who will be there to blame
for things we've done
when the worlds collapse?
Nothing happens in the dark
Are you still afraid?
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
who stands a chance against us?
Jest przekonana, że to jej własny, bardzo dorosły wybór, ale zapewne rozmiękczyłoby ją totalnie, gdyby usiadła tego dnia do wspólnego stołu z bratem, zakonnikami i kilkoma przyjaciółmi spoza feniksowego kręgu. Może nawet nie klęłaby zbyt dużo, może nawet nie wypiłaby cichaczem całego ajerkoniaku. Może usiadłaby gdzieś z boku, by wszystkich namalować, kompulsywnie licząc, czy przy stole nie siedzi 13 osób, bo to jedyna zasada wspólnego biesiadowania o jakiej pamięta. Może potem usiadłaby ze starymi kartami od Morpheusa w kącie i powróżyła każdemu, kto chciałby słuchać o tym jak as buław jest kartą masturbacji, bo zobacz ta laska wygląda totalnie jak chuj. Na ten moment jednak jest strasznym grinczem płci niewieściej, ostentacyjnie patroluje ulice i cieszy się, kiedy może spuścić wpierdol typowi, który nie szanuje świętowania innych. Albo jak ucieka... idealny prezent świąteczny. Och, i co roku daje Alastorowi jedną parę skarpetek z jakimś świątecznym na drukiem. Słyszała że skarpetki to najbardziej męski prezent z możliwych.
I’m looking for the sword
Sam wieczór Yule najczęściej spędzała z rodziną, a w dni tuż przed nim i tuż po nim chętnie zapraszała lub odwiedzała krewnych i przyjaciół. Lepienie bałwana, łyżwy i śnieżki, gdy była dzieciakiem, stanowiły jedną z niezbędnych atrakcji tego okresu.
Dorosłość zmieniła tyle, że – choć nieodmiennie dba o dekoracje i prezenty oraz by pod koniec grudnia poświęcić trochę czasu przyjaciołom – wiele świąt spędziła nie w Warowni, a w biurze, biorąc dyżury za tych żonatych, zamężne i dzieciatych. Najgorsze Yule spędziła u boku Stanleya Borgina, gdy pewien szalony cukiernik postanowił ich oboje nauczyć latać, a powrót do domu nawet na sam finał rodzinnej kolacji okazał się absolutnie niemożliwy. W tej chwili nie sięga myślami w przyszłość na tyle, aby zaplanować tegoroczne Yule, chociaż zakłada, że bardzo prawdopodobne jest, że spędzi z bliskimi ranek albo późny wieczór, a reszta święta upłynie pod znakiem służby. Innym wolne może przydać się bardziej, a po atrakcjach z okazji Beltane podczas sabatów zrobiła się bardziej nerwowa niż kiedykolwiek.
Come to take me home
I'm lost in the woods and I wander alone
To nie zmieniło się nawet mimo upływu lat. W dalszym ciągu najlepiej wspomina czas we dwoje spędzany na swoim ustroniu nad morzem przy rozpalonym kominku. Ze śniegiem sypiącym za oknem i odległym szumem fal. Była to zdecydowanie miła odmiana po raczej głośnym świętowaniu w Dolinie Godryka albo w jeszcze bardziej aktywnych i chaotycznych odwiedzinach w Snowdonii.
Te czasy są już jednak wyłącznie wspomnieniem. W dalszym ciągu nie jest to jego ulubiony okres w roku, szczególnie że poprzednie Yule spędził już na powrót w kawalerskim stanie zamiast jako szczęśliwie zaręczony. Przyszłe? Raczej też zapowiada się równie standardowo - pomiędzy informowaniem Horacego, że marynowanie przypadkowych na pewno zjadliwych grzybków jest raczej średnim pomysłem a pozbywaniem się treści żołądkowych z kitla.
Nie planuje jednak całkowicie zignorować istnienia Yule.
Od lat, by tradycji stało się zadość, zabiera ze sobą drobne podarunki dla wszystkich tych, z którymi ma w zwyczaju wymieniać się prezentami (a o dziwo jest to całkiem liczne grono; na tyle szerokie, że widuje się z nimi na przestrzeni kilku dni) wcześniej przez kilka miesięcy stopniowo je zbierając. Raczej nie zostawia tego na ostatnią chwilę, zdecydowanie nie przepadając za tłumami oblegającymi wtedy sklepy w magicznej i mugolskiej części Londynu. W podarki zaopatruje się przy okazji, mając ku temu możliwość i przelotną myśl o tym, że coś jest warte zakupu, więc to kupując. W efekcie prezenty są... ...co najmniej różnorodne. Wyciągnięte z szafy, do której je upycha, nie raz potrafią zaskoczyć i samego Greengrassa. Raczej nie wymagającego rewanżu, jednak z pewnością doceniającego pamięć.
