![[Obrazek: imgproxy.php?id=RpeVJnP.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=RpeVJnP.png)
Dawno, dawno temu za smoczymi górami...
Posiadłość Rowle’ów wzniesiono z kamienia, który od wieków opierał się smokom; posiadłość stała nad jeziorem Llyn Llydaw i przeglądała się w jego czystej tafli. Dwór od ostrych górskich wiatrów chroniło zielone Yr Wyddfa i łańcuch skalistych wzgórz okalających basen. Wokół dziedzińca, w pewnym oddaleniu od głównego budynku, stały rzędy zabudowy gospodarczej — składnice wszelakich sprzętów i narzędzi, magazyny zapasów, niewielki warsztat — a także mniejsze domki dla pracowników rezerwatu. Wzrok najwięcej przyciągały woliery, za którymi sypały się iskry z hodowanych tam smoczogników. Gady można było podziwiać, przysiadłwszy na jednej z dwóch czy trzech kamiennych ław ustawionych na skraju podwórza.
Dom rodu Rowle, choć ciężki i surowy, nie dawał się opisać słowem mały — wręcz przeciwnie: korytarze zdawały się nieco zbyt szerokie, sufity nieco zbyt wysokie, pokoje nieco zbyt przepastne. Gdyby smok jaki zapragnął dołączyć do uczty rodowej, zmieściłby się w podwójnych drzwiach rezydencji, bez problemu przekroczył długość hallu prowadzącą do głównej sali i znalazł w niej dla siebie miejsce. Przylegający do sali duży taras zawieszony był nad wodą i pozwalał przez masywne balustrady zaglądać w ciemną jeziorną toń. Rząd wysokich okien otwierał z tej jadalni przestronny widok na Llyn Llydaw. Przez szyby wpadało do wnętrza światło dnia, w którego promieniach grzały się zimne łuski smoka przedstawionego na reliefie ciągnącym się przez całą długość ściany z nagiego kamienia. Łeb olbrzymiej rzeźbionej bestii zwrócony był ku miejscu przeznaczonemu dla głowy rodu.
Aby dotrzeć do prywatnych pokojów członków rodziny — sypialni i gabinetów — należało wejść na piętro, cały zaś parter przeznaczony był na część reprezentacyjną dworu. Znajdowały się tu salon, bawialnia, biblioteczka i kuchnia, lecz tego dnia wszyscy domownicy i goście zebrani byli w sali jadalnej. Przy długim stole siedziały już pierwsze osoby w odświętnych szatach; skupili się w niewielkich grupkach, w których toczyły się swobodne, pogodne rozmowy. Melodyjny podkład tym dyskusjom dawały tradycyjne walijskie utwory grane przy wygaszonym kominku przez kilka zaklętych instrumentów. Zebrali się więc w Snowdonii wujowie, ciotki, kuzyni — zjechali oni do rodzinnego gniazda, aby spojrzeć przy uroczystej kolacji w twarze krewnych, niektórych dawno niewidzianych. Wśród nich miejsce u szczytu stołu zajmował Lazarus Rowle z małżonką, obok państwa przeznaczono krzesła dla ich syna, Leviathana, oraz matki Lazarusa, Sofii. Była to spokojna pani, która zestarzała się z gracją czystokrwistej damy mogącej uchodzić za wzór rozwagi, kobiecej łagodności i kompromisu pomiędzy salonową klasą a życiową praktycznością.
Pan domu, choć nieukazujący tego wylewnie, był w dobrym humorze. Włości Rowle’ów znajdowały się przecież z dala od pasma pożogi, nikt się tu przejąć żadnymi stratami materialnymi nie musiał. Wręcz przeciwnie — można by rzec, że wielu przy tym stole widziało w niedawnej tragedii powody do świętowania.
Sala nie była nadmiernie przyozdobiona. Jedyne dekoracje to drobne stroiki splecione z jesiennych darów natury ułożone tu i tam na stole, który lada chwila miał zostać bogato zastawiony półmiskami. Już docierał z kuchni pierwszy aromat soczystych, pieczonych mięsiw. Królować miały przepiórki nadziewane kasztanami i żurawiną, placki dyniowe o delikatnym, korzennym aromacie i chrupiące paszteciki z dziczyzną oraz leśnymi grzybami. Podano także dojrzewające przez lata wina, wzmacniane nalewki oraz gęste, słodkie miody pitne podawane w zdobionych kielichach.