stfu It got worse-
Zdecydował się trochę odprężyć. Ukrywanie się po najróżniejszych, zapomnianych przez świat magiczny, a i też mugolski lokalizacjach ostatecznie mu zbrzydło; a żeby lepiej to określić, okazało się wystarczajaco terapeutyczne, aby w końcu przestał budzić się w środku nocy, łapiąc oddech, bojąc się że po raz kolejny musi odkopywać Heather z ziemi po Beltane. W snach kończyło się to różnie - albo mu się udawało, albo sam lądował w ziemi, albo też nie był w stanie się ruszyć wiedząc, że przyjaciółka dusi się pod ziemią.
Nie spędził za dużo czasu na zastanawianiu się czy powinien iść na potańcówkę. Dom wydawał się tego wieczora tak pusty, że miał problem, aby się w nim odnaleźć. Nawet gdy o czwartej nad ranem jadł płatki z mlekiem po powrocie ze swoich wypraw 'do nikąd i po nic', w kuchni zjawiał się Morpheus, coby zapytać się Charliego 'znowu jesz z mojej ulubionej miski?' Rookwood z początku nie był pewny czy Morpheus posiada tyle ulubionych misek, czy to jego sposób na zaczęcie rozmowy, więc ostroznie podchodził do sytuacji. Nie chciał być przecież, słoniem w składzie porcelany - zwłaszcza o 4 rano i przy ulubionej zastawie rozmówcy.
Przy wejściu został mu wręczony drobny podarek. Z początku chciał podejść do tego dość podejrzliwie, czując jak każdy mięsień się spina, zaraz jednak przypomniał sobie, że jakby miało się dziać tu coś niebezpiecznego, to połowa gości jak i organizatorów dałaby temu radę - przynajmniej taką miał nadzieję. Postanowił dłużej się nad tym nie zastanawiać i wszedł głębiej w salę, przez chwilę zahipnotyzowany jej urokiem. Gwieździste niebo wyglądało dokładnie tak, jak to pod którym ostatnio coraz cześciej zdarzało mu się spać. Letnia pogoda była wybawieniem, gdy myśli pozostawały zagubione w ciemności i szarości. Błogość momentu przerwały bardzo głośne decybele głosu Heather. No tak, nie sprawdził przecież kto też wybiera się na potańcówkę... Rozejrzał się za źródłem znajomego głosu i, ku jego zdziwieniu, dostrzegł jedynie wyjca wydzierającego swe wnętrzności przed Brenną.
Charles nie był pewien jak ma się czuć wobec usłyszanych nowin. Z jednej strony bardzo się cieszył. Cameron i heather wydawali się bardzo dotknięci Beltane, tak samo zresztą jak on sam. Nie tylko fizycznie, te okropne wydarzenia odcisnęły na ich psychice piętno. Dobrze było słyszeć, że ta dwójka odnalazła komfort oraz też i miłość w swoich ramionach. Charles znał ich wystarczająco długo, aby wiedzieć, że powinni się dogadać. Przynajmniej taką miał nadzieję. Z tej drugiej strony, poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku, myśląc o listach, które znajdywał na poddaszu u Longbottomów i pozostawiał nieotworzone. Zapewne większość z nich była od tej dwójki, bo i od kogo innego?
Nie wiedząc jak odnaleźć się w sytuacji z zapowiedzią ślubu najbliższych przyjaciół i przedziwną ekscytacją rozwijającą się równie energicznie co pusta, której obecność odczuwał w ostatnich momentach non stop, podszedł do baru. Wzrokiem starał się złapać kogoś znajomego, kogokolwiek, kto nie byłby zajęty tańcem albo żywą rozmową. Przygryzł wargę prawie się poddając, a wtedy też jego oczom ukazała się ... dziewczyna, która też mieszkała u Longbottomów. Nakładała mu czasami jajecznicę, na pewno mu się przedstawiła (albo zrobiła to za nia Brenna), tylko że Charles był okropny z imionami.
No cóż, jakoś to będzie, pomyślał łapiąc dwa kieliszki przypadkowych drinków i udał się w stronę Dory.
- Dobry - zagadnął. Nie był ubrany specjalnie zjawiskowo, bo też większość swoich 'wyjsciowych' ubrań musiał zostawić w starym mieszkaniu, wiele miesięcy temu. Ubrany był w jasną koszulę w kwiaty, a na szyi miał stary naszyjnik z pereł, być moze znaleziony w jednych z pudeł na strychu Longbottomów Dobry wieczór, właściwie. Przyniosłem ci kolejnego drinka, tak na wszelki wypadek, jakby rozmowa ze mną nie była znośna - podśmiał się, trochę sam do siebie, bo nie był pewien czy żart byl dobrze wycelowany - Nakładałaś mi śniadanie. W pewnym momencie. Ale nie rozmawialiśmy nigdy za dużo. To trochę dziwne, skoro mieszkamy w jednym domu. Jak się bawisz? - Dora, jeżeli znała imię Charlesa, to prawdopodobnie nie to 'pierwotne'. Zapewne kojarzyła go jako Juliena, jak reszta domowników.
drink dla Charliego
!magicznydrink
drink dla Dory (lub x2 dla Charliego jeżeli Dora odmówi)
!magicznydrink
podarek dla Charliego
!prezentgodryka
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
Ambition tearing out the heart of you,
Carving lines into you
Dobra dziewczynka.
Powiedział Morph, a w głowie Septimy zagrzmiało – czy przez ten cały czas uważał ją za dziecko? Zmarszczyła czoło, próbując zakotwiczyć sierp spojrzenia na jakiejkolwiek lustrzanej powierzchni, przyjrzeć się własnej facjacie i ocenić jak bardzo w tej chwili przypominała małolatę. To ta krótka sukienka? Spinka, która pofrunęła ku jej skroni?
A może gorzej — było to coś czego nie mogła zmienić. Jej cholerna osobowość.
Powiodła za przedstawianymi przez mężczyznę postaciami, niektórych z nich w istocie nawet rozpoznając z widzenia. Sama zauważyła nawet Effie oraz Alastora brylujących w potańcówkowej brei. Gdy dotarli do baru, wyrosła przed nią postać szczupłego młodzieńca o miłej aparycji.
— Miło cię poznać, Neil — powiedziała, miarowo rozpromieniona, na fakt, że Morpheus również przyjaźnił się z młodszymi od siebie ludźmi. Może jednak nie miał jej za dzieciaka?
— Skąd się znacie?— zagaiła pogodnie, modląc się w duchu, aby Longbottom nie odparł bezwiednie, że był jego opiekunką. Wychyliła pierwszy napój tego wieczoru, niepewna skutków i efektów jakie kryć się mogły w płynnej substancji. Liczyła na coś dodającego odwagę, ujmującego towarzyskiego upośledzenia. Mogłaby wtedy mówić aksamitem czarujących głosek, spojrzenia iskrzyć elegancją i wdziękiem. Ach, jak wiele by za to dała!
Wzrokiem zawędrowała ku BUMowcom, a na komentarz o groźnym wyglądzie, nawet się zaśmiała. Oni wyglądali groźnie? Może i tak.
Ona zaś wyglądała jak owieczka, a przecież miała dużo za uszami.
!magicznydrink
Melodia wygrywana przez instrumenty wygasała powoli, a srebrzysty pył unoszący się w powietrzu zanikł, klamrując zakończenie jednej piosenki i rozpoczęcie kolejnej. W tle wybrzmiał nawet jakiś wyjec, ale Ollivanderówna skłamałaby przyznając, że przysłuchiwała się jego treści. Przyznać za to musiała, że goszczący się w gardle drink, wyjątkowo jej zasmakował, ewidentnie znacząc jej ciało świeżo nadchodzącą energią oraz witalnością.
some women are built from it
- Vivienne – podsunęła mu na tę wyliczankę pierwsze lepsze imię na V, choć miała ich jeszcze kilka na podorędziu. Zrobiła to jak zawsze z kamienną twarzą pokerzysty, który mówi zawsze wszystko śmiertelnie poważnie i nie zna się na żartach. Była jego krzywym zwierciadłem; bo tam, gdzie Atreus robił minę wyrażającą głębokie zamyślenie, jej twarz udawała, że była pozbawiona jakichkolwiek emocji. Ale znała się! Tylko na takich głupkowatych, które ją bawiły – i wierzcie lub nie, ale ten był jednym z tych zabawniejszych. Na dowód nawet drgnął jej kącik ust, by po chwili unieść go w górę w krzywym uśmieszku. Na ten rozbrajający, szerszy uśmiech Bulstrode'a odpowiedziała puszczeniem mu oka, uznając sprawę zwracania się do siebie po imieniu za zakończoną. Nie to, że miałaby coś przeciwko, gdyby przeszli z nazwisk na imiona, ale teraz też było dobrze. Była w tym pewna zażyłość. - Taki, który pasowałby do twoich myśli i nastroju – odparła tajemniczo, nie mówiąc mu wcale, że po tym drinku, gdy myśli jej uciekły w jakże niebezpieczne rejony, poczuła przemożną chęć śpiewać coś, co by do tych myśli… pasowało. Miała nadzieję, że po tym występie Patrick nie będzie się ją pytał, co to miało być, bo podsunęła swoje serce na dłoń aż za bardzo.
Widziała, z jaką prędkością Atreus dokończył swojego drinka. Aż uniosła jedną brew pytająco, czy wszystko w porządku, ale mężczyzna nawet się nie zachwiał. Tylko… buchnął ogniem z ust – i wtedy i druga brew dołączyła do pierwszej, uniesiona.
– No no, gorący z ciebie chłopak – rzuciła z przekąsem, bo była jedną z tych osób, które kompletnie nic nie robiły sobie z ognia. Nieważne czy był zimny, jak ten, którym zionął Atreus, czy był turbo ultra gorącym smoczym ogniem – kochała ogień w każdej postaci. Dlatego zupełnie niezrażona tym nagłym dziwacznym pokazem, pociągnęła go na parkiet, dopowiadając sobie sze do jego „zaw”. Zastanawiała się tylko, czy to kolejny dziwaczny efekt drinka, czy to przez to, że niebieskooki wypił resztę trunku właściwie na hejnał i wywołało to taką reakcję. Czuła jego chłodny dotyk na swojej skórze, nie przeszkadzało jej to ani trochę, sama przecież była zimna jak lód i miłą odmianą było trzymać kogoś, komu na pewno nie będzie to przeszkadzało. Przecież to nie było przyjemne, nawet jeśli byli ludzie, którzy się do tego przyzwyczaili. A i jej drink nadal działał; to, jak ją złapał w pasie i za dłoń – czuła to po stokroć i jawiło się to dziwnym dreszczem na ciele. Nie było to nieprzyjemne, a wręcz przeciwnie.
– Byłam – dała się zgrabnie okręcić i jej ciemne, prawie czarne włosy zawirowały. Lestrange uśmiechnęła się krótko. Nie było co robić z tego tajemnicy, wiedziała, że to i tak prędzej czy później się rozejdzie, tym bardziej, że po pojedynku Louvaina z tym nadętym Nottem zaczęto coś gadać, że z Laurentem wyglądali jak zakochana para. Byli blisko, ale w zupełnie inny sposób. – Tak jak decyzją rodziców było, byśmy się zaręczyli, tak ich decyzją było, by to zakończyć – to była prawda tylko częściowa… To prawda, że to ich rodzice zakończyli ten układ, ale było to po tym, jak Sauriel wymógł to na swoim ojcu. Po tym, jak próbował zakończyć swój żywot. Victoria nie miała zielonego pojęcia, co też Czarny Kot nagadał Erykowi, ale efekt, jaki był, każdy widział – pierścionka faktycznie nie nosiła. I może Sauriel był dupkiem… nawet miała tego świadomość, ale jej lojalność nie pozwalała tego o nim powiedzieć, nie w tym kontekście na pewno. – Spójrzmy prawdzie w oczy. Gdyby nie ja, to żaden z was nie ukisiłby nawet jednego ogóreczka – parsknęła z rozbawieniem, czego dowodem było to, że znowu uniosły się kąciki jej ust. A jednak była zdolna do uśmiechów! Tak naprawdę nie była to żadna tajemnica, tylko bardzo mylne wrażenie. – A ty? Słyszałam, że w maju też zakończyłeś znajomość z panną Delacour – nie mogła pozostać mu dłużna.
Kiedy Patrick spojrzał na nici Morpheusa, dostrzegł niemal eksplozję powiązań. Niekoniecznie ze wszystkimi, ale bardzo intensywne w kilku przypadkach. Przede wszystkim bardzo silna miłość łączyła Morpheusa ze wszystkimi członkami jego rodziny, zażyłość, o którą czasami bardzo ciężko pośród krewniaków. Tutaj jednak istniała mocno, wyraźnie. Brenna, Erik, Dora (w rzeczywistości oczywiście nie krewniaczka, ale po tylu latach wieszcz o tym już nie pamiętał), były też dwie z zupełnie innym rodzajem miłości, jedna łącząca go z Neilem, o silnej barwie i natężeniu fizycznej namiętności oraz ta łącząca go z Septimą, dużo bardziej skomplikowana, tworząca warkocz nie do końca zrozumiałych, częściowo zdecydowanie nieświadomych zależności. Silna, ale zawierająca więcej niż jeden odcień nacechowań emocjonalnych. Przy Samuelu Niedźwiedziu również istniał zalążek znajomości, podszytej poczuciem winy, coś w rodzaju rodzicielskiej troski do Victorii, zapewne jeszcze z czasów, gdy ganiała z Brenną po Kniei, był też Perseus, bardzo formalna nić, Patrick na pewno musiał wiedzieć, że Niewymowny korzysta z usług Lecznicy Dusz, z jakimiś iskierkami, które już właściwie nie istniały. Nuty wesołej znajomości z Effimery, bardzo powierzchownej relacji i ogólne znanie, troska. Obraz, jaki pojawił się Patrickowi to obraz kogoś, kto bardzo mocno kocha, nawet jeśli z wierzchu Morpheus przypominał każdego innego arystokratę.
— Bar, w którym pracował Neil, stał się celem Śmierciożerców i razem broniliśmy mugoli, chociaż mam wrażenie, że bardziej próbowaliśmy po prostu to przeżyć — odpowiedział Morpheus, zgodnie z prawdą. Zauważył wtedy też Sama, który samotnie stał przy barze, zmierzył go wzrokiem i zmarszczył brwi, widząc go po raz pierwszy tego wieczoru w ludzkiej formie. — Septimo, to Książę Kniei, a właściwie leśniczy i osoba do zadań specjalnych, jeśli potrzebujesz jakiegoś szczególnego drzewa z tego regionu, oto twój człowiek. Sam, to Septima Ollivander, różdżkarka, moja przyjaciółka.
Morpheus miał wrażenie, że nic nie robi tego wieczoru, tylko przedstawia sobie ludzi. Nie przeszkadzało mu to jednak. Sięgnął w końcu po kieliszek i wypił drinka, który sprawił, że poczuł się... inaczej. Oczywiście, nie było to takie samo inaczej, jak dwa tygodnie wcześniej, gdzie przez zaczarowane wino on i towarzysząca mu czarodziejka zmienili się ciałami. To było zdecydowanie bardziej subtelne uczucie na końcach palców, pozwalające mu się bardziej wyprostować.
— Jak się bawisz... I czy to moja koszula? — zapytał, po czym sięgnął bezceremonialnie za połę z jendej strony marynarki i pokiwał głową. — Moja. Ale dobrze ci leży, zatrzymaj ją.
I on zauważył zmianę muzyki po chwili, więc wyciągnął kurtuazyjnie rękę w stronę swojej towarzyszki.
— Czy uczynisz mi ten zaszczyt i ze mną zatańczysz? — Uśmiech tego wieczoru nie schodził mu z twarzy i teraz tak też było, śmiały się również jego oczy. Mimo że wypił tylko jednego drinka oraz kilka łyków wina, rezonował dobrymi humorami wszystkich dookoła i przekazywał je dalej. — Wy też nie stójcie jak kołki! — rzucił jeszcze do Neila i Sama, porywając od nich różdżkarkę, niczym zefir rozwiewający pierwsze kwiaty jabłoni na parkiet.
Tu będzie link do wątku z tańcem.
I'm gonna take you down.
Taniec szedł im nie najgorzej. Bardzo swobodnie sunęli po parkiecie. Samuel chyba uwierzył w to, że umie tańczyć. Może to wszystko dzięki Uli, która okazała się być naprawdę wspaniałą towarzyszką? Kto to wie.
Jego pewność siebie jednak bardzo szybko odeszła w zapomnienie. Ula się zachwiała, uderzyła w parę tańczącą obok. Spowodowało to spore zamieszanie, a najgorsze, że działo się bardzo szybko. Carrow próbował jeszcze jakoś osłonić nieznajomych, no, ale nie zdążył. Wjechali w nich niczym dzik w maliny. Co za wstyd. To na pewno jego wina, bo źle prowadził w tańcu.
Musiał jednak działać dalej, bo Ula rozpoczęła swój lot, w kierunku podłogi. Złapał ją za rękę, mocno, bo nie chciał, żeby straciła zęby na parkiecie. Znaczy złapał ją zgrabnie w locie. Tyle, że pojawił się aspekt, którego się nie spodziewał. Dziewczyna miała w sobie bardzo dużo siły, tego się nie spodziewał. Miotnęła nim, jak kukłą, kiedy ją złapał, przez co on również spektakularnie rąbnął o ziemię. Robił wszystko, żeby nie polecieć na nią, bo mógłby ją zgnieść.
Skończyło się więc na tym, że leżał słodziutko na plecach oglądając sufit i miał obolałą dupę, na szczęście nie był jedynym, bo Ula leżała gdzieś obok niego. - Piękne to było. - Rzucił do niej rozbawiony. Nie był to przecież koniec świata.
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości