- Auroreeem...? - zgadywałem totalnie, ale byłem przy tym niepewny, bo jednak bardziej pasował mi do niego BUM, aaaleee... aurorzy byli szczebel wyżej, to w sumie lepiej było mierzyć wyżej niż degradować? To się nazywało polityczną zgadywanką? Cóż, niezależnie od tego, jakie stanowisko zajmował, ostatecznie zajmował się łapaniem takich jak ja, więc miałem przeogromną nadzieję, że nie trafi mi spod rąk Bren czy Alastora wyciągać z opresji siebie albo któreś z mojej trzódki. Niech nas Matka ma swojej opiece, bo byłoby głupio, niezręcznie i niefajnie, gdyby obok naszej sławy pojawiła się również nasza niesława.
I właśnie do tego zmierzałem! Zastanawiałem się właśnie, czