył to zawahanie, zauważył fakt, że dłoń jej drgnęła - świadczący o tym, że ona tutaj nie należała. To nie był jej świat, to nie było miejsce, w którym powinna się znaleźć. Musnął jednak maskowymi ustami grzbiet jej dłoni, nie chcąc zdejmować swojego kamuflażu, mimo że wiedział, że Agatha doskonale wie, kogo ma przed sobą.
- Rozumiem - odpowiedział miękko, bez mrugnięcia okiem. - I popieram całym sercem. Alkohol jest problematyczny na wielu płaszczyznach, a w nieodpowiednich dawkach powoduje, że ludzie zachowują się... Nieodpowiednio.
Skręcało go w żołądku na myśl o tym, że musi jeszcze chwilę prowadzić konwersację z tą żmiją i cieszył się jednocześnie, że maska na twarzy ukrywała grymas obrzydzenia, który się pojawił na moment na jego licu.
- To pomyłka - odpowiedział bez mrugnięcia okiem, lekko wzruszając ramionami. - Podejrzewam, że mężczyzna, z którym umówiła się ta panna, musi mieć podobną do mojej maskę.
To było chyba najbardziej logiczne wyjaśnienie całego tego zamieszania, o którym nie chciał teraz myśleć. Laurence, gdzie się podziewasz? Gdzie ochrona? Musiał zatrzymać Agathę dopóki mężczyźni się nie zjawią.
- Wątpię też, bym był w stanie komukolwiek skraść serce. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że niemal nie wychodzę z pracy, a jeżeli już to robię - to wracam prosto do domu, żeby odpocząć - przyjemnie było operować prawdą pośrodku całej tej maskarady. - Może w takim razie zaproponuję pani coś bezalkoholowego? Nie godzi się zostawiać damy samej.
Skurcz złapał go w twarzy, gdy wypowiadał to kłamstwo. Lepiej niech jego kuzyn się pospieszy, bo zaraz nie wytrzyma i tyle będzie z zatrzymywania kobiety do czasu przyjścia ochrony.
Używam przewag: kłamstwo, kokieteria
@Baba Jaga @Laurence Lestrange
Dlatego Laurence nie lubił bali przebierańców, w którym trzeba nosić maski. Ukrywać swoją tożsamość, gdy ta jest potrzebna do kontaktów, nawiązywania relacji. Osoby niezaproszone, mogłyby to wykorzystać na wiele sposobów, aby się tutaj dostać. I dzięki Merlonowi, jedną taką udało się szybko zlokalizować.
Lestrange nie wnikał jak do tego doszło. Ważne teraz było pozbyć się kobiety, która ponoć nie posiadała zaproszenia? Czy może podszyła się pod kogoś innego? Podrobiła zaproszenie?
Laurence zaprowadził ochroniarzy do stolika z przekąskami, gdzie jeszcze parę minut temu stał z Rodolphusem. Przez liczbę gości, trzeba było się przecisnąć aby dotrzeć na miejsce. Dostrzegając kuzyna w towarzystwie obcej ponoć kobiety, obszedł z ochroniarzami stolik z przekąskami, aby znaleźć się za kobietą. Tak, aby w razie czego uniemożliwić jej przypadkową ucieczkę.
- Szanowna Pani.Zwrócił się do kobiety, z którą rozmawiał Rodolphus. Choć miał maskę na swoich oczach, uraczył damę uprzejmym uśmiechem.
- Przepraszam, że przerywam Państwu rozmowę.
Z grzeczności zwrócił się także i do Rodolphusa.
- Panowie chcieliby zobaczyć Pani zaproszenie.
Zwrócił się już konkretnie do kobiety i tymi słowami dał do zrozumienia ochronie, aby mogli czynić swoją powinność. Zrobić cokolwiek, co powinni w tej sytuacji.
Posiadana Maska
Or do you love being looked at?
Eliksir był całkiem dobry - nieprzesadnie słodki, jakby miał być skrojony pod smak Laurenta. Z odrobiną goryczy, bez wybijających się owoców w górę. Przyzwyczaił się już do tego, że zazwyczaj na takich imprezach możesz się spodziewać czegoś fantastycznego, jak i okropnego po wszelkich drinkach i eliksirach. Chyba jednak czegoś złego by nie dołączyli już na wejście..? To wrażenie zostało potwierdzone, kiedy wypił ten eliksir i... zupełnie nic się nie stało. Na moment aż się zatrzymał, przyglądając się temu pięknemu, magicznemu wręcz miejscu, które zachęcało do czułych dotyków w półcieniach pośród mgły i do przeciągłych spojrzeń...
- ... och! - Zrobił aż krok, tracąc równowagę, starając się ją zachować, kiedy ktoś na niego wpadł. Nie nazbyt gwałtownie, ale jak na wagę Laurenta każde takie zetknięcie z siłą przeciwstawną prowadziło do zaburzenia motoryki. Z zaskoczeniem obejrzał się na Lyssę - kobietę już mu znaną, ale nierozpoznaną w masce. Nie znał jej również na tyle, żeby rozpoznać ją po samym głosie. W każdym razie - kobieta pewnie się zamyśliła, może się cofała i go nie zauważyła - wyjaśnień było przecież mnóstwo! - Ach, nic się nie stało. - Odparł z ciepłym uśmiechemLecz nie. To żadna z tych logicznych rzeczy. Oczywiście, że to nie mogło być takie proste. - A, ał... - Zdekoncentrowany poddał się zupełnie jej sile - zresztą nawet gdyby zdekoncentrowany nie był, to Lyssa nie poczułaby wiele siły w tym chudym ciele. Inna sprawa, że tego ciała teraz nawet nie widziała. - Ż-żarty? - Aż się zająknął, kompletnie nie rozumiejąc, co się tutaj dzieje i czemu teraz nagle kobieta zaczęła go obmacywać. Aż się zaczerwienił na twarzy. - Niewidzialny? - Powinien się ocknąć, ogarnąć i przestać za nią powtarzać. - Nie, nie, nie ma takiej potrzeby! Och... być może to ten eliksir... to musi być jakieś felerne nieporozumienie... - Dopiero tutaj wszedł i jednak, JEDNAK miał rację! Trzeba było pomyśleć, trzeba było nie chcieć aż tak mocno "się zabawić"... czuł mdlącą żałość i wstyd, który zmieszał się z tym zdenerwowaniem faktem, że kobieta go tak obcesowo potraktowała. - Podobno jakiś na święta, takiś cały rok... mam nadzieję, że bal maskowy Lestrange nie jest żadnym świętem. - Spróbował zażartować - dość niezręcznie, miał wrażenie.
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
- Daj spokój. Moja mama mawia, że czarodziej nigdy nie jest spóźniony. Nie powinien przychodzić też zbyt wcześnie; zjawia się w samą porę - poprawiając ciepłe futro okalające nagie plecy, zgasił goździkowego papierosa nim zbliżyli się do ochroniarzy.
Rozpoznanie go nie było taką prostą sprawą, bowiem zmienił na czas balu swój wygląd, pozostając jedynie przy preferowanych, kręconych włosach. Choć twarzy nie zasłaniała mu pełnoprawna maska, mógł być kimkolwiek.
Nie potrzebował maski, nosił ją codziennie. Zamiast tego zasłonił twarz zmyślnymi okularami, które przymocowane tak samo skrzętnie, co maska, zasłaniały górną część twarzy. Chętni mogli przejrzeć się w ciemnych zwierciadłach, choć sylwetki okazywały się karykaturalnie zniekształcone. Szafirowe oko wkomponowane w złoty czubek akcesorium śledziło ruchy przebywających w pobliżu gości. Okulary nie były jedyną maską, pod ich materiałem królowały kreski ciemnego makijażu, na myśl przynoszącego czarnego łabędzia. Po oddaniu futra - przecież nie będzie się w nim gotował cały wieczór - poprawił czarne pióra wyrastające z pleców górnej części stroju. Jego przód, pokryty srebrem, złączony był z jasnymi, luźnymi spodniami.
- Zanim zapytasz 'od kiedy to słuchasz matki' - kwestię, którą niby miałaby powiedzieć Dei, przekazał podwyższając tembr głosu, by zrównał się z tym kobiety - Od zawsze. Mogę być przeciwko każdemu innemu autorytetowi z wyjątkiem mamy - przymrużył oczy, zadowolony z zakomunikowanego pół-żartu, acz szybko przypomniał sobie, że poza Lorraine i Baldwinem, jego ulubieni Malfoye nie porażają zrozumieniem komediowych elementów życia - Instrukcja do tej wypowiedzi jest taka, że nie mam zamiaru siłować się na charaktery z Beatrice. Jesteśmy tak samo uparci - i głodni wrażeń, choć matka wolała się do tego nie przyznawać. Prawdopodobnie, aby nie musieć później świecić oczyma przed ojcem.
- Zamierzasz to pić? Szkoda byłoby marnować eliksir. Musimy je oddać przed wyjściem, jeżeli nie wypijemy - obrócił fiolkę, niby klepsydrę, śledząc przemieszczający się, osobliwy płyn.
Trwała licytacja, którą nie był zbytnio zainteresowany. Irytowały go, wolał po prostu za coś zapłacić niż się przekrzykiwać w tłumie. Nie opuszczał Dei na krok, choć nasłuchiwał rozmów gości i obserwował ich stroje.
!balmaskowy
- Nie mam pojęcia, Edith. Podobno dlatego, żeby pokazać, że wszystko jest w porządku.
- Nie rozumiem jak mogą wyprawiać bal po tym, co się stało.
- Nie mieli z tym nic wspólnego, a po części ich rozumiem... Przyda nam się chwila oddechu, nie uważasz?
- W sumie racja, to miła odmiana po wszechobecnym ogniu i krzykach.
Morpheus był astronomem, który badał odległy układ słoneczny. Piękną gwiazdę i planety dookoła niej, tworzące spójne zależności. Z oddali patrzył na Vakela i jego Prawa Czasu, wszystkich jego członków, którzy współistnieli w tej samej przestrzeni, co najpiękniejsza gwiazda firmamentu. Zapisywał skrzętnie matematykę tych relacji, na tyle ile mógł ją pojąć, uzbrojony jedynie w dalekie od perfekcji narzędzia, ostatecznie pozostając lata świetlne od swojego marzenia o gwiazdach. Bo Morpheus Longbottom bał się latać.
Otarł chustką łzy swojego kryzysu. Chustka najpierw przyjmowała dotyk Vakela, następnie ogień Spalonej Nocy, a teraz łzy wieszcza.
— Wiem to wszystko. Wiem, że wyglądam, jak twój największy koszmar o jasnowidzach. Szaleniec bez znaczenia, pogrążony we własnym umyśle. Może taka jest moja rola. Zwierciadło tego, że nasze wybory ostatecznie poprowadziły cię w lepsze miejsce, ku złotym tronom. Bo chociaż pragniesz być ofiarą całej historii, to mnie ptaki wydziobały oczy na samym końcu i wcale ci się to nie podoba.
Podniósł się, też trzymając maskę w dłoni, gotów ją założyć. Bez aktywowanego zaklęcia, ktore ujawniało się dopiero po zetknięciu z twarzą, była nijaka, zupełnie jak jej właściciel bez całej swojej otoczki, kiedy Vasilij obierał go do kości nożem swojej krytyki.
Było coś smutnego w jego spojrzeniu ponad ich rozmowę, ponad wydarzenia z małego pokoiku. Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że nadal czule się uśmiechał, jak ktoś, kto ocknął się dotknięty promieniami słońca w świeżej pościeli, wypoczęty. Nic innego nie mógł odczuwać, gdy jego Bóg obdarzył go sakramentem swojego oddechu.
— Nie umiem ci odmawiać — jego stanowczość wyparowała całkowicie. Bo może był trudny do kochania, ale gdy sam kochał, wszystko opisywał w swojej głowie w ramach narracji absolutu.
Więc przepuścił Vasilija i założył na twarz swoją maskę, ponownie ukrywając się za nicością, która wiernie oddawała istotę jego duszy. Vasilij mógł przejść i wrócić na łono socjety, którą gardził, ale która go karmiła, wyniosła na oltarze swoimi pieniędzmi.
Jeśli właśnie tego chciał.
Użytkownicy przeglądający ten wątek: