Cynthia odbierana była przez społeczeństwo w sposób, w jaki odbierany być chciała. Doskonale umiała wpasować w potrzebny aktualnie schemat, wydobyć z siebie piękny uśmiech czy udać idiotkę dla większej korzyści. Gdy przychodził jednak moment, że pojawiło się coś, co w autentyczny sposób jej dotykało emocjonalnie, a umówmy się — nie było takich rzeczy dużo, bo w pewnym sensie była kaleką w tej kwestii — irytacja malowała się w jej chłodnych, błękitnych oczach dość wyraźnie. Przejawiała się w gestach, nawet kosmyki włosów zdawały się uciekać z jej luźno zaplątanego warkocza znacznie szybciej, niż zwykle, co znaczyło, że wykonany został niedbale. A Flintówna wszystko zawsze dopinała na ostatni guzik, zawsze reprezentowała się nienagannie i już nawet z czasów dzierżenia odznaki prefekta, przejawiała skrajny pedantyzm. Oczywiście zauważyć to mogło oko tego, kto kobietę znał trochę lepiej, niż powierzchownie, a takich jednostek dużo nie było. I właśnie teraz, gdy tyle trupów zalegało w kostnicy, gdy miała ręce zanurzone w jelitach, warzyła serca i wątroby, on, jej najlepszy przyjaciel i on, jej głupi brat bliźniak zdecydowali się dać upust swojej głupocie. Zdawała sobie sprawę, że nadejdzie dzień, w którym to ich zwłoki dowiozą do ich kostnicy, ale na Merlina, miało minąć jeszcze kilkanaście lat! Miała być świadkiem na ślubie Fergusa, miała znaleźć bratu żonę i nauczyć bratanką lub bratanicę podstaw eliksirów, sztuki uzdrawiania. To nie, ta dwójka idiotów bez jednej klepki, która nagle znalazła wspólny język, musiała zacząć bawić się czarną magią, artefaktami czy troll wiedział, jakim ustrojstwem. I doskonale wiedziała, że Ci huncwoci nie powiedzą jej wszystkiego. Pozostało więc skorzystać ze starej znajomości, którą trzymała bardziej z rozsądku. Nieprawdopodobne, jak wiele mogła zdziałać jedna osoba, która łączyła wielu ludzi.
Był wieczór, gdy weszła do jednego z Londyńskich barów. Przeciętnego, utrzymanego w drewnie i odcieniach cienkiego beżu. Rozpięła czarny płaszcz, idąc w stronę stolika, gdzie byli umówieni. Zawsze była punktualna, do dziewiątej wciąż było kilka minut. Odwiesiła odzienie wierzchnie, a następnie poprawiła koszulę o perłowych guzikach i poszerzanych, przeźroczystych rękawach. Zajęła miejsce z mieszanymi uczuciami, bo nie była pewna, czy jegomość, z którym się umówiła — nie doleje, tylko oliwy do ognia jej irytacji. Nie widzieli się kilka lat, ale jasnowłosa nie wierzyła, że Sauriel zmądrzał.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)