- Lisa to moja psaciółka, ale czasem to wredna małpa - odpowiedziała Norze i wykrzywiła usteczka w grymasie, który uplasował się gdzieś pomiędzy tym miłym, a oburzonym. Miłym, bo Nora była miła, tak jak jej przyjaciele, a oburzonym, bo jednak ta wredna małpa Lisa ją popchnęła i to dlatego dziewczynka zdecydowała się podbiec do ojca, tj. Anthony'ego, który okazał się nie jej ojcem, a prawdziwym bezróżdżkowym magikiem. - O, tam jest, przy płocie! LISA! LISA!
Pomachała do niej, jednocześnie wyrywając się Norze. Miała zadziwiająco dużo siły jak na dziecko, ale też korzystała z elementu zaskoczenia, bo kto by się spodziewał, że mała zaraz zacznie się wić jak piskorz na pomoście. Nie przeszkodził jej nawet dźwięk stukającego widelczyka o kieliszek, który słyszeli wszyscy tu.
- Naprawdę są panie aż nazbyt miłe - kobieta wydawała się wstydzić za swojego męża, chociaż słowa Pandory odrobinę ją uspokoiły. Te dwie kobiety były ważne w Dolinie Godryka, tylko skończony kretyn pozwoliłby na zbłaźnienie się przed nimi. Na przybycie Isaaca już nie zareagowała, bo starała się odciągnąć męża od fontanny, na którą ten zaczął ponownie zerkać. Doprawdy, cudowny wynalazek, chyba że stawiało się go obok kogoś, kto kochał zaglądać do kieliszka.
Kobieta-fanka zarumieniła się, gdy Philip złożył tak piękny autograf na serwetce. Lotte będzie wniebowzięta! Ona sama była! Na wszystkich bogów, rozmawiała z Philipem Nottem! Czuła, że kolana jej miękną. Było to nawet zauważalne szczególnie w chwili, gdy Nott przekazał jej serwetkę. Jedna z jej koleżanek musiała ją przytrzymać. Kolejne zaczęły wyciągać pióra i notesy, grzebać po torebkach, gdy do ich uszu, podobnie jak do uszu pozostałych przy fontannie dobiegł dźwięk stukania o kieliszek.
Delikatny odgłos widelczyka, uderzającego w szkło, został magicznie wzmocniony tak, by wszyscy obecni w sadzie mogli go usłyszeć. Podobnież jak głos Jamesa Abbotta, który odłożył szkło i poprawił różdżkę, trzymaną przy gardle. Odchrząknął, czekając aż wszystkie rozmowy ucichną, poza oczywiście krzykami dzieci. Na jego sędziwej, lecz stosunkowo żywiołowej wciąż twarzy, wymalowało się rozczulenie, gdy tylko niebieskie oczy podążyły w kierunku jabłonek, przy których bawiły się dzieci. Abbott senior miał słabość do dzieci - uważał, że są przyszłością rodu czarodziejów. Zawsze dbał o to, by w jego rodzinie dzieciakom niczego nie brakowało, chociaż nie oznaczało to, że był skłonnym do rozpuszczania latorośli ojcem czy dziadkiem. Trzymał się zasad i wymagał, by inni również się ich trzymali, lecz nierzadko przymykał oko na niefrasobliwość maluchów. Tak jak teraz.
- Młodość... - zaczął pogodnym tonem, rozglądając się po schodzących się do namiotu osobach. - Rządzi się swoimi prawami, czyż nie?
Jego wzrok szukał Penny, lecz nie jakoś przesadnie. Wiedział, że była tu obecna, sam ją witał. Wiedział, że rodzice dobrze ją wychowali więc na pewno gdzieś tu była. W zasadzie to miał krótką przemowę dla niej, ale jego żona uznała, że będzie to dla rudowłosej zbyt krępujące, więc zrezygnował. Potem jej powie, jak ją złapie.
- Jak wiecie, zebraliśmy się tutaj, by uczcić nas wszystkich. To właśnie dzięki wam, mieszkańcy Doliny i okolic, byliśmy w stanie zebrać wcześniej większość owoców z sadu. Sami zresztą widzicie, że stoły uginają się pod ich ciężarem. Mam wrażenie, że szarlotka to mi niedługo bokiem wyjdzie - przez tłum przeszedł szmer rozbawienia. To była prawda: szarlotek tu było pełno, podobnie jak innych wypieków i dań z jabłkami. Figi i inne również przyciągały wzrok, ale to jabłonie w tym roku oszalały. Abbott odchrząknął, by skupić ponownie na sobie uwagę. - Mimo nieprzyjemności, których mieliśmy nieszczęście doświadczyć wiosną, wszyscy tłumnie ruszyli na pomoc, dzięki czemu nic się nie zmarnuje. Sama Matka ma nas w opiece. Ufamy wszyscy, że tak wyjątkowe obrodzenie naszych sadów to właśnie jej błogosławieństwo. A więc... Za nas!
James Abbott uniósł kieliszek w geście toastu.
A wtedy ziemia na terenie całego sadu zadrżała.
Z początku ludzie patrzyli po sobie niepewnie - niektórzy przepijali do siebie alkohol, który podpłynął do nich na tacach przed toastem, a niektórzy z niepokojem zwracali uwagę na Jamesa, któremu drgnęła powieka. Spojrzał na żonę, dziwnie pobladłą, zaciskającą palce na swoim własnym przedramieniu.
- Kochanie? - Abbott nie zdążył zapytać o nic więcej, bo wstrząs się powtórzył. Był na tyle silny, że stoły zadrżały, a fontanna z alkoholem rozchlapała trunek na wszystkich, którzy przy niej byli i nie chcieli przejść bliżej namiotu. Kieliszki z piramidki z szampanem zadźwięczały, lecz utrzymywane magią - utrzymały się w poprzedniej formacji. - Spokojnie, to tylko... normalne wstrząsy! Prosimy jednak o ustawienie się...
Nie zdążył. Ziemia zadrżała po raz trzeci i zaczęła pękać w okolicy fontanny. Najpierw się wybrzuszyła tak mocno, jakby zaraz miała wybuchnąć, a potem po prostu pękła z głuchym trzaskiem, tworząc sporych rozmiarów szczelinę. Ta pędziła w stronę ogrodzenia, trzeszcząc głośno i nieprzyjemnie, a z jednego miejsca wystrzeliła roślinna macka. Uderzyła w piramidę z kieliszków i roztrzaskała ją w drobny mak. Szkło zmieszane z szampanem rozprysło się na boki, a huk sprawił, że w namiocie wybuchła prawdziwa panika. Ludzie krzyczeli, tłoczyli się i wpadali na siebie, upuszczając wszystko, co do tej pory trzymali w rękach. Przepychali się, nie zważając już na to kto kim jest i kto kogo lubił oraz nie - chcieli jak najszybciej wydostać się z sadu.
Tymczasem ze szczeliny wystrzeliły kolejne macki. Były grube i zielono-brązowe. Przypominały trochę egzotyczne liany, lecz w przeciwieństwie do nich posiadały kwiaty. Jedne żółte, zwinięte w pąki, drugie zaś pomarańczowe, jaskrawe. W mniej niż sekundę dwa z pomarańczowych pąków rozwinęły się i chmurę gęstego, żółtego dymu. Wyrastały z ziemi niczym wściekłe macki krakena - majtały się na prawo i lewo bez ładu oraz składu. Kolejne pomarańczowe pąki zaczynały puchnąć, zwiastując kolejne wypuszczenie chmury.
![[Obrazek: 3a7accab00af17e9beb5b5d1b2b7312d.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/3a/7a/cc/3a7accab00af17e9beb5b5d1b2b7312d.jpg)