Mabon, Rezydencja Lestrange
rośniemy w różnych kierunkach,
ale nasze korzenie pozostają jednością.
Tego dnia słońce wychynęło zza gęstych chmur, a pył w końcu opadł i londyńczycy mogli chyba po raz pierwszy od czasu Spalonej Nocy cieszyć się jaśniejszym dniem. Porywisty wiatr hulał jednak między ulicami, zmuszając przechodniów do opatulenia się szczelniej grubszymi płaszczami, bo choć było słonecznie – to jednak zimno. A wiatr w końcu przygonił szare chmury, które teraz nie były widoczne. Zapadł bowiem zmrok. Latarenki w ogrodzie Maida Vale próbowały go rozświetlić, ale nadaremnie. Jakiś mrok, tajemnica nadal wyczuwalne były, gdy przechadzało się jego drużkami, by dotrzeć do drzwi posiadłości. Nie było słychać zwyczajowego brzęczenia elfów, te pewnie poszły już spać, a wiele kwiatów, które układały się już do jesiennego snu, przyćmione były pięknem i grozą czarnych róż, nadal obecnych w ogrodzie.
Z okazji dzisiejszego święta, rodzina zebrała się w przestronnej jadalni na parterze wielkiej, starej rezydencji* zbudowanej w stylu gotyckim. Pomieszczenie było duże, z wysokim sklepieniem wspartym na rzeźbionych filarach. Ciężkie, burgundowe kotary przysłaniały wysokie, ostrołukowe okna, pozwalając jedynie blaskowi kominka i licznych świec unoszących się przy suficie i ustawionych na stole zapanować nad oświetleniem sali. Cienie tańczyły po wyłożonych drewnem ścianach udekorowanych licznymi obrazami i dwojgiem luster – wszystko w misternie rzeźbionych, pozłacanych ramach. W centrum komnaty, na grubym dywanie, stał imponujących rozmiarów stół z ciemnego drewna, zdolny pomieścić wszystkich członków rodziny, nakryty obrusami w odcieniach głębokiej zieleni, zdobionymi haftem we wzory celtyckich węzłów. Pośrodku stołu ustawiono dekoracje z suszonych ziół, gałązek jarzębiny, małych dyni, liści klonu i dębu, a wszystko to przeplatane połyskliwie czarnymi świecznikami, na które zatknięto czerwone świece.
Zastawa była misternie wykonana z czarnej porcelany z delikatnymi, srebrnymi zdobieniami, a kielichy – ze szkła kryształowego ręcznie malowanego na czarno. W powietrzu unosił się zapach korzennych przypraw, pieczonych jabłek i miodu pitnego, mieszając się z subtelną wonią starego drewna i świec, a w tle słychać było cichą, nienachalną melodię.
Stół uginał się od przeróżnych tradycyjnych potraw. Na zdobionych i zdecydowanie drogich półmiskach spoczywały pieczone przepiórki nadziewane kasztanami i żurawiną, zapiekane pierożki podawane z gęstym, szałwiowym masłem o orzechowym aromacie do wyboru z dynią, mięsem z kaczki lub jelenia, placki dyniowe o delikatnym, korzennym aromacie, chrupiące paszteciki z dziczyzną oraz leśnymi grzybami i polędwica z jelenia w malinowym sosie z dodatkiem jałowca i jadalnego złota. Na później czekały pieczone jabłka z kremowym sosem waniliowym, ciasto dyniowe, kandyzowane orzechy, mus z karmelizowanej gruszki z dodatkiem rozkruszonego piernika dekorowany czekoladą czy czekoladowy fondant z dyniowo-korzennym nadzieniem. Do picia serwowano dzisiaj dojrzewające wino, wzmacniane nalewki, gęsty miód pitny, ale również sok dyniowy.
Wokół stołu stały masywne, zdobione krzesła wyściełane miękkim burgundowym obiciem. Każdy z rodziny mógł zająć dowolne miejsce, nie były w żaden sposób podpisane. Przy stole siedziała już Dorinda Lestrange, ze swoim zwyczajowym, zagadkowym uśmiechem, Lorelei wraz z młodymi synami, wasi rodzice i inne ciotki, wujkowie czy kuzynostwo, którzy zechcieli pojawić się na rodzinnej i jakże wyczekanej kolacji, która w obliczu tragedii, jaka dotknęła Anglię kilka tygodni temu, miała bardzo symboliczne znaczenie. Tym bardziej, że i Lestrange się od niej nie uchronili, o czym zapewne większość z was już dobrze wiedziała.
Victoria tego dnia była załatwić kilka rzeczy, a jedną z nich było wybranie się na ruiny ich domu rodzinnego w Dolinie Godryka. To, co tam zastała, było… Osobliwe i mocno alarmujące, ale nie zamierzała od tego rozpocząć rodzinnej kolacji, potencjalnie psując ten rodzinny nastrój, uzbroiła się więc w cierpliwość. Ubrana była w czarną sukienkę z długimi, rozszerzającymi się rękawami, w kwieciste wzory obszywające złotą nicią szeroki trójkątny dekolt schodząc do pasa i obejmujące talię. Na jej dłoniach próżno było szukać pierścionków, miała za to naszyjnik w kształcie sierpa księżyca na długim, złotym łańcuszku na szyi. Długie, niemal czarne włosy, zebrane były z boku spinką.
Wybrała miejsce przy stole tak, by nie siedzieć obok Isabelli Lestrange, która zasiadła obok swojego męża Alexandra, ale po drugiej stronie stołu, na ukos od matki, z którą relację zawsze miała… trudną. Napiętą. A to lato tego nie poprawiło. Najpewniej wpływał na to fakt, że obie, matka i córka, miały charakter mocny i trudny, nie chcąc przyznać, jak bardzo są do siebie podobne – tak pod jego względem, jak i z wyglądu, bo Victoria była skórą zdjętą z matki. I teraz, gdy nałożyła sobie na talerz przepiórkę, a jeden ze skrzatów kręcący się w pobliżu nalał jej do pucharu wina, bardzo nienachalnie rozejrzała się po reszcie stołu, leciutko uśmiechając się do tych, którzy akurat na nią spojrzeli.
// Nie wiem kto dokładnie się pojawi (jak ktoś nie ma ochoty, to nie ma żadnego przymusu) i w której kolejce (dając możliwość ewentualnego poślizgu i wbicia w kolejnej, bo widziałam posty w nieobecnościach), dlatego nie wymieniłam nikogo z was w poście, ani nie zagadałam do nikogo, mam nadzieję, że to nie problem.
Wstępnie ustaliliśmy, że kolejki będą trwały 5 dni, więc czas na odpis jest do 20.11 do 23:59. Jako, że jest to sesja grupowa, prośba o posty maksymalnie do długości 500-600 słów, żeby sprawniej nam się pisało, oczywiście jak ktoś chce krótsze, to się nie krępujcie (mój jest trochę dłuższy, ale potrzebowałam tutaj zawrzeć wszystkie opisy, więc mam nadzieję, że mi wybaczycie).
* – tutaj znajduje się ogólny opis rezydencji, pozwoliłam sobie nie kopiować tego wszystkiego do posta wprowadzającego