Coś drgnęło w niej nieprzejednanie, gdy wbijała szpilki roziskrzonego wzroku w mężczyzn, którzy ją otoczyli; uścisnąwszy brata, otulając go ciepłem ramion – zupełnie nieprzystającym do zimnego welonu okrywającego jej oblicze. Uśmiech rozlał się, barwiąc wyginające się w przyjemny sposób wargi tak, jak tylko ona potrafiła. Była w tym niewybrednie szczera i autentyczna i choć bestia bulgotała niebezpiecznie gdzieś na samym dnie duszy – nie był to moment, aby ją uwolnić. Kurtuazyjna i elegancka, nigdy nie stłamszona, a jednocześnie nigdy nie w pełni wyzwolona. Kobiety jej wzoru były marginalne, cały świat stał u czubków butów z wysokim obcasem; nie wiedziała jednak, czy kiedykolwiek poczuła słodko-gorzki smak wolności w pełnej krasie słowa.
Philip Nott rysował się w jej umyśle jako istnienie nade wszystko irytujące, które byłaby gotowa cisnąć w kałużę. Coś było w nim tak niewybrednie denerwującego, że sama dziwiła się sobie, iż kiedykolwiek mogła ich połączyć nić romansu. Wzięła wdech nieco głębszy; czy to Mojry przędły tak jej życiorys, że odezwała się w niej ta kwestia jako jakkolwiek dobry pomysł?; absurd wymieszany z absolutną abstrakcją swoich przeszłych wyborów, zachwiał głową, która aż wzdrygnęła się machinalnie na myśl, jakoby ponownie miała mieć styczność z jego osobą, bliższy aniżeli skinięcie głową – chociaż prawdopodobnie nawet na to nie była gotowa. Jak na istnienie, które tak skrajnie ją drażniło – zaskakującym było, iż wciąż nie skończył marniej, niż mógłby pomyśleć.
Spodziewała się wymijającej odpowiedzi, że przecież nie jest uzależniony od jej kruchej, bladawej postury; że tak drobne istnienie nie mogło dyktować warunków pisanych przez jego serce – on jednak pojawił się na pojedynku, jakby nigdy nic; jak jedno z jego pijanych oświadczyn, którymi sycił jej potrzebę bycia dostrzeżona – kochaj mnie, Alexandrze, kochaj jak nic innego na tym plugawym świecie.
Bo nie kochała go bardziej niż pieniędzy i władzy, a jednak w pewien absurdalny, karykaturalny sposób, tonęła w miłości do niego.
Brak listownej odpowiedzi na zaproszenie utwierdzał ją w swym przekonaniu, że nie zaszczyci swoją osobą tak absurdalnego wydarzenia; prawdopodobnym wszak było, że spalił jej list w kominku – nie spodziewała się jego obecności; nie spodziewała się niczego, co łuną przecięło jej umysł. Uśmiech tańczył nieprzejednanie na wargach, gdy do słuchu dobiegły słowa Bellamy’ego; pokręciła jedynie głową na jego słowa. Prędko jej wzrok spoczął na Eden, która wyraźnie wodziła beznamiętnym spojrzeniem za jej osobą.
– Przepra… – chciała rzec ku panom, którzy ją otaczali, aby skierować się do Eden z uśmiechem wymalowanym na wargach – dostrzegła, także u jej boku Vakela, prędko jednak ktoś złapał ją za dłoń. Dłoń przesiąkniętą zimnem kostuchy, stojąc w opozycji do letniej pory rozciągającej swoje poły nad Londynem.
Każdy na jego miejscu, byłby święcie przekonany, że sukub otwiera przed nim bramy piekła – on jednak już od dawna tkwił tam jako kompania; każdy na jego miejscu zadrżałby pod tym demonicznym spojrzeniem utkanym w miły uśmiech.
Uniosła brwi wysoko, obracając się ku niemu, biorąc głęboki wdech. Alexander. Przez jej oblicze przemknęła feeria emocji – od czystego zdziwienia, przez zadowolenie, po nagle wzbierającą złość. Milczała przez moment, niby zaklęta w nieprzebrnięte, oscylujące gdzieś w umyśle uczucia, których imienia nie znała.
– Mi ciebie też – wydusiła z siebie ostatecznie, zupełnie jakby nie chciała splunąć mu w ryj. Loretta, poza bezmiernymi pokładami uroku, gościła wszak także niepokojące ilości gniewu. Zacisnęła palce na jego dłoni, odrobinę zbyt mocno, wbijając weń paznokcie.
Gdy kładł dłoń na jej policzku, przemknęły jej przez meandry myśli te wszystkie lata, na przestrzeni których tkwili przy sobie; Wraz z osiemnastą wiosną przykleił się do niej nieodwołalnie, a ona nienawidziła go w całej przestrzeni, w której darzyła go uczuciem.
– Co? Mam na myśli: co? – rzekła, marszcząc brwi. – No co ty, fuj – odparła, krzywiąc się brzydko. – To było pięć lat temu, na boga. Dalej nie potrafisz tego przeżyć? Nie potrafisz przeżyć absolutnie nikogo, prawda? – Wywróciła oczyma teatralnie.
– W Ameryce było na tyle dobrze, że Leander już nigdy nie przekroczy granic kraju – odparła niepoprawnie, nieoczekiwanie radośnie – jakby powijanie cudzych traum i lęków zawierało się w panteonie jej rozkoszy życiowych.