• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia [11.05.72, Walia, wykopaliska] Pochłonie nas ziemia

[11.05.72, Walia, wykopaliska] Pochłonie nas ziemia
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#1
28.07.2023, 19:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.07.2024, 10:55 przez Mirabella Plunkett.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Sebastian Macmillan - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Odkryj wiadomość pozafabularną
Zasady:
- na odpisy po moim jest 96 godzin, ja będę próbowała robić swój albo w pierwszych godzinach po terminie, albo gdy będzie komplet (jeśli ten wpadnie wcześniej)
- nie trzymajmy się kolejki – chyba że czekacie na czyjąś reakcję/ktoś musi odpisać pierwszy – po prostu piszcie, kiedy macie chwilę
- jeśli ktoś naprawdę nie może, niech da znać, przedłużymy czas o dobę
- jeżeli ktoś nie odpisuje/na dłużej wyjeżdża, a akurat postać nie robi czegoś mega kluczowego – będziemy pomijać, a w razie zagrożenia rzut wykonam ja
- na akcje rzucamy kośćmi – acz dopiero od drugiej tury, w pierwszej po prostu proponuję uznać, że każdy zrobił to, co miał zrobić – ona stanowi wstęp
- opiszcie w postach, co postać ma ze sobą: uwaga, nie szykowali się na jakąś wielką wyprawę, tylko rozbrajanie drzwi
- pierwsza grupowa sesja w tym temacie z podstawowymi informacjami była tutaj: http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1519

…zabawne?
*
To nasza ziemia, nasza wioska, nasze królestwo, teraz i zawsze, i nikt nam jej nie odbierze, powiedział Augustus tamtego dnia o świcie. A potem przyszedł zmierzch, i nasza ziemia nas pochłonęła, nasza wioska stała się naszym grobowcem, nasze królestwo stało się królestwem duchów.


***
Walijska, czarodziejska wioska, pogrzebana na skutek katastrofy od dobrych pięciuset lub sześciuset lat, znów – przynajmniej w części została odkopana. W bladym blasku świtu widać było częściowo zniszczone mury, odkopane budynki, dawne ścieżki. Te bezpieczne już fragmenty oznaczono specjalnymi taśmami i chorągiewkami, a tam, gdzie terenu jeszcze nie sprawdzono – przejście odgradzały czerwone wstęgi.
Udało się im dotrzeć do budynku, który zdawał się szczególnie ważny. Stał w centrum wioski, dość spory, zachowany w zadziwiająco dobrym stanie – bez wątpienia wznosili go nie tylko doskonali rzemieślnicy, ale też bardzo utalentowani czarodzieje. Przedwczoraj większość dnia spędzono na upewnianiu się, że żadna pułapka, klątwa ani zaklęty przedmiot nie zabije kogoś, kto wejdzie do środka. Wczorajszy dzień z kolei poświęcono na pierwsze prace, sprawdzanie, czy oni niczego nie uszkodzą, wchodząc do środka, dokumentację fotograficzną, katalogowanie znalezisk.
Dziś przyszła kolej na próbę zajęcia się najbardziej interesującym znaleziskiem. Przejściem, które wiodło albo do podziemi, albo – co zdawało się bardziej prawdopodobne do jakiejś pracowni umieszczonej pod domem. Umieszczona w kamiennej podłodze szeroka klapa była wykonana z jakiegoś dziwnego metalu, zapewne wzmocnionego magią. Naniesiono na nią runy i pieczęcie, zamek posiadał zabezpieczenie – przy próbie otwarcia z pewnością uruchomiłaby się pułapka oraz klątwa – a w dodatku aby go otworzyć, trzeba było rozwiązać skomplikowaną, numerologiczną zagadkę. Wszystko wskazywało na to, że pod spodem ukryto albo coś bardzo ważnego, albo cennego, albo niebezpiecznego…
…albo wszystko na raz.
Ze względu na to, że w domu namierzono dwa przedmioty dość podejrzane, Cathal wolał mieć na miejscu nie tylko siebie, specjalistkę od pułapek, klątwołamaczkę i numerologa, ale także spirytystów.
– Pamiętajcie, że nigdzie się nam nie spieszy. Mam pewne obawy, że jeśli coś pójdzie tu nie tak, wszyscy zginiemy – powiedział Shafiq. Może nie z beztroską, ale na pewno ze zdumiewającym spokojem, jak na taką wizję. Takie zachowanie mogło wynikać zarówno ze stoickości charakteru, jak i tego, że jednak wierzył w ich umiejętności… ewentualnie po prostu przywykł do podobnych sytuacji.
Mężczyzna – odziany w robocze spodnie, koszulę i znoszone, ale porządne buty na grubej podeszwie – ostrożnie postawił ostatni znak. Pieczęć, chroniąca drzwi, zalśniła, a potem wygasła: została przełamana. Shafiq przesunął się i teatralnym gestem wskazał na przejście.
– Piękne panie? Chyba że ty chcesz zacząć swoją część, Ulysses? – spytał. Shafiq miał przy sobie narzędzia do stawiania i usuwania run, a także manierkę z wodą i aparat zawieszony na szyi. Nic więcej, bo i nie spodziewał się, że w tej chwili coś jeszcze będzie mu potrzebne.
Czarodziej
“People will forget what you said and what you did, but people will never forget how you made them feel.”
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Wiecznie uśmiechnięta dziewczyna o dużych, czekoladowych oczach i dołeczkach w polikach. Ma niecały metr siedemdziesiąt wzrostu oraz szczupłą, względnie wysportowaną sylwetkę. Wyróżnia się charakterystyczną dla Turcji urodą na Londyńskich ulicach — ciemniejszą karnacją, długimi i gęstymi włosami, ciemnymi rzęsami. Zwykle odstaje ubiorem i zachowaniem od typowo angielskich dziewcząt. Mówi dużo i wyraźnie, ale gdy wpada w słowotoki, czasem przebija się odrobina akcentu. Jest bardzo bezpośrednia, uwielbia się śmiać.

Pandora Prewett
#2
30.07.2023, 19:47  ✶  
Nie mogła spać z podekscytowania, nie umiała znaleźć sobie miejsca. Pięć razy upewniała się, że spakowała wszystko w niewielki plecak, który oczywiście wewnątrz był magicznie powiększony. Zażyła odpowiednie eliksiry, które pomogły ze zmęczeniem oraz problemami na bezsenność, przy spodniach miała narzędzia. Co jeszcze brało się na taką wyprawę? Wyliczała sobie pod nosem, siedząc na łóżku i kolejny raz przepakowywała tobołek, zabierając — jak to Pandora — tysiące "potrzebnych" drobiazgów.
A potem nastał świt. Pomarańczowa łuna rozlała się po otaczających pogrzebaną wioskę łąkach, rozjaśniła pogrążone wcześniej w granacie niebo. Na miejscu spotkania znalazła się chwilę przed czasem, witając się z każdym łagodnym uśmiechem, starając się wciąż zachowywać cicho i nie dawać po sobie poznać tego wszystkiego, co jawnie malowało się na jej twarzy. Wiedziała, że ludzie od rana byli drażliwi, ale wiedziała też, że tego typu przedsięwzięcie i wyruszenie w teren niosły za sobą ryzyko, należało zachować rozsądek oraz być odpowiedzialnym. Czuła odrobinę presji, ale była świadoma własnych umiejętności, nie bez powodu miała te wszystkie dyplomy i certyfikaty, ukończyła setki zleceń. Do budynku dotarli w spokoju i ciszy, ciesząc się śpiewem ptaków oraz pierwszymi promieniami słońca na twarzach. Zdawało się, że wszystko było przygotowane. Obydwie z Letą, ale też każdy pozostały członek ich ekipy archeologicznej włożył mnóstwo pracy w zabezpieczenie terenu.
- Nie ma to, jak optymizm szefie. - mruknęła pod nosem cicho, tak aby nie usłyszał. Zero presji, absolutnie. Słowa "wszyscy zginiemy" wcale nie rozniosły się echem po jej głowie, nie sprawiły, że po ciele przebiegł jej dreszcz. Przesunęła gruby, ciemny warkocz na plecy i rozejrzała się dookoła. Dlaczego on w ogóle był taki spokojny i z taką łatwością ich wszystkich zabijał? Zamrugała kilkukrotnie, zwilżając wargi.
Gdy pomieszczenie rozjaśnił blask łamanej pieczęci, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Kucnęła, tym samym mając ją nieco bliżej i uważnie, centymetr po centymetrze przyglądała się przypominającemu wieczko przejściu. Zupełnie jak od puszek, byle ta nie była taką, którą kiedyś otworzyła już taka jedna Pandora. Jej dłonie przemknęły w stronę narzędzi schowanych za pasem, już chciała za coś złapać, ale potem przypomniała sobie, że nie jest sama. I nie ma doświadczenia w pracy w grupie, nie w pracy archeologicznej.
- Co wydaje się wam rozsądniejsze i mniej ryzykowne, od tego zacznijmy. - rzuciła w stronę klątwołamaczki oraz Ulyssesa, jemu przyglądając się nieco dłużej. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie była go ciekawa — głównie za sprawą Danielle, ale to były rozmowy i przemyślenia na inną okazję, którą z pewnością znajdzie oraz wykorzysta. Przeniosła tęczówki w kolorze płynnego karmelu na Cathala, widać było, że aż rwała się do pracy, ale grzecznie czekała na jego bądź ich wspólną decyzję.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Leta Crouch
#3
30.07.2023, 22:51  ✶  
Wdrożenie się w rytm życia obozowych prac w przypadku Lety przyszło wręcz bezboleśnie – przecież ona wręcz żyła wykopkami i to od lat. I nie dość, że nimi żyła, to naprawdę duża część jej życia kręciła się wokół badań i tak dalej, i tak dalej, przez co wskoczenie ponownie w robocze ciuchy – po nazbyt długiej, wedle jej gustu, przerwie – było czymś wręcz upragnionym. Jak i cała reszta, jaka się z tym wiązała.
  Rzecz jasna, niezależnie od tego, czy znajdowała się w dżungli, na pustyni czy też mieście, każdy dzień musiał zacząć się od kawy. Bez kawy nie było pracy i koniec, kropka. Bez kawy nie miała zamiaru nawet kiwnąć palcem, więc choćby się waliło i paliło – nie pojawiłaby się tu i teraz, w pełni gotowa do zmierzenia się z dzisiejszym zadaniem. A że klątwołamanie to jednak było głównie machanie różdżką, to też nie brała ze sobą specjalnie wielkiej torb – ot, wrzuciła do niej parę świeczek, termos z kawą (udał się mugolom wynalazek) na wypadek, gdyby jednak potrzebowała wspomagacza do myślenia i garść lizaków. A tak, i jeszcze swój aparat, tak całkowicie na wszelki wypadek.
  W przeciwieństwie do Pandory, Leta miała wiele więcej doświadczenia – jak widać – w tego typu pracach archeologicznych i zdawała sobie sprawę z tego, iż w ruinach szło się natknąć na naprawdę sporo niespodzianek – stąd też nie skomentowała w żaden sposób słów Cala. Również i tych kończących się śmiercią – o czym nie dało się zapomnieć. Zwłaszcza teraz, gdy ponownie znajdowała się na Wyspach, razem z Calem – tak, wtedy to było inne miejsce, ale jednocześnie jednak to samo.
  Historia zataczała koło? Oby nie. Może i Leta nie miała jakichkolwiek skrupułów, żeby pozbawić kogoś życia, co też już w przeszlości przecież uczyniła, to nie znaczyło to, iż cieszyła ją absolutnie każda śmierć. Zwłaszcza taka, która miałaby mieć miejsce podczas prac archeologicznych – raz, że szkoda fachowca, dwa, że zwiastowałoby to problemy, być może nawet większe niż wtedy, skoro znowu Crouch z Shafiqem byliby w to uwikłani.
  - Świetnie – skwitowała widząc, jak pieczęć ewidentnie została przełamana. A jako że do tej pory jakoś tego nie zrobiła, to teraz właśnie związała nastroszone włosy (każdego ranka zdawały się coraz bardziej żyć własnym życiem, cholery jedne…), podchodząc do klapy – Dobra, dajcie mi tylko chwilę, bo jak zaczniecie w tym grzebać i odpalicie klątwę, to obawiam się, że cała reszta już będzie zbędna – zagderała, kucając przy przejściu. Tak, Cal niby dał im wybór, kto chce być pierwszy, ale… jak na jej gust, dalsze gmeranie przy czymś, co było obłożone klątwą, najzwyczajniej w świecie nie należało do rozsądnych rzeczy. Tak że sięgnęła po różdżkę i przez parę kolejnych minut w skupieniu rozpracowywała jeden z elementów zabezpieczeń. Może i chciała jak najszybciej się przekonać na własne oczy, co kryło się pod klapą, ale też zdawała sobie sprawę z faktu, iż nadmierny pośpiech mógł okazać się zgubny. Stąd też pracowała metodycznie, krok po kroku podważając struktury klątwy, rozsupłując jej sploty…
  … w końcu odetchnęła głębiej i wstała, praktycznie od razu się cofając.
  - Droga wolna, zapraszam – zakomunikowała, czyniąc dłonią dość wymowny gest.
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#4
01.08.2023, 21:01  ✶  

Praca na wykopaliskach w wiosce czarodziejów pozwoliła Sebastianowi w pewien sposób odpocząć od ostatnich wydarzeń. Wprawdzie nie poczynili w ciągu tych kilku dni jakichś ogromnych postępów, jednak przygotowanie się do pokonania kolejnych przeszkód było na tyle zajmujące, że mężczyzna zdołał nieco odciąć się od tego, co działo się obecnie w Dolinie Godryka czy w Londynie. Chociaż dalej martwił się o niektórych krewnych – zwłaszcza młodą Sarah – tak towarzystwo ekspertów, z którymi potrafił się dogadać, sprawiała, że nie siedział w kącie pogrążony w czarnych myślach.

Aktualnie trzymał się nieco z tyłu grupy, poprawiając co rusz guziki swojego ubrania roboczego. Chociaż sprzyjająca przebywaniu na zewnątrz pogoda sugerowała, że mógłby przywdziać jasne barwy, tak, gdy padło hasło, że mogą trafić do podziemi, postanowił założyć coś na kształt ciemnego kombinezonu roboczego, który zasłaniał znaczną część jego ciała.

— Pozytywny jak zwykle — mruknął pod nosem na komentarz Cathala,

Na temat samego klątwołamania nie miał zbyt wiele do powiedzenia, więc po prostu pozwolił pannie Crouch pracować w spokoju. Brak mu było umiejętności z tej dziedziny, jednak nie był też kompletnym ignorantem. Obserwował uważnie poczynania kobiety, starając się we własnej głowie zrozumieć, jak tak właściwie wygląda procedura odczyniania tak starych zaklęć i uroków. Każda rodzaj magii był inny, a Macmillan zdawał sobie sprawę, że raczej nie było zbyt wielu podobieństw między przeciwdziałaniu starożytnym klątwom a wypędzaniem duchów na drugą stronę.

Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#5
01.08.2023, 21:09  ✶  
Ulysses rzadko robił pierwsze dobre wrażenie. Wyprostowany, ze spiętą linią ramion, częściej przypominał obrażoną na patrzącego statuę niż żywego czarodzieja. Nawet teraz, choć w rzeczywistości tylko obserwował pracę Lety, wyglądał przy tym tak, jakby ją oceniał i czekał na jakieś jej potknięcie. A przecież wcale nie czekał, myślał o zagadce numerologicznej i o tym, czy dobrze ją rozwiązał.
To było jednak trochę co innego, usiąść nocą w pokoju i po prostu bawić się liczbami. Tamtym posiedzeniom brakowało presji. Mógł sprawdzać połączenia, traktować je jak wielką, nierozwiązaną jeszcze zagadkę, zrównywać sumy z opisem gwieździstych konstelacji a czasem, po prostu liczyć. Miał czas i żadnego obserwatora poza tym, który patrzył na niego z lustra. Teraz było inaczej. Natura obdarzyła Ulyssesa fenomenalną wprost pamięcią, ale jednocześnie sprawiała, że męczył się w towarzystwie innych ludzi. Byli jak tornado przesiąkające do jego uporządkowanego świata. Nikt nie lubił, gdy kataklizm przetaczał się przez jego własne podwórko.
Pojawienie się Ulyssesa Rookwooda na wykopaliskach było w jego przypadku gigantycznym wyjściem poza swoją bezpieczną strefę. Stał w grupie mało znanych mu ludzi, w zupełnie nowym miejscu, w innym kraju, bez swojego zwykłego garnituru i wypastowanych butów. Ba, na ich oczach miał jeszcze prawidłowo rozwiązać zagadkę numerologiczną. Z nerwów miał wrażenie, że po jego ciele błąkały się tysiące malutkich mrówek. W takim momencie trudno było wyglądać sympatycznie.
Ale jednocześnie, paradoksalnie, pojawienie się tym razem na wykopaliskach, było w przypadku Ulyssesa czymś dużo prostszym niż pozostanie w Wielkiej Brytanii. Tak, jak Macmillan właśnie tutaj zaczął wreszcie odpoczywać.
- O ile dobrze rozumiem, muszę być ostatni. Chyba, że rzeczywiście planujemy efektownie zakończyć wykopaliska jeszcze przed ich rozpoczęciem – odpowiedział Cathalowi. W ustach kogokolwiek innego te słowa wybrzmiałyby jak żart lub ostrzeżenie, ale nie wtedy, gdy wymawiał je młody Rookwood. On po prostu konstatował fakty.
Klątwa. Pieczęć. Runy. Numerologia. Najpierw zabezpieczenia, a potem zabawa z liczbami. Tak na wszelki wypadek, gdyby się jednak pomylił, gdyby wczoraj nie obejrzał klapy zbyt dobrze, gdyby okazało się, że jakimś cudem wreszcie czegoś nie zapamiętał.
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#6
01.08.2023, 22:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2023, 22:54 przez Cathal Shafiq.)  
– Jestem bardzo optymistyczny. Zakładam, że jeśli nie będziemy się spieszyć, wszyscy przeżyjemy – zapewnił Cathal. Ostatecznie przygotowywali się do otwarcia tych drzwi. Każde z nich je obejrzało. Byli i inni specjaliści. Poza tym każde z nich było czarodziejem i jeżeli coś poszłoby nie tak – mogli się bronić. Tak naprawdę nie wierzył, że nie zdołają poradzić sobie z tą zagadką i z tym, co kryło się pod ziemią. Obawiał się raczej, że znalezisko nie okaże się tak fascynujące, jak miał nadzieję.
Mimo to, kiedy obserwował, jak do przerwanego kręgu podchodzącą po kolei członkowie ekipy, każde, by zająć się swoją „działką”, w jego postawie dało się dostrzec pewne napięcie. Mięśnie ramion miał sztywne, kiedy Alethea ściągała klątwę – i rozluźnił je dopiero, kiedy przekleństwo zostało przełamane, a kobieta ustąpiła miejsca Pandorze. Pułapka, chroniąca przejścia, nie zabiłaby na pewno ich wszystkich, ale mogła zrobić krzywdę komuś, kto próbowałby otworzyć wejście, nie wiedząc o jej istnieniu. Była bardziej podstępna od tych przy murach, Prewettówna miała jednak rację, gdy wspomniała, że może opierać się na podobnych mechanizmach. Mogła stanowić przeszkodę nie do pokonania dla zwykłych czarodziejów, żyjących to kilkaset lat temu, nie dla współczesnej czarownicy, która właśnie w tym się specjalizowała.
Kiedy wreszcie Ulysses zabrał się za przesuwanie cyfr na tarczy, która znalazła się w klapie, Cathal mimowolnie postąpił krok do przodu. Naprawdę nie chciałby, aby przez to, że poprosił Rookwooda o pomoc, coś mu się stało. Ulysses przecież nie musiał tutaj być, nie był członkiem ekipy, otrzymywał wynagrodzenie, ale nie na tyle duże, aby było warte narażania życia.
Ale obliczenia okazały się poprawne. Tarcza zalśniła, zamek szczęknął. I przez chwilę wyglądało na to, że wszystko się im udało.
– Upewnijmy się jeszcze, że nie ma jakichś dodatkowych zabezpieczeń… – powiedział Cathal, w bardzo złą godzinę, przykucając przy tym przejściu.
Bo nie, nikt z nich nie popełnił błędu, ale… może było to dodatkowe zabezpieczenie: może miało zareagować zawsze, gdy ku klapie nie sięgnie uprawniona osoba. A może tak naprawdę klapa nigdzie nie prowadziła, i tylko otwierała to prawdziwe wejście, wszystko im się udało, ale ot… nie spodziewali się efektu. Nie byli na niego przygotowani, nie wiedzieli, co jest pod spodem i dlatego stało się to wielkim problemem.
Nagle bowiem kamienna podłoga pod nimi poruszyła się. Kamienie wyrwały się z niej, wystrzeliły w górę, pomiędzy nich, a każde z nich poczuło, jak wciąga go jakaś siła: magia, bez wątpienia translokacyjna. Wszystko trwało sekundy, ale nagle zaklęcie chwyciło ich, pociągnęło w dół, kamienie natomiast nadbudowywały się nad nimi, nie tworząc już podłogi, a sufit.
Oni wszyscy zaś, wypuszczeni przez zaklęcie, spadli w ciemność.

Alethea i Pandora potoczyły się po ziemi i obie uderzyły w ścianę. Żadna nie uszkodziła się podczas tego upadku poważniej niż na kilka siniaków, niemniej: w pierwszej chwili to bolało. Otaczała je absolutna ciemność. Nie widziały ani siebie nawzajem, ani reszty ekipy. Nawet gdyby zapaliły światło, nie zobaczyłyby żadnego wyjścia: wpadły do sali całkiem dużej, ale pozbawionej drzwi, okien, jakichkolwiek przejść. Za to pod ścianami stały posągi i Alethea upadła tuż obok jednego z nich. Usłyszały czyjś głos – jakby przytłumiony. W istocie dobiegał zza ściany, w którą walnęły. Wyglądało na to, że ich niedawni towarzysze znajdują się po drugiej stronie.

Tak było w istocie: Cathal, Ulysses i Sebastian pospadali jeden tuż obok drugiego. Z odległości zaledwie metra, czar, który ich porwał, nie miał więc najwyraźniej wyrządzić im krzywdy. Może nawet źle zadziałał, ze względu na to, ile lat minęło? Może powinni trafić gdzieś indziej albo lądowanie powinno być zupełnie łagodne?
– Jasny szlag – zaklął Shafiq, siadając powoli na podłodze. Namacał różdżkę, która na całe szczęście się nie połamała, a po chwili ciemność została rozświetlona przez zaklęcie lumos. – Wszyscy cali?!
Oni znajdowali się w korytarzu. Prowadził dokądś: jego część z prawej strony była zawalona, ale kiedyś był na tyle szeroki, że spokojnie dało się przejść lewą. Mogli zobaczyć także pochodnie. Bardzo, bardzo stare, jedną przymocowaną do ściany po lewej, drugą leżącą na podłodze, bo spadła ze stojaka.
Kiedyś bez wątpienia przechodzili tędy ludzie. Drzwi, nad którymi pracowali, bez wątpienia miały prowadzić tutaj.
Główny problem polegał jednak na tym, że ani patrząc w górę – a od sufitu dzieliło ich parę metrów – ani na boki, nie widzieli niczego podobnego do tamtej klapy. W tej chwili nie mieli jak wrócić.

Kolejna tura do: 5.08, godzina 20
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Leta Crouch
#7
02.08.2023, 23:27  ✶  
Leta była… cóż, Letą. Mogła trochę pajacować, mogła truć cztery litery na wszystkie sposoby, mogła zgrywać, że co to za klątwa, ledwie kozi bobek, o, z palcem w dupie ją rozłoży. Albo wręcz przeciwnie, mogła podkreślać jej potęgę, stopień skomplikowania, że niejeden czarodziej zapewne by poległ, gdyby próbował się choćby do niej zbliżyć. Zależało od okoliczności, humoru również.
  Mogła zdawać się podchodzić do pewnych spraw aż nazbyt lekko, ale to nie tak, że lekceważyła zagrożenia. Może i nie wyglądała na nazbyt przejętą łamaniem tych wszystkich zabezpieczeń, może mogło się wydawać, że była bardzo pewna ich pokonania i tego, że absolutnie nic się nie stało – ale mimo wszystko palce nie puszczały różdżki, której końcem wybijała o udo tylko sobie znany rytm.
  Bo tak naprawdę: byli tylko ludźmi. A ludzie popełniali błędy, czy tego chcieli czy nie. I czy im się to podobało czy nie: z cała pewnością nie posiadali całej wiedzy świata w swoich dziedzinach, by mieć absolutną pewność, że nie popełnią żadnej omyłki.
  Zawsze pozostawał ten co najmniej jeden procent niepewności, może nawet ułamek procenta.
  I najwyraźniej właśnie trafili na ten cholerny ułamek.
  Nic tego w zasadzie nie zwiastowało: w jednej chwili Cal pochylał się nad klapą, żeby ją dodatkowo sprawdzić, a w kolejnej została wessana i nagle wypluta cholera-wie-gdzie, jakby tego było mało, to jeszcze trochę się poobijała. No dobra, bywało już gorzej, wiele gorzej, parę siniaków to dość niewielka cena, tylko gdyby jeszcze…
  … kurwa mać.
  - Kurwa mać – sapnęła, odruchowo przywołując światło. To, że różdżka się nie złamała, uznała za jakiś cholerny cud, bo miała wrażenie, że powinna właśnie oglądać dwa mniejsze patyki zamiast jednego, którego nie zdążyła z dłoni wypuścić. Albo gorzej, patyka smętnie dyndającego, nieprzełamanego całkowicie.
  - Nic ci nie jest?! – rzuciła pod adresem Pandory, powoli wstając. Odruchem byłoby podparcie się o posąg, ale… - Postaraj się niczego nie dotykać – przestrzegła jeszcze kobietę, rozglądając się po pomieszczeniu. Aha, super, żadnych przejść i posągi. Zupełnie jak w Egipcie, tylko patrzeć, jak zaraz skądś wylezie skorpion albo insze gówno – bo jednak to nie ten klimat, żeby skorpiony siedziały na Wyspach.
  Jako że walnęły w ścianę, wstępnie uznała, że powinna być dość bezpieczna, czyli nie wywali ich zaraz znowu w gdzieś w cholerę… Stąd też nie posąg stał się podparciem, a właśnie ona. Głosy… Czyżby znajdowali się w sąsiednich pomieszczeniach? W teorii, bardzo duże być może, dałoby się otworzyć więzienie kobiet właśnie stamtąd, niemniej to nie tak, że na tym teraz się opierała, bynajmniej.
  - CAL? ŻYJECIE?! – naprawdę się postarała, porządnie podnosząc głos; zapewne mało kto by się spodziewał, że taki kurdupel ma tyle pary w płucach. Spróbowała tym wybadać sytuację, sprawdzić przy okazji, czy będą w stanie się skontaktować, nawet jeśli ceną byłoby zdarcie sobie gardła.
  Serce tłukło się w piersi, aż miała wrażenie, że zechce z niej zaraz wyskoczyć. W oczekiwaniu na odpowiedź, spróbowała się wstępnie rozejrzeć po pomieszczeniu, z dokładnie tego miejsca, w którym stała. Co przedstawiały posągi? Czy w oczy rzucały się jakieś płyty? Na podłodze, ewentualnie na suficie.
Czarodziej
“People will forget what you said and what you did, but people will never forget how you made them feel.”
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Wiecznie uśmiechnięta dziewczyna o dużych, czekoladowych oczach i dołeczkach w polikach. Ma niecały metr siedemdziesiąt wzrostu oraz szczupłą, względnie wysportowaną sylwetkę. Wyróżnia się charakterystyczną dla Turcji urodą na Londyńskich ulicach — ciemniejszą karnacją, długimi i gęstymi włosami, ciemnymi rzęsami. Zwykle odstaje ubiorem i zachowaniem od typowo angielskich dziewcząt. Mówi dużo i wyraźnie, ale gdy wpada w słowotoki, czasem przebija się odrobina akcentu. Jest bardzo bezpośrednia, uwielbia się śmiać.

Pandora Prewett
#8
03.08.2023, 20:47  ✶  
Pandora była pod wrażeniem organizacji pracy grupy. Nikt nie kwestionował, nie pytał i po prostu wiedział, co leży w zakresie jego obowiązków. Zupełnie inaczej sobie to wyobrażała, wszystko miało być bardziej chaotyczne. A tymczasem oni działali, jak dobrze nakręcony zegarek, wymieniali się na miejscu pracy i jeden drugiemu nie wchodził w drogę. To trochę pomogło jej z uczuciem presji, gniotącej odpowiedzialności i uciszyło rozbrzmiewające w głowie słowa Cathala o śmierci. Ta na pewno nie nastąpi od pułapek, nie na jej zmianie, bo w całym swoim skomplikowanym i na pierwszy rzut oka niezdarnym sposobie bycia, znała się na swoim fachu. Nie lubiła się chwalić, nie lubiła tłumaczyć i mówić, więc działała w milczeniu i koncentrując się całkowicie, czasem wtykając śrubokręt do ust, a czasem trzymając inne narzędzie za uchem, tak, aby wszystko mieć pod ręką. Zdawała sobie sprawę, że jedno drżenie rąk mogło doprowadzić do katastrofy. To byłby dopiero wstyd i niefart.
Zdążyła zapiąć torbę z narzędziami i wszystko schować, aby w kolejnej sekundzie poczuć, jak coś zasysa ją, wciąga niczym wielka trąba powietrzna. Pandora nie miała w zwyczaju krzyczeć, co wiązało się z przeżytą niegdyś traumą, więc jedynie zacisnęła oczy, zatrzymując na chwilę w płucach powietrze, co również było działaniem mimowolnym i uzasadnionym. Nawet dobrze nie zaczęli, a już się coś popsuła?
Poczuła uderzenie, ból promieniujący przez krótką chwilę w całym jej ciele i nieprzyjemny dreszcz wywołany chłodem lub dusznością, nie mogła zdecydować. Uniosła powieki, tonąc w ciemności. Ostrożnie podniosła się do pozycji siedzącej, przesuwając dłonią po swojej szyi, gdzie wyczuła drobne zadrapanie oraz po ręku, a potem usłyszała głos Lety. Najpierw było to przekleństwo, a potem pojawiło się światło. Zmrużyła oczy, potrzebując chwili, aby się przyzwyczaić. Nim zatrzymała brązowe ślepia na kobiecie, omiotła spojrzeniem miejsce, gdzie tkwiły.
- Nie, jestem cała. A Ty? - zapytała z troską w głosie, nie wstając jednak. Nie była typem panikującej panienki, która nie umie wziąć spraw w swoje ręce, więc korzystając z magii towarzyszki, położyła sobie plecak na kolana. - Oszczędzaj energię, jestem przygotowana na takie przypadki.
Prewettówna chciała dodać jej nieco otuchy, podnosząc na chwilę na nią spojrzenie i puszczając oczko. Najpierw z plecaka wyjęła prostokątne pudełeczko, z którego po uniesieniu wieczka, wyleciały twa świetliki. Odrobinę przerośnięte, mieniące się srebrem oraz złotem trybikiem i przekładni, rozbłysły ciepłym światłem, krążąc nad ich głowami. Trochę szeleściły, ale nie miała czasu jeszcze tego dopracować. - Mogą być jaśniejsze, jeśli chcesz więcej światła lub możemy powiększyć je zaklęciem. Są magiczne, dobrze reagują na czary. A ten tutaj maluch. - przerwała na chwilę, zaciskając w dłoniach mechanicznego koliberka, który wciąż tkwił nieruchomo. - Mógłby pomóc nam przedstawić im sytuację, jeśli znalazłaby się jakaś dziura w ścianie. Można go zmniejszyć, jeśli jest zbyt duży, a Cathal lub któryś z pozostałych, mógłby go powiększyć.
Dmuchnęła na koliberka, a ten przypominając złoty znicz, uniósł się do góry i zaczął krążyć chaotycznie przy ścianach, przyglądając się wszystkiemu swoimi kryształowymi oczkami. Razem z nim w pudełku było lusterko, które po otworzeniu pokazywało obraz tego, co ptak dostrzegał. Zapięła plecak, a wyjęty przedmiot zaciskała w dłoniach. Wstała ostrożnie, mając teraz okazję lepiej się przyjrzeć pomieszczeniu. Wcześniejszy krzyk i jego siła owszem, zrobiły na niej wrażenie, ale czy hałasowanie w takich warunkach nie przyniosłoby im więcej kłopotu, niż korzyści? Nie była pewna? Przyglądała się ścianie, za którą zdawało sie — była reszta ekipy. Wystarczyła mała dziurka, szpara, cokolwiek co umożliwiłoby jej mechanizmowi przejście. Bystre, brązowe ślepia również poszukiwały ewentualnych pułapek. Los wcale nie podzielił ich dobrze, wbrew pozorom ona i Leta były w lepszej sytuacji, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, ale oni przynajmniej mieli uzdrowicielkę. Jednej ze świetlików przysiadł na głowie ciemnowłosej, robiąc jej coś na wzór mugolskiej, górniczej latarki. Brunetka nie była może mistrzem magii pojedynkowej, nie umiała pływać i mordowała rośliny, ale mając narzędzia oraz swoje małe wynalazki, czuła się całkiem pewnie.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#9
05.08.2023, 00:55  ✶  
Równie powoli, co chwilę wcześniej Cathal, Ulysses usiadł na podłodze. Zakaszlał, pozbywając się pyłu i kurzu, który dostał się do jego nosa i ust, gdy spadał w dół. Odruchowo zaczął macać swoje ręce, nogi i żebra, by upewnić się, że nic mu nie pękło i niczego sobie nie złamał. Tak, czuł ból, ale był to ten rodzaj bólu, który człowiek odczuwał zawsze po upadku. Na szczęście nie miał nic wspólnego ze złamaniem.
Jednocześnie w umyśle młodego Rookwooda szalała właśnie prawdziwa burza. Analizował co się stało. Jeszcze raz powtarzał w głowie sekwencję, którą nacisnął, upewniając się, że na pewno nie popełnił błędu. Ale chyba… nie, wróć, na pewno, nie popełnił błędu. Zaletą pamięci, którą posiadał było to, że nie musiał bez końca powtarzać doświadczeń, bo pamiętał każde błędne założenie, każdy wynik prowadzący w ślepą uliczkę. Więc albo mechanizm zadziałał prawidłowo i po prostu ściągnął ich w wyznaczone miejsce albo było coś, co pominęli a wtedy – na szczęście – mechanizm nie zadziałał prawidłowo i tylko ściągnął ich w dół zamiast zamordować. Tak czy inaczej żyli, ale krzyk Shafiqa uświadomił Ulyssesowi, że zostali rozdzieleni.
Czy zaczął się martwić o Letę i Pandorę? Odpowiedź na to pytanie byłaby dość złożona i zawierałaby się jednocześnie w słowach: „tak” oraz „nie”. Tak, bo nie miał pojęcia gdzie się podziały. Nie, bo pragmatyczny umysł Ulyssesa uznał, że skoro ich trójka była (chyba) cała to i kobiety z pewnością były całe. Może tylko znajdowały się w analogicznym miejscu, ale… ale gdzieś indziej? Za tą zawaloną częścią korytarza?
Po sprawdzeniu swojego stanu, wciąż siedząc, zaczął szukać w kieszeni spodni różdżki. Wyciągnął ją i po chwili również on rozświetlił nieco ciemność zaklęciem lumos.
- Często się to dzieje? – zapytał Cathala a potem posłał pytające spojrzenie również Sebastianowi.
Podniósł się ostrożnie z ziemi. Posługując się swoją różdżką jeszcze bardziej oświetlił to, co właściwie dało się oświetlić, podniósł leżącą na ziemi pochodnię.
- Jeśli da się ją zapalić to będziemy mogli zrezygnować z lumos – zauważył. A potem o ile się dało, zapalił tę, którą trzymał w ręku i zrobił dwa kroki w stronę niezawalonej części korytarza by sprawdzić gdzie prowadziła.
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#10
05.08.2023, 18:23  ✶  

Nic nigdy nie mogło być proste, prawda? Nawet jeśli człowiek chce uciec od problemów, to te zawsze znajdą sposób, aby ponownie znaleźć się u jego boku. W tym wypadku w nieco innej formie. Wprawdzie w ruinach nie objawili się Śmierciożercy i nie porwała nikogo wichura, jednak... wylądowali w jakiejś piwnicy. Prawie jak w domu, pomyślał z przekąsem. Zupełnie jak w Ministerstwie Magii. Niech z sufitu zaczną spadać dekrety, to będzie się czuł, jakby nigdy nie opuścił stolicy.

— Żyję, ale co to za życie? — zasępił się Sebastian, podnosząc się z podłogi. Otrzepał się z kurzu. Dobrze, że nie wpadł na ten durny pomysł, żeby ubrać się na biało, bo wyglądałby, jakby przed chwilą wyszedł z kopalni węgla. — Nie spadliśmy, prawda? Coś na tu ściągnęło z góry?

Zmrużył oczy, gdy Lumos w wykonaniu Cathala rozświetliło ciemny korytarz. Jego wzrok automatycznie powędrował na przód. Droga... Nie była zachęcająca. Dalej pewnie nie będzie lepiej, skoro wioska nie była w dobrym stanie. Wszelkie struktury, które znalazły się pod ziemią, stanowiły potencjalne niebezpieczeństwo. O ile nie będą ostrożni. A przecież zazwyczaj byli, więc w czym problem, prawda? Hehe... He... He.

— Zazwyczaj jestem wzywany, gdy Cathal już upora się z tym etapem wykopalisk — przyznał, posyłając Rookwoodowi pocieszające spojrzenie. — To coś nowego.

Zakaszlał pod wpływem kurzu, który znalazł się w powietrzu. Zaczął machać przed twarzą rękoma, starając się stłumić atak kaszlu i kichania.

— Nie jest to zbyt poręczne — stwierdził, obserwując Ulyssesa, który zmagał się z rozpaleniem pochodni.

Chociaż trudno było zaprzeczyć, że pochodnie były bardziej efektowne, tak różdżki zdaniem Sebastiana wygrywały kompletnie to starcie. Wystarczyło tylko wymierzyć czubek magicznego patyka w odpowiednim kierunku i pyk, stawało się światło. Pochodnie zdecydowanie były cięższe, co zresztą przekonało mężczyznę do tego, aby nie iść w ślady kolegi i dalej oświetlać drogę przy pomocy magii.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cathal Shafiq (4923), Leta Crouch (3295), Pandora Prewett (3495), Sebastian Macmillan (1568), Ulysses Rookwood (2703)


Strony (5): 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa