Pożegnała się szybko z Morpheusem, bardziej skupiona na pozbyciu się z dłoni brokatu, niż na tym co się działo na stoisku i z samym Longbottomem. Pozwolił się pookładać zaklęciami ku radości tłumu? No cóż... Z innych rozmów wyłapała, że Jonathan kupił… Jakąś książeczkę dla dzieci? A może to były inne dziecinne łamigłówki? Czyżby przegapiła poważną zmianę w jego życiu? Ciekawska, podniosła wzrok w stronę czarodzieja, o którym mówił Selwyn. Młody chłopak, wyglądał jakby był wciąż jedną nogą w szkole.
- Całe szczęście.- Westchnęła Ni to z ulgą ni to w przypływie nagłego zmęczenia. Na samą myśl o tym co działo się przy stoiskach jej rodziny, robiło jej się słabo. A przecież i tak połowy nie widziała.- Wystarczy nam bójek i pojedynków na dzisiaj.
Pozwoliła się zabrać od stoiska, rzucając jeszcze ostatnie spojrzenie na wywieszone koszulki. Naprawdę ktoś w czymś takim chodził? Czy to jakaś nowa moda, żeby wyglądać jak mugole? Jak to mawiała jej matka “ogni scarrafone è bello a mamma sua”, więc całej tej współczesnej mugolomanii po prostu nie skomentowała.
- Oszustwo?- Zniżyła głos do szeptu, wolną dłonią przysłaniając usta, aby nikt jej nie usłyszał. Historia o spisku miała większy sens niż nagłe zesłanie błogosławieństwa przez samego mitycznego Apollo. Niby starzy ludzie, a zachowywali się jak dwie konspirujące papużki nierozłączki na szkolnym korytarzu.- Antonio, wyczuwam tu mały skandal. Co powiedzą na to twoje fanki? Powinniśmy wszcząć śledztwo? - Zapytała śpiewnie, zachowując jednak pełnię powagi. Fałszowanie wyników na tak poważnym przedsięwzięciu jakim były zawody w strzelaniu z łuku na festynie dla wszystkich magicznych rodzin z dziećmi było absolutnym no no. Mogła przymknąć oko na śmierciożerców, na rozboje i morderstwa. Ale gdzieś była ta granica!
Magiczne różności były… zgodnie z nazwą po prostu magicznymi różnościami.
Od eliksirów, przez elementy gospodarstwa domowego, jakieś półki, papiernicze pierdoły, aż po… Oczy czarownicy błysnęły, gdy zobaczyła biżuterię. Może nie było to tak kunsztowne i wysublimowane, ale wrócić bez przynajmniej kilku pierścionków z sabatu to jakby w ogóle na owym sabacie nie być.
Lorien nawet na moment nie puszczając ramienia Anthony’ego może niezbyt delikatnie, pociągnęła go w stronę wystawki z błyskotkami. Jak sroka do świecidełek. Po drodze mijając rudowłosą dziewczynę. Czy miało znaczenie, że na palcach pani Mulciber była już przynajmniej dwucyfrowa liczba pierścionków, sygnetów i błyszczącej w słońcu smukłej, wyjątkowo prostej obrączki? Nie.
Jeszcze na kilka znalazłoby się miejsce.
- Pewien astrolog powiedział mi kiedyś, że powinnam nosić pierścionki ze srebra.- Pokręciła niemal rozbawiona głową.- Potem dodał, że najlepszy kamień dla osób urodzonych tego dnia i miesiąca co ja to.. agat? Wyobrażasz to sobie?
Przyglądała się asortymentowi, choć Lorien jak to Lorien. Najchętniej przymierzyłaby wszystkie i jeszcze na dodatek zmusiła Anthony’ego do przymierzenia kilku podobnych. I nie, to nie były żadne obrączki. To byłyby po prostu matching best friends rings duh.
- … pański klient przyszedł zareklamować do mojego sklepu…
Och. Gdzieś z boku dobiegł ją kobiecy głos. Nadstawiła ucha, starając się powstrzymać wścibskie zerkanie w stronę wykłócającej się o coś rudowłosej, którą wcześniej widzieli. Czyżby nieuczciwa konkurencja? A może specjalna antyreklama stoiska? Cokolwiek to było Lorien spojrzała na wyroby nieco bardziej krytycznie.