• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[22.09.72 | Mabon] Jedzcie i pijcie z tego wszyscy | Bertie&Millie&Alastor&Aaron

[22.09.72 | Mabon] Jedzcie i pijcie z tego wszyscy | Bertie&Millie&Alastor&Aaron
cupcake
Let's groove tonight
Share the spice of life
wiek
37
sława
VII
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
celebryta, cukiernik, kucharz
Wysoki mężczyzna, mający ok 183 cm wzrostu, niebieskie oczy i blond włosy. W towarzystwie przyjaciół i zaciszu własnego domu zapuszcza brodę, którą goli na poczet zdjęć do gazet i wydarzeń towarzyskich. Jowialny człowiek, który zazwyczaj uśmiecha się do wszystkich niezależnie od sytuacji.

Bertie Bott
#11
29.04.2026, 04:10  ✶  

Uśmiechnął się do Aarona wesoło, kiwając głową bo tak, była to porządna robota i dokładnie wiedział co robił, wybierając do tej roboty sąsiadów z Doliny. Bertie spędził zbyt dużo czasu na noszeniu koszyczków, smakołyków i dziemów, pukając z uśmiechem na ustach czy pomagając w trudach dnia codziennego, by udawać że nie znał każdego jednego majstra, który w tej budowie pomagali. Było więc to dla niego coś wiecej, niż tylko jego własny kawałek podłogi. To była praca wielu znajomych dusz. Każdą znał z imienia, tak samo jak ich liczne rodziny.

- Doktor Prewett ma niewątpliwie gust i to przez duże 'G' - zaśmiał się krótko. Znał Basiliusa bardziej jako pacjent, ale biorąc pod uwagę jak Millie się o nim wyrażała, w życiu prywatnym Basilius też musiał być niesamowitym człowiekiem. Wystarczyło spojrzeć tylko na koszulę, którą miała na sobie Moody. - Te na szwie przy kieszonce, bo wyglądają jakby ze sobą tańczyły - odpowiedział, podchwytując zabawę z łatwością, ale ta niestety skończyła się przedwcześnie, kiedy kobieta nieuważnie trąciła kieliszek. Ten zatoczył się, Alastor próbował go złapać, ale wszystko tylko poleciało dalej.

- Nie, naprawdę... - nie trzeba zgubiło się gdzieś na języku, kiedy prężące się na kręgosłupie uczucie niepokoju, wspięło się po nim nieco wyżej, w nieprzyjemny i chłodny spokój. Znał je, a przynajmniej doświadczał go tyle razy ostatnimi dniami, że zdążył już rozpoznawać uderzenia klątwy, która dręczyła go po Spalonej Nocy. Alastor nie był jedynym, który mierzył się z pokłosiem tamtego wydarzenia i teraz blondyn na moment zawiesił się, czując w nosie nieprzyjemny zapach i kroki. Obejrzał się mimowolnie, wołany wyimaginowanymi dźwiękami, akurat kiedy rodzeństwo nurkowało pod stołem, wyławiając strącony kieliszek. Wrócił uwagą do stołu z ociąganiem.

- Zaraz - pauza, kiedy nieco mętnym spojrzeniem rozejrzał się znowu. - Miałem tu zestaw sprzątający, zaklęty cud techniki. O tam - wystarczyło machnąć różdżką, żeby wiadro ze ścierką ruszyło w tany, robiąc dokładnie to do czego zostało zaprogramowane, czyli posprzątanie rozlanej zawartości kieliszka. Alastor nie miał więc powodu by uciekać do kuchni, chociaż Bertie przez moment patrzył na niego troskliwie. Wiedział, że praca była dla niego ważna. Szczególnie teraz, gdy tak dużo rzeczy szło nie tak. Teraz, kiedy ludzie cierpieli.

- Za miesiąc, 21 października - zwrócił się do Aarona. - Planuję wtedy taki dzień otwarty. Każdy będzie mógł wejść i spróbować przygotowanych potraw z menu. Zupa, pierwsze i drugie danie, no i deser. Przygotujemy też takie smakołyki do wylosowania, typu ciasteczka czy czekoladki. Ale proszę, jedzmy, bo wszystko wystygnie - wskazał na czekający obiad i sam nałożył sobie dyniowych placuszków.

Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#12
10.05.2026, 17:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.05.2026, 17:16 przez Aaron Andrew Moody.)  
Aaron Andrew Moody nawet nie raczył skomentować dąsów syna. Nie było czego komentować, bo Alastor mu się przecież nie sprzeciwił. Zarzucił protesty, zanim stary zdążył spojrzeć na niego ciężko. Zawsze był posłusznym dzieckiem. Może dlatego Aaron pozwalał mu na więcej. Zignorował więc słowa syna w przejawie ojcowskiej łaskawości, patrząc, jak sam powraca na swoje miejsce w szeregu. Patrząc jak sam udziela sobie reprymendy. "Nieważne." Wiedział, że jego chłopiec przechodzi trudny okres. Nie chciał mu dokładać, po to tylko, żeby zaznaczyć swój autorytet. Nie targały nim jednak żadne wątpliwości ani wyrzuty sumienia. Został wychowany w dyscyplinie, święcie przekonany był więc, że jego słowo stanowi prawo. Jego własny ojciec urządziłby mu awanturę, gdyby krzywo spojrzał w jego stronę, pomyślał Aaron, a co dopiero, gdyby odezwał się do niego w taki sposób. Znajdował pewną ulgę w tym, że swoje dzieci traktował dalece łagodniej. Być może nie wynikało to z tego, że był lepszym ojcem, ale z tego, że Alastor był lepszym synem. Bo Aaron nie był dobrym synem. Zawsze za bardzo się stawiał. Zawsze był zbyt niepokorny, zbyt zatwardziały w swym gniewie, żeby staremu tak po prostu wybaczyć. Żeby ustąpić.
Oczywiście, nigdy nie pozwolił, żeby było to po nim w jakikolwiek sposób widać. Nie przy dzieciach, gdy ojciec poczuł się wreszcie w obowiązku poznać wnuki. Nie poznałby ich, gdyby nie Madeleine, która zawsze obwiniała się o to, że Aaron przestał się z ojcem odzywać. Niepotrzebnie. Nawet gdyby stary nie wypominał mu ustawicznie tego, że ożenił się z Maddie, nie chciałby mieć z nim nic wspólnego. Wyrzuty skończyły się, gdy Aaron zaprzysiężony został na aurora. Nie zaprosił jednak ojca na ceremonię. Milcząca niechęć panowała między nimi do samego końca.

W porównaniu do swego ojca, Aaron Moody był kurwa świętym.

Brzdęk.

Normalnie jak gdyby wpuścić golema do sklepu z kociołkami, pomyślał Aaron, gdy Millie trąciła łokciem stół, aż szkło rozdzwoniło się w proteście. A nawet dwa golemy, jęknął w myślach, gdy Alastor wkopał pod stół kieliszek, który Millie niechcący zrzuciła na podłogę. Aaron niemal przewrócił oczami na cały ten chaos i zamieszanie.

Niemal, bo był przecież ojcem tego zamieszania. Ojcem tego chaosu.

Zacisnął usta, oto bowiem rozbawienie, jakie do tej pory czuł, ustąpiło miejsca zażenowaniu. Aaron pamiętał Mabon, na którym Millie deklarowała dumnie dziadkowi, że jak dorośnie, chce łapać czarnoksiężników, chociaż była jeszcze zbyt mała, żeby umieć poprawnie wymówić "r". Patrzył w napięciu na starego, który nie zwracał uwagi na jedzenie rozgrzebane na talerzu Millie, na to, że ta macha nogami pod stołem, albo że wydziwia nad kuchnią babci, bo wiadomym było, że mama gotuje lepiej. Czekał w napięciu, aż zwróci jej uwagę. Nie zrobił tego. Ojciec wcale się nie odezwał. Zrobił to więc Aaron, zanim ojciec skrytykowałby, że nawet manier przy stole nie potrafił dzieciaków nauczyć.

Może ojciec miałby jednak rację, pomyślał, wycierając palce w chusteczkę, choć to nie tłuszczu z palców chciał się pozbyć, a tego się dojmującego uczucia zażenowania. Może był dla nich zbyt łagodnym.

Odkroił skrzydełka nadziewanej przepiórki: najpierw jedno, a potem drugie. Zrobił to powoli, metodycznie niemal, zdawałoby się w pełni skupiony na wnętrzu swojego talerza. Farsz wypełniał wnętrze pieczeni tak samo, jak paplanina Bertiego wypełniała ciszę, przynajmniej dopóki Aaron nie podniósł nagle głowy. Zignorował kompletnie toczącą się nad stołem dyskusję, niewiele robiąc sobie z tego, że wszyscy podchwycili już inny temat. Przerwał rozmowę, skupiając się na nowej, interesującej informacji, nieważne, że rzucona została jak gdyby mimochodem.

– Kto? – spytał nagle Aaron, marszcząc przy tym brwi. Pełnię swej uwagi skupił na Millie, bo to ona napomknęła nieznane mu imię. Odnotował w głowie, że musi być to jednak ktoś znany zarówno Bertiemu (skoro mówił o nim per "doktor Prewett"), jak i Alastorowi (skoro wzorem ojca nie dopytywał się o właściwe personalia). "Doktor Prewett"? Rzeczywiście, coś tam mu światło, bo kojarzył wielu magomedyków z korytarzy świętego Munga, ale trudno było powiązać nazwisko z twarzą. Zwłaszcza, że nazwisko przywodziło raczej skojarzenia z hazardem i wyścigami konnymi aniżeli z wnętrzem szpitalnej sali. Ród mafiozów w białych rękawiczkach, których nie brudziła bynajmniej krew pacjentów: myśli Aarona już krążyły dookoła osławionej sieci kasyn i wyroków za oszustwa podatkowe. Jak każdy stary potrzebował nieznajomego zaklasyfikować w swojej głowie do szufladki, opatrzonej stosowną etykietką. Taką typu "Gabriel wampir remonty". Nie mogł pozbyć się wrażenia, że gdzieś już mignęło mu nazwisko Prewett użyte w kontekście magomedycyny. Spytał jednak wprost, jak miał w zwyczaju, niechybnie budząc we wszystkich zgromadzonych wokół stołu skojarzenia z salą przesłuchań, minę jak zawsze miał bowiem nieprzeniknioną.

Ojciec. Glina. Nie istniała granica między jednym a drugim.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#13
09.06.2026, 15:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.06.2026, 15:22 przez Millie Moody.)  
Jebła głową o stół.

Zaśmiała się.

- Teraz mam zeza jak moja ulubiona ryba. Zaraz Bertie zaczniemy tańczyć! - "wieszczyła" z udawaną wesołością, która na ten krótki moment nie była udawana, nie wtedy kiedy z bratem chowała się pod stołem i miała znów kilka lat, a nie trzydzieści za moment. Aż ją rwało żeby na obiad nałożyć sobie od razu słodycze, korzystać z tego, że nikt NIKT nie może powiedzieć, że najpierw mięsko. Bott ich niewątpliwie rozpieszczał, zapewne gdyby nie jego zaproszenie to żarłaby pączki na środku kuchni w Księżycowym Stawie, albo po prostu poszłaby na cmentarz pić zupę winową i gadać do zimnego kamienia będącego ich matką, jak to chujowe jest życie. Albo jak nie chujowe, bo ostatnio… ostatnio było mniej chujowe. I bardzo chciała opowiedzieć o tym Alkowi, bardzo chciała tak już poza zakonową szarżą poplotkować, kto wie, może nawet przy okolicy drugiej butelki pozwierzać się…

Ale prawda była taka, że zawsze, zawsze trzeba było trzymać gardę. Zawsze trzeba było trzymać gardę i być czujnym wcale nie przed avadą, czy innym crucio, a przed kosą w bebechy od pytań, które mogły lawiną przetoczyć przez jej głowę pizdyliard emocji, nad którymi nie będzie w stanie zapanować. Prostych pytań. Zdradliwych pytań.

Bo to było proste pytanie zadane "kto?", dlaczego więc czuła że to pułapka?

Dobra, czas na dywersję

– pomyślała gdy tylko wynurzyła się spod stołu. – Liszek… Basilius. Nasz przyjaciel, mówiłam Ci o nim poprzednim razem gdy się widzieliśmy. – Odpowiedziała płasko, nie patrząc w stronę Aarona, odwołując się do zebrania Zakonu sprzed dwóch dni ledwie. Wróciła też na swoje miejsce i nałożyła sobie coś na ślepo. Cokolwiek Bertie przed nimi postawił było pyszne - w to nie wątpiła, chociaż po zapachu rozpoznała, że kawał puddingu, który wybrała, niestety raczej nie był czekoladowy a wątróbkowy i lekko ją zemdliło. A może to nerwy? Może to pytania, które mogły przyjść następne po otwierającym "kto"? – W ogóle pojebane co mówią o Dolinie nie sądzicie? Spalone jabłko, w chuj przykre, w pierwszej chwili w ogóle myślałam, że sad Abbotów poszedł z dymem, ale to chyba tylko taka zjebana metafora. – zaproponowała jeden z tematów, które bardzo zapobiegliwie zapisała sobie na kartce zatytułowanej bardzo zamaszyście: NEUTRALE. Widelcem podziobała trochę potrawę, pogoniła żurawinkę i sięgnęła po kromkę chleba, żeby zapchać sobie czymś usta. Może poprosi Bertiego o paczki i zabierze je do Stawu? Nie… nie trzeba będzie, na pewno już o tym pomyślał, zanim ona na to w ogóle wpadła. Wielkolud zbyt dobrze znał nawyki żywieniowe Moodych.

constant vigilance
I have traveled far
beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#14
10.07.2026, 15:51  ✶  
Nie potrafił opanować złości tak szybko, jak niektórzy mogliby założyć przez wzgląd na wykonywany przez niego zawód, czy przez pozorny, stoicki spokój, jakim lubił zasłonić się niczym maską, żeby nikt nie zorientował się jak mocno zaciska teraz zęby. Ostatecznie nie należał jednak do ludzi porywczych. Jego ojciec znał go aż za dobrze – zamiast zwerbalizować to co ciążyło mu na duszy, toczył walkę w niej właśnie, jak każdy niewolnik własnego umysłu. Z tego marazmu nie wyciągnął go dopiero Bertie, który z niesamowitym wyczuciem prowadził tę rozmowę w kierunku innym niż pełna napięcia katastrofa.

Potrawy magicznych kucharzy potrafiły wyleczyć, albo przynajmniej uspokoić ludzki umysł w zaledwie kilka sekund. Przez Botta Alastor zastanawiał się czasami, czy nie wynikało to z prostego faktu, jakim było to, że sam jego charakter działał jak plaster przyklejony na ranę – wystarczyło być obok niego, żeby czuć się dobrze. Jeśli ktoś miał zakląć miskę rosołu tak, żeby nawet Alastor Moody przestał czuć się toksycznym ścierwem, któż inny miałby to być? Może i jego ojciec zmieniłby swoje nastawienie do świata, gdyby pozwolił sobie zakochać się w ten sposób w innym człowieku.

I spróbować placka, który Alastor właśnie przeżuwał.

– Hej, to jest naprawdę… – zabrakło mu słowa innego niż zajebiste. Nie wiedział do końca dlaczego ugryzł się w język. I to wszystko po to, żeby powiedzieć dokładnie to samo, tylko inaczej skonstruować zdanie. – Zajebiście gotujesz, Bertie. Wiem, że mówię ci to za każdym razem, ale za każdym razem jest zajebiste. A dzień otwarty, taki dla każdego, to najkochańsza rzecz na świecie – ale rzecz jasna pojawiło się w tym jakieś ale – tylko powiedz mi, kto właściwie dla ciebie pracuje? – Nagła zmiana tonu od razu przekierowała podejrzenia na to, że Alastor obawiał się o kwestie bezpieczeństwa.

– Znasz go tato, przecież nam pomaga czasami, uzdrowiciel i klątwołamacz.

Następnie przesunął spojrzenie na Mills i… zamilkł. Ewidentnie oczekiwał, że rozwinie swoją wypowiedź, chociaż chyba niekoniecznie o to jej chodziło, kiedy rzucała tym tematem.

@Millie Moody @Bertie Bott @Aaron Andrew Moody


fear is the mind-killer.
cupcake
Let's groove tonight
Share the spice of life
wiek
37
sława
VII
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
celebryta, cukiernik, kucharz
Wysoki mężczyzna, mający ok 183 cm wzrostu, niebieskie oczy i blond włosy. W towarzystwie przyjaciół i zaciszu własnego domu zapuszcza brodę, którą goli na poczet zdjęć do gazet i wydarzeń towarzyskich. Jowialny człowiek, który zazwyczaj uśmiecha się do wszystkich niezależnie od sytuacji.

Bertie Bott
#15
19.07.2026, 03:59  ✶  

— To najlepiej po deserze — parsknął Bertie, bo posiłek jednak należało uszanować, nawet nie dlatego że sam go przygotował. Jeśli było coś, od czego faktycznie ciężko było go odciągnąć, to było jedzenie, ale nic w tym nie było dziwnego. Widać jednak było w jego oczach zmartwienie, kiedy jeszcze przez chwilę przyglądał się Millie, bo jednak walnęła w ten stół całkiem potężnie i głupio by było, gdyby zrobiła sobie guza.

Bott był chyba też odrobinę zdziwiony, że stary Moody nie wiedział o kim była mowa, ale też nie dał po sobie tego poznać, zamiast tego zaganiając zestaw sprzątający do roboty. Prewett wydawał mu się całkiem miłym osobnikiem, no Millie też mówiła o nim w pozytywny sposób. Przyjaciel, sama tak powiedziała. I to ich, jakby cała trójka Moodych była w te znajomość zaangażowana.

— Oh, dziękuję, dziękuję. Cieszę się też, że tak myślisz. Ogólnie trochę to sobie rozplanowałem, bo w restauratorstwie bardzo dużo rzeczy zostaje pod koniec dnia. Kompletnie nietknięte, dobre do zjedzenia… Połączy się to z jadłodajniami w Dolinie, by wszyscy mogli skorzystać. A kto pracuje? Wystawiłem jakiś czas temu ogłoszenie, że poszukiwani są pracownicy. Każda osoba została sprawdzona, pod względem kompetencji i umiejętności. Wciąż jeszcze rekrutujemy, bo teraz to wciąż jeszcze dopinanie wszystkiego, ale mam nadzieje że pod koniec stworzy nam się naprawdę zgrany zespół — Bertie uśmiechnął się i było widać że plany ma wielkie, a także niezmiernie go cieszą. A potem zwrócił się Millie. — W pierwszej chwili też się przeraziłem, że wszystko nam tam spłonęło. Ale kiedy tak po sąsiedzku poszedłem, to okazało się że jeszcze nie jest tak źle. No i się okazało, że udało im się nieco uratować i nie chodzi tylko o sady Abbottów, a ogół.

Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#16
26.07.2026, 14:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2026, 14:39 przez Aaron Andrew Moody.)  
Gdyby Aaron wiedział, żeście zdziwili się jego nieznajomością tematu, też zapewne by się zdziwił. Dla tego człowieka wszyscy koledzy Alastora z dzieciństwa mieli przecież na imię "Bertie", a koleżanki Millie rozróżniał po rodzicach wyłącznie, a i tak bywało z tym bardzo różnie. "No wiesz, Millie, ta blondynka, ta, której ojciec robił w Ministerstwie Skarbu. Ta, co mówiłaś, że z nią siedzisz w ławce na lekcjach historii magii", próbował się zainteresować, sklejając ze sobą strzępki tego, co od córki kiedyś tam zasłyszał. Tylko że ta blondynka okazywała się brunetką, Millie nie siedziała z nią w ławce, tylko pobiła się z nią na wieży astronomicznej, a ogóle, tato, to nie odzywamy się do siebie od trzech lat, bo jest głupia, i na pewno nigdy nie zaprosiłabym jej na urodziny. "To z kim ty siedzisz na historii magii?", wzdychał stary.
Okazywało się wtedy, że Millie na historię magii nie chodzi.
(A za gaslightowanie starego to możecie co najwyżej dostać szlaban. Według mojej wiedzy oficjalnie Basilius zrekrutował się na przyjaciela Zakonu Feniksa dopiero 1 września, a wcześniej był jedynie na potańcówce, na którą Aaron z pewnością nie poszedł, Basiliusa nie powinien więc za mocno kojarzyć. Pominę już, że obaj legitymują się rozpoznawalnością III i przewagą Niewidzialność).
To, że Basilius Prewett został wspomniany na spotkaniu Zakonu, prawdę mówiąc, niewiele dla starego znaczyło, jeżeli człowieka nie widział wcześniej na oczy. W sieci kontaktów Zakonu był też przecież niejaki Mundungus Fletcher, społeczna wsza i rzezimieszek z kartoteką. Takich oto ludzi Albus Dumbledore nazywał swymi przyjaciółmi! Aaron nie nazywał ich nawet ludźmi. W waszą ocenę charakterologiczną musiał posiadać jednak nieco więcej wiary, bo protestów żadnych nie podnosił, zrobił tylko minę.
— Tylko pilnujcie się, żeby nie grać z tym przyjacielem na pieniądze w karty — stwierdził, na poły żartobliwie, na poły zgryźliwie, przewróciwszy przy tym oczami. Kasyna Prewettów kojarzyli akurat wszyscy. — Tarotem da się w ogóle grać w karcianki? — rzucił w stronę córki, nie zwracając wcale uwagi na to, że unikała jego wzroku.

Na temat Doliny Godryka się nie uzewnętrzniał. Dużo trwało na jej terenie dochodzeń, badających okoliczności rozprzestrzeniania się kolejnych pożarów podczas Spalonej Nocy. Niektóre budynki ocalały, inne spustoszył natomiast ogień. Jeszcze ta Knieja, na domiar złego… Najbardziej bolało go jednak wspomnienie pogorzeliska, jakim stała się Warownia. Zbyt bliskie jego sercu było to miejsce. Zbyt wielkie czuł z tego powodu rozżalenie, żeby teraz o tym wszystkim myśleć.

Zerknął na tarczę noszonego na ręce zegarka.

— Było naprawdę pysznie, Bertie, ale będę się powoli zbierać. Pamiętaj, żeby w tym wszystkim zrekrutować też dobrą firmę ochroniarską. Mój kolega z czasów Brygady założył jedną na emeryturze, chcesz do niego kontakt?


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#17
26.07.2026, 17:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2026, 06:56 przez Millie Moody.)  
Jedzenie było zaiste doskonałe i absolutnie Bertie przeskakiwał sam siebie kolejny raz. Bardzo dobrze, pewnie w innych okolicznościach nie byłaby w stanie go przełknąć. Daleko było jej do zwierzeń, bo sama bardzo nie chciała się z tym wszystkim czuć tak jak się czuła, a co tu dopiero mówić o wywalaniu bebechów na stół pośród doskonałe w smaku i aromacie potrawy. Z resztą… takie nadmierne dzielenie się faktami może i nie byłoby aż takie trudne (dajcie jej tylko drugą butelkę wina), ale wszystko co mogłoby się wydarzyć później byłoby gorsze od ukamienowania.

A więc temat wisiał. Alastor się patrzył na Miles, Miles patrzyła się na Alastora. Złota porada ich ojca zawisła w powietrzu, jak cichaczem puszczony bąk po misce grochówki.

