Spodziewał się, że Cain mu odda i tak oto jego strój królika stał się koszmarem dla każdego, kto miałby go wyprać. Na szczęście nie zamierzał zrzucać tego na biedną Malwę, która i tak będzie miała sporo sprzątania po tym przyjęciu, nawet biorąc pod uwagę, że wszystkie dzieci i wnuki Godryka Longbottoma były wytresowane, aby pomagać skrzatce i nie być bezużytecznymi mimozami, które pokładają się na swoich szezlongach. Nic dziwnego, że wielu zapomniało, że są rodem arystokratycznym, gdy większość z nich biegała w szortach, z miotłami nie tylko do latania.
Albo mieli ciasto na twarzy. I ubraniach.
Bawił się cudownie, a widząc błyski lampy w aparacie Brenny wiedział, że będzie chciał zabrać część odbitek do Little Hangleton, aby zawiesić je w jego prywatnej pracowni. Dobrze, że istniała teleportacja, bo i tak zamierzał spędzać mniej więcej tyle samo czasu w Warowni, co tam, po prostu czuł w kościach, że potrzebuje nieco więcej spokoju, a pojawienie się kolejnej nici losu, w postaci Samuela, w otoczeniu, nieco mu przeszkadzało. Nie chodziło o osobę, ale losy, splatające się z innymi. Chaos w głowie nie był mu potrzebny.
Zdjął garść kremu ze swojej kamizelki i przykucnął, aby wgramolić się pod stół i wysmarować nim Basiliusa. Niech nabierze, hahaha, koloru, biedny, blady magidoktorzyna.
Slaby sukces...