Rok za rokiem jakoś to leci.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
Cornelius od zawsze cenił sobie tradycje i rodzinne wartości. Jako tradycjonalista, spędza Yule w atmosferze pełnej rodzinnych wartości i zwyczajów. Zwykle rozpoczyna przygotowania na długo przed samym świętem. Każdego roku, Cornelius decyduje się na spędzenie części Yule w domu swojej żony, Amandy, gdzie cała jej liczna rodzina zbiera się, aby wspólnie celebrować ten wyjątkowy czas. Nie zmieniło się to po jej śmierci, stara się, aby jego syn miał możliwość poznania zarówno tradycji ojca, jak i matki. Ostatecznie, Corio pragnie, aby jego syn wzrastał w atmosferze miłości, tradycji i szacunku do rodzinnych korzeni, które odgrywają kluczową rolę w ich życiu.
W rezydencji w Londynie, u podstarzałej ciotki, Cornelius spędza resztę sabatu. To miejsce jest dla niego ucieczką do przeszłości, dzieciństwa, ostatnim miejscem odwiedzanym tego dnia, szczególnie, że jego ciotka, mimo swojego wieku, wciąż potrafi zaskoczyć go swoimi opowieściami o przeszłości. Ciotka dba o to, by każdy szczegół sabatu był perfekcyjny, od ozdobionych gałęzi świerku i ostrokrzewu po aromatyczne potrawy, które wypełniają stoły, oczywiście, jak na damę przystało, przygotowane i serwowane przez skrzaty domowe, nie przez nią.
Nie może też zapomnieć o bliskich zmarłej pierwszej żony, z którymi utrzymuje bliskie relacje. Przed lub po Yule odwiedza ich, aby wspólnie uczcić pamięć zmarłej, przynosząc drobne upominki oraz wspominając chwile, które spędzili razem.
Mimo, że Cornelius spędza większość sabatu w Londynie, w Yule stara się zorganizować czas tak, by nie zapomnieć także o swoim ojcu i jego nowej rodzinie. Czasami odwiedzają ich na chwilę, przekazując sobie życzenia i opowiadając o swoich osiągnięciach i planach na przyszłość. Są to krótkie wizyty, miłe, ale bywa, że również pewne napięcia, gdyż Cornelius jest tradycjonalistą, a nowa rodzina jego ojca reprezentuje zupełnie inne wartości. Choć jego relacje z nową żoną ojca są nieco napięte, Corio stara się skupić na pozytywnych aspektach tej relacji, mimo napięć, stara się zachować spokój i otwartość, pragnąc, aby Fabian miał możliwość poznawania różnych perspektyw. Yule to dla Corneliusa czas refleksji, miłości i więzi rodzinnych, które są dla niego najważniejsze.
Heather Wood jak przystało na bogatą gówniarę, większość świąt spędzała w rezydencji swoich rodziców na jednej z hiszpańskich wysp na Atlantyku. Świętowanie kojarzy jej się głownie z siedzeniem na plaży, piciem drinków z palemką i tańcami do białego rana z lokalsami. Jako, że pogoda była całkiem atrakcyjna sporo czasu też spędzała pływając w ciepłym oceanie. Nie do końca lubiła leżeć plackiem na plaży z racji na swój temperament. Nie mieli problemu z tym, aby zapoznawać się z mugolami i ich tradycjami, to był akurat spory plus tych wypadów, gdzie mogła się sporo nauczyć.
Odkąd pamięta rodzice zabierali ją tam, aby przeżyć ten czas w spokoju, poza granicami Wielkiej Brytanii. Wood nie widziała w tym nigdy nic złego, raczej przepadała za tym wyjściem, bo przynajmniej nikt tam nie zagadywał ciągle jej matki, a później i jej. Mogli nacieszyć się swoja obecnością, był to czas, który poświęcali tylko i wyłącznie ich trzyosobowej rodzinie. Może nie był to typowy sposób na obchodzenie sabatu, ale była zadowolona, że mieli swoją własną, rodzinną tradycję.
Przywoziła stamtąd masę prezentów dla, bo Ruda uwielbia obdarowywać swoich znajomych i przyjaciół podarunkami, im bardziej dziwne, tym lepiej.
Dużo czasu spędzali na wędrówkach po wulkanicznej okolicy, bo nie było dla nich standardowe leżenie plackiem i jedzenie. Wracała więc zawsze nieco zmęczona, z zakwasami na nogach, ale też z opalenizną, której mogli jej pozazdrościć koledzy i koleżanki (czasem z poparzeniem słonecznym, gdy nie nałożyła odpowiedniej ilości kremu z filtrem).
Integrowali się z lokalsami, bywali na jarmarkach świątecznych, które różniły się od tych, które widywała w Wielkiej Brytanii.
Aktualnie raczej nie zamierza powtarzać już tych wypadów z rodzicami, bo sporo się w jej życiu zmieniło. Bardzo chciałaby, aby ona i Cameron znaleźli swój własny sposób na celebrację Yule, tak samo jak było to w przypadku jej rodziny, wierzy, że najbliższe święta będą wyjątkowe i warte zapamiętania.
Najpierw przygotowuje świąteczne dania w Rejewachu. na pierwszym planie indyk pieczony. Nadziewany, soczysty (w teorii, bo w praktyce czasem wychodzi suchy jak wiór, jeżeli Woody i Asena próbują za dużo pomagać), podawany z żurawinowym sosem i sosem pieczeniowym, który ratuje każdą przesuszoną porcję. Obok warzywa, brukselka, której nikt nie lubi, ale wszyscy jedzą z poczucia obowiązku, marchewka polana miodem, pasternak i ziemniaki pieczone w gęsim tłuszczu, chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku. Nie może zabraknąć kiełbasek owiniętych w bekon, które kończą się szybciej niż wszystko inne. Na deser pudding, ciężki, ciemny, nasączony alkoholem i podpalany przed podaniem, bo nic tak nie mówi Yule, jak płonące jedzenie. Kto ma szczęście, znajdzie w środku monetę, kto ma pecha, połknie ją i spędzi ten czas w Mungu. Lewisowi zdarzyło się to tylko raz!
Później odwiedza Kościany Zamtuz, rozdając swoim ulubionym kurwom oraz rodzinie drobiazgi, zwykle kradzione, ale kto by się przejmował? Na koniec kolejna praca i wielkie przygotowania w garkuchni. I tutaj królują świąteczne przyprawy i małe paczuszki ze słodyczami dla najmłodszych. Rozdaje świąteczne jedzenie najbardziej potrzebującym Nokturnu oraz tym, którzy nie mają bliskich, z którymi mogliby spędzić Yule, czasami broni co chciwszych bab, które próbują ukraść ze stołów nie najlepszej jakości poncz z dodatkiem trzech cytryn.
Cała reszta Yule tak wygląda. Picie, jedzenie, gotowanie, gotowanie i jeszcze raz gotowanie, a później trochę spania, jeżeli wystarczy mu czasu. Generalnie po świątecznym chaosie bierze dwa dni wolnego, gdy odsypia, aby wypocząć przed Nowym Rokiem, bo na sylwestra ma dwa razy tyle pracy i jeszcze mniej pomocy, bo połowa jego pomocy jest najebana na dzień dobry. Czasami przez to tęskni za paleniem papierosów.
Święta to czas bardzo pracowity dla panny Figg. Jak przystało na cukierniczkę z krwi i kości spędza wtedy w kuchni niemalże cały grudzień. Przygotowuje słodkie wypieki, które później sprzedaje na lokalnych jarmarkach. Pracuje od rana do wieczora, praktycznie nie ma z nią kontaktu, bo zamyka się w kuchni. Bywa wtedy bardzo zmęczona i okropnie wkurzona, jak typowa matka, która bierze na siebie całe świąteczne przygotowania. Wysyła swoim przyjaciołom i znajomym masę wypieków, które są jej prezentami świątecznymi, ale nie tylko, każdego stara się też obdarować jakimś drobiazgiem.
Poza tym, że spędza wtedy całe dnie w kuchni, to zajmuje się również przygotowaniem rodzinnego domu do przybycia gości. Norka uwielbia, kiedy dom jest barwnie udekorowany. Zazwyczaj podczas Yule spotykają się w rezydencji Figgów, gdzie dom jest pełen kotów i jej rodzeństwa, które normalnie jest porozrzucane po całym świecie. W tym świątecznym czasie wszyscy trafiają do domu, aby spędzić czas razem.
Dużo czasu zajmuje pannie Figg sprzątanie, w końcu trzeba umyć okna dla Merlina, zadbać o to, aby pod każdą szafką był porządek. Nigdy nie lubiła zostawiać matki samej z tymi całymi przygotowaniami, aż w końcu wzięła na siebie większość obowiązków, lepiej jej wtedy nie wchodzić pod nogi, bo potrafi ziać ogniem, kiedy ktoś niepotrzebnie jej przeszkadza.
Przygotowania są zwieńczone kolacją, którą spędzają przy wielkim stole, dla których jest miejsce dla wszystkich. Dom jest zawsze pełen życia, dzieci i kotów, które są ich najlepszymi przyjaciółmi.
Śpiewają świąteczne piosenki, jedzą masę słodyczy i starają się cieszyć upływającym czasem. Tylko i wyłącznie w dobrej atmosferze.
Czas po Yule Norka spędza na odwiedzaniu swoich przyjaciół, rozdaje wtedy przygotowane przez siebie prezenty i roznosi im ciasteczka. Stara się odwiedzić każdego, żeby nikt nie poczuł się przez nią zapomniany.
Bardzo lubi ten świąteczny czas, mimo, że jest dla niej bardzo ciężki i pracowity, taki niestety już jest żywot cukiernika, nie ma innego wyjścia, jak się z tym pogodzić.
bad witches
is the thing that I like
Nie każde święto z czarodziejskiego kalendarza odnajdywało dla siebie szczególne miejsce w domu rodziny Lestrangów. Yule, choć w rezydencji zwykło się też nazywać ten czas Noël, obchodzone było w sposób szczególny i przykładano do niego wiele starań oraz uwagi. Nie było nawet mowy o tym, żeby kogoś zabrakło w ten dzień, chociaż tak naprawdę to nigdy nie był tylko jeden dzień. Obchody zimowego przesilenia najczęściej trwały kilka dni, a pierwsze jego oznaki najwcześniejsze były widoczne w ogrodzie tuż przy głównej rezydencji. Maida Vale na ten okres zmieniało się w charakterystyczny sposób dostosowując się w swojej prezencji do świątecznej atmosfery. Ogrom dekoracji, światełek i ozdób cieszyły swoim pięknem niejedną parę oczu. Zaczarowane lampiony oświecały ścieżki oraz alejki, lilie unoszące się na stawie promieniowały ciepłym, jasnym światłem, a muzy z posągów przygrywały świąteczną, nastrojową muzykę. W oranżerii za to stała wysoka choinka, ozdabianiem której osobiście zajmowało się całe rodzeństwo bez wyjątku. Rodzice Louvaina przykładali sporo uwagi do tego by ich dzieci wiedziały co jest reprezentatywne dla ich rodziny i z czego powinni być dumni jako potomkowie tak dumnego rodu.
Sam dzień świąteczny również był wypełniony stałymi punktami programu. Prezenty były przewidziane dla każdego, jednak należało na nie zasłużyć, bowiem żeby móc odpakować swoją niespodziankę należało wyrecytować wierszyk, bez zająknięcia i to w języku francuskim. Wspólne przeglądanie albumów ze zdjęciami przy kominku i wspominanie okoliczności przy których były robione zapisane na nich momenty. Nie obywało się też bez nużących pytań o oceny w szkole. Dla Louvaina za każdym razem był to nieprzyjemny moment, bo zwykle odstawał w stopniach od Loretty i zdecydowanie wolał zasłaniać się osiągnięciami na boisku na którym szło mu zdecydowanie lepiej, niż na zajęciach lekcyjnych. W tych momentach ojciec uwielbiał straszyć syna, że w końcu się doigra i przyjdzie po niego kiedyś dziwny Pan. Ale nie taki byle jaki tylko tajemniczy Père Fouettard, którego niepokojący wizerunek z ilustracji w książkach wywoływał dreszcze od najmłodszych lat, chociaż nawet niedokońca wiedział kim był ten cały Père. Na stole przy wspólnej kolacji również nie brakowało francuskich akcentów. Domowe skrzaty podawały typowe świateczne przysmak czyli foie gras, oraz Bûche de Noël czyli ciasto w formie, symbolizujące dawne świąteczne drewno kominkowe.
Jednak oprócz tradycyjnych obchodów Yule istniało też kilka alternatyw. Zdarzało się też tak i to właściwie dość często, że na święta przyjeżdżała cała rodzina Lestrangów, wraz z kuzynostwem od Blacków i jeszcze kilku najbliższych krewnych. Rodowa rezydencja była przecież spora, na tyle duża by pomieścić wszystkich krewnych jednego wieczoru. Dla Louvaina i właściwie wszystkich dzieciaków była to świetna okazja, by zniknąć dorosłym z oczu i poganiać się po korytarzach domostwa. Zasadniczo Lou lubił kiedy goście wpadali, bo w domu panował wtedy większy chaos w którym odnajdywał się całkiem sprawnie. Więcej zabawy, więcej prezentów i więcej kuzynek którym mógł dokuczać. Wartą wyróżnienia alternatywą spędzania świąt był też wspólny wyjazd zza granicę. Do Francji, do Paryża konkretniej. Wtedy też, podczas pobytu w rodzimej krainie, całą zgrają odwiedzali tych dalszych krewnych, którzy nie emigrowali tak jak Lestrangowie z Londynu. Jednak najważniejszym elementem takiego kilku dniowego wyjazdu, był spacer po bożonarodzeniowym jarmarku w magicznej części Paryża. W takich okolicznościach dzieciaki same mogły sobie wybrać prezent jaki chciałaby dostać, pod warunkiem że sami będą w stanie o niego poprosić sprzedawcę, lub sprzedawczyni na stoisku czy w sklepie.