– Ależ oczywiście tatusiu, mogę Cię zapewnić, że nigdy nie gram z nim na pieniądze – padło, gdy sięgnęła po kieliszek wina, złotem oczu wpatrując się w ciemne studnie spojrzenia ukochanego brata. W tym równaniu, w tej opowieści brakowało jeszcze jednej składowej, a Moody była w stu pięćdziesięciu sześciu procentach pewna, że Alastor wie. Tak po prostu, bez trzeciego oka, bez codziennego kontaktu, bez tych drobnych przejęzyczeń, które przemykały przez wąskie wargi jego trzepniętej siostry, gdy ta po prostu dzieliła się z nim swoim strumieniem myśli. Nie miało to zapewne pokrycie w rzeczywistości, ale niespełna trzydziestoletnia wiedźma zawsze idealizowała brata i oceniała wszelkie jego możliwości na wybitny. Bez wyjątku.

Zapewne dlatego teraz czuła taką suchość w gardle, mimo, że wino po prostu zniknęło, nie przynosząc ukojenia i jakiegokolwiek rozluźnienia atmosfery. Było go stanowczo za mało.

– Owszem, Morfina właśnie tak mnie nauczył wróżbiarstwa, że graliśmy regularnie małymi arkanami – mimowolnie uśmiechnęła się na wspomnienie tamtego czasu, nie dodając nic więcej, skoro pytanie znalazło swoją odpowiedź. Oczywiście karty był pamiętliwymi kurwami i po takich sesjach pokerka zapowiadały jeszcze bardziej zjebaną przyszłość, ale nie chciała się wdawać w szczegóły, nie kiedy każde zdanie jak na dywaniku o Bonesa albo w sądzie mogło być obrócone przeciwko niej.

– Dobrze, że udało się odratować miasteczko. Mieszka tam zbyt wiele porządnych osób… Ostatnio mi nie po drodze do Doliny, ale cieszy mnie myśl, że nie obróciła się w proch. – Longbottomów widywała w miarę regularnie w Księżycowym Stawie, czy Morpheusa ogólnie w ramach swojej dorywczej pracy. W przypadku tego ostatniego kto na kogo miał mieć oko, być może to był bardziej partnerski układ niż można było zakładać po oficjalnej nazwie jej "stanowiska".

Słuchając o firmie ochroniarskiej po prostu dolała sobie, uciekając myślami do momentu w którym ona będzie się powoli zbierać i gdzie konkretnie będzie się zbierać. Zastanawiała się czy zaproponować Alastorowi wizytę na cmentarzu, ale nie chciała mu się narzucać z dość mało relaksacyjnym sposobem spędzania czasu. A może lepiej byłoby po prostu wyjść stąd i iść przed siebie tak długo aż Londyn się skończy, albo podeszwy z butów zedrą? Zdawało się to też dobrym sposobem, by rozchodzić wszystko co się stało, lub co mogło się stać ale być może przez wzgląd na Bertiego, każdy z nich był bardziej cywilizowany niż zwykle. Ostatecznie nie palnęła przecież, że jak granie z Basiliusem to tylko z własnymi gaciami w puli. Była bardzo cywilizowana. I bardzo zmęczona. – Hmm, wiecie ostatnio dużo wprawiałam się w urokach i mogłabym jebnąć iluzją ściany na ścianę, moglibyście ocenić czy dobrze zapamiętałam tę miejscówkę? – zaproponowała, wstając od razu po swoich słowach od stołu i ruszając pod - zgodnie ze słowami Botta - swoją ścianę. Trochę już szumiało jej pod czarnymi włosami, ale różdżkę trzymała w dłoni w miarę pewnie. To była tylko ściana do pomalowania. Nie całe własne życie do trzymania we względnej kupie.

Póżniej skupiła się już tylko na skicowaniu i magicznym obmierzaniu płaszczyzny. Szkicownik wyciągnięty z torby zaczął wypełniać się liniami i proporcjami, a Milles zapomniała o całym świecie.

Postać opuszcza sesję

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (2323), Alastor Moody (1289), Bertie Bott (1496), Millie Moody (1619), Pan Losu (82)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa