Posiadanie wyboru było czasem największą zgubą ludzi. Chcesz go poszukiwać, chcesz odnaleźć w tym szaleństwie siebie samego, a koniec końców wariujesz, bo nie było wyborów dobrych. Nie było też tych złych. Odrzucenie możliwości wyboru było proste. Dziecinnie wręcz proste. Nie myśl, nie dbaj, a jeśli nie spróbujesz to nie zakosztujesz, jak ciężkie jest brzemię porażki. Wybór między wampiryzmem i życiem powinien być w tym wszystkim prosty, dziecinnie wręcz prosty. Jeśli pragniesz, żeby twoje płuca dało się zatruć, żeby twoje ciało zmieniało się i przybywały na nim ślady życia, by trwać z żyjącymi i wśród nich, ale nie spoglądać jak starzeją się i przemijają bez ciebie - musisz żyć. Nie tak, jak żył teraz. Żyć naprawdę. Chciała usłyszeć rzeczy, o których on nie chciał mówić. Nie chciał o nich mówić, bo nie chciał o nich myśleć. Nie chciał o nich myśleć, a wcale nie chciał się od Victorii odcinać. Wracamy do punktu pierwszego - jak pogodzić pewne rzeczy? Co było istotniejsze i jak istotny był w ogóle wybór?
- Pojebane. Ręka mnie świerzbi, żeby... - żeby komuś wyjebać. Nie dlatego, że miał coś przeciwko mugolom. Nie dlatego, że to było słuszne, że tak trzeba było. Dlatego, że taka była jego pierdolona praca, a on nauczył się z niej czerpać przyjemność. Czy Lord Voldemort byłby zadowolony widząc to? Nie. Czy byłby zadowolony, gdyby namioty cyrkowców spłonęły? Tak. Chyba tak. Za to raczej nie byłby zadowolony, że jak debil daje się wkręcić w jakieś dziwaczne rozgrywki Blacków. - Mnie kurwa obchodzi, to niespokojne czasy, a tu się odpierdala cyrk. - Dosłownie i w przenośni, więc to słowo zostało użyte świadomie. Chyba nie chciał zabłąkać się bezpośrednio do cyrku, ale teraz wyceniał twarze, które się tu przewijały. Sauriel nie był pewien, czy Perseus Black był osobą, która należała do jakże szlachetnego grona osób wtajemniczonych. Spojrzał za to na nią, kiedy powiedziała, że chce zapomnieć o świecie. Uniósł jedną brew, ale już dalej nie komentował. - Ay... spełniam życzenia jak pierdolony dżin, milady. - Uśmiechnął się niby kpiąco, okręcając ją delikatnie wokół jej osi, kiedy wkroczyli na parkiet. Już nic nie mówił. Tak, to przewietrzenie się dobrze mu zrobiło. Tylko nie był pewien, czy to całe wesele, koniec końców, wychodziło w swoich rozliczeniach do pola "dobrze". Na pewno były te chwile, które były naprawdę miłe. Vespera kochała Perseusa, a jeśli nie - to dobrze to ukrywała. Dobrze pokazywała, że tak, jest mu oddana pomimo wszystko - winszować, jeśli to wszystko było tylko pozerstwem. Mógł mieć nawet kiepskie relacje z Rookwoodami, ale to nie znaczyło, że ze wszystkimi. Tak jak nie spodziewał się, że mimo wszystko ze wszystkimi Mulciberami dogadałby się tak dobrze. Jego ślub i Victorii jakby wyglądał? Na pewno nie tak jak ten. Urządzony w klasycznym duchu, sztywny, choć może nie tak pokryty czernią... czy brak jego wizji faktycznie sprawiał, że było lepiej?
Kiedy przed oczami miał Kromlech i Josepha - tak. Było lepiej.
Nie warto jednak było o tym rozmyślać, jak nie warto było rozprawiać, co Blackowie knują. Można zapomnieć - na chociaż parę chwil o całym świecie. I kiedy już baletu dobiegł koniec, kiedy orkiestra zaczęła milknąć, nogi boleć, stół i krzesła przy nim stały się idealną podporą dla ich dwójki. Aż w końcu ulotnili się z wesela, jeszcze raz składając życzenia państwu młodym i dziękując za zaproszenie
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.