Lorraine, Ambrosia i Jagoda z daleka widziały, że się zbliża; nosił uderzająco jasny, beżowy garnitur, który kuzynka z pewnością rozpoznała, bo pojawiał się w nim na każdym ślubie w ostatnich latach. Jedną dłonią gładził nerwowo miękką wełną rozpiętej marynarki, w drugiej trzymał nienaruszone martini. Nawet mimo świeżych, cytrusowych perfum, czuć było od niego ciężki zapach rumu. Po rumieńcach na jego kamiennej twarzy dało się poznać, że musiał już wlać w siebie naprawdę niebagatelną ilość alkoholu. Poruszał się jednak całkiem zgrabnie, zupełnie jakby zdążył przyzwyczaić się do funkcjonowania w stanie upojenia.
Był taki zmęczony, ale nie potrafił nawet pomyśleć o tym, żeby posłuchać uporczywych sugestii swojego ciała i wrócić do domu przed czasem. Nie potrafił myśleć w ten sposób. Musiał się tu pojawić, musiał tu być, musiał wypełnić swoje obowiązki. Musiał uczestniczyć w ceremonii zawarcia małżeństwa, musiał złożyć życzenia parze młodej, musiał wręczyć im prezent, musiał zjeść wraz z bliższą i dalszą rodziną, musiał dopełnić formalności przeprowadzenia wszelkiej schematycznej rozmowy. Zdążył już zobaczyć błysk rozczarowania w oczach Ojca, ale na szczęście zaczął pić jeszcze parę godzin przed otwarciem ewentu i w tymże odrętwiałym stanie zwyczajnie nie mógł w pełni odczuć stresu, który powinien go teraz trawić.
Stanąwszy blisko Lorraine, z serdecznym uśmiechem powiódł pustym wzrokiem po trzech młodych kobietach, starając się ignorować natrętną, buczącą i skrzypiącą muzykę płynącą ze sceny.
- Witam - rzekł sucho, wbijając niepokojąco intensywne spojrzenie w oczy odzianej w czerń Jagody, której zapach przywiódł mu na myśl Mayę Chang. Jaśmin? Nie, coś bardzo podobnego. Cień jaśminu. Świeży i leśny. - Nie rozpoznaję Pani a to raczej nieczęste. Z kim mam przyjemność.
Rozczarowało go, że musi rozmawiać z kimś, kogo nie zna. Miał nadzieję, że będzie w stanie odprężyć się w towarzystwie kuzynki, najlepiej wyłącznie kuzynki. Bezwiednie upił z kieliszka, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
!weselnedrinki