I wy tak żyjecie?
Cały czas w głowie Maeve dudniło to pytanie, aż dziwne, że jej się jeszcze przypadkowo nie wymsknęło na głos. Włóczyła się pomiędzy stołami i gośćmi, dziwiąc się, że czystokrwiści silili się na taki przepych. Nie rozumiała, po co ładować w to wszystko tyle pieniędzy; nawet jeśli osobiście przyłożyła się do zniknięcia połowy tych śmiesznych mini kanapeczek, które tu serwowano, nadal nie mogła się zgodzić, że były jakoś szczególnie wybitne. Prawdę mówiąc, lepszą kanapkę zjadła dziś rano na Nokturnie, przy czym warto wspomnieć, że miała posmak pieprzu torfowego, bo podniosła ją z ziemi.
Mimo niezrozumienia praktyk osób z tak zwanych wyższych sfer, bawiła się przednio. Trochę czuć było od Mewy energię dziecka, które po raz pierwszy weszło do tego ogromnego sklepu ze słodyczami na Pokątnej i, niczym we śnie, mogło bez ogródek wszystkiego próbować. Miała co prawda w sobie trochę więcej gracji niż umorusany czekoladą pięciolatek, ale euforia była porównywalna. Najszczęśliwsza była wtedy, kiedy wpychała w siebie zostawiony przez kogoś, nieruszony praktycznie kawałek ciasta weselnego i wtem gdzieś przed oczami mignął jej Crow odstawiony w garniturek na picuś glancuś. Musiała przetrzeć oczy, bo nie sposób było im wierzyć, ale kiedy się już upewniła, kawałek tortu stanął jej w gardle i prawie się zachłysnęła.
Na szczęście uratował ją jakiś starszy pan, całkiem sympatyczny człowiek, przedstawił się jako ojciec Perseusa. Maeve może wychowała się w chlewie, ale świnią nie była, więc z grzeczności udała, że wie o kogo chodzi i sama przedstawiła się jako kuzynka Atreusa, tak jak z Bulstrode wcześniej pokrótce uzgodnili. Wybrała jakieś losowe imię, bodajże Amelia, głównie dlatego, że brzmiało bogato. Po chwili ten przemiły człowiek przedstawił swoją żonę, więc Mewa Amelka, chcąc ciągnąć sympatyczną pogawędkę, zapytała, skąd znają pana młodego.
Popatrzyli na nią, jakby była nawiedzona, po czym zaśmiali się serdecznie. Ani Amelia, ani Maeve nie miały pojęcia, z czego się śmieją, ale pośmiała się z nimi.
Na szczęście zaczepił ich jakichś blond koleś; poważny i wysoki, ale źle mu z oczu patrzyło, więc Changówna nie chciała dalej tej szopki ciągnąć. Oddaliła się bez pożegnania w trybie raczej pośpiesznym, licząc, że jeszcze może gdzieś złapie Crowa, co by się mu zaśmiać w twarz i zapytać z kim przegrał zakład, że się tak odstawił jak szczur na otwarcie kanału, ale nie mogła go już znaleźć wzrokiem. Stała tak na środku sali, unosząc się raz po raz na palcach stóp; ktoś pomylił ją z kelnerem, bo miała na sobie czarny, kradziony garnitur (tak w razie czego, żeby nie musiała się przebierać z kiecki, gdyby jednak w połowie imprezy zechciała zostać mężczyzną), ale kazała tej osobie spierdalać. Na chwałę Merlina usłuchał jej pobożnego życzenia.
Nie znalazła Bella, ale za to spostrzegła Bulstrode'a, swojego byłego-niedoszłego, który zaprosił ją na tą balangę, a teraz okładał jakiegoś typa po łbie. Uniosła brwi, nie ukrywając faktu bycia pod wrażeniem. Złapała za dwa drinki, najpierw dla siebie, żeby jej starczyło na obejrzenie całego zajścia, ale kiedy uznała, że przepychankę wygra Atreus, stwierdziła, że ten drugi będzie dla niego. Maeve przecież i tak nie była w stanie się upić, więc ilość, którą pochłonie, nie miała znaczenia.
Walka jednak nie zakończyła się krwawo, a szkoda; chłopaki zdawali się dochodzić do wspólnego konsensusu w ogrodzie, więc Chang oparła się o framugę drzwi ramieniem, grzecznie czekając, aż skończą rozmowę. Pomachała z tej bezpiecznej odległości Atreusowi drinkiem, dając mu znać, że ma dla niego nagrodę i czeka na relację.
W międzyczasie jednak raz po raz zerkała przez ramię na Lorraine stojącą w oddali, która ewidentnie próbowała udawać, że nie patrzy na potyczkę. Maeve uśmiechnęła rozbawiona pod nosem. Nie wiedziała, co było śmieszniejsze - przyczajone podglądanie, obecność samej siebie na tym weselu, czy fakt, że Malfoy do tej pory Changówny nie zauważyła.
I wanna wear your flesh
— like a costume —
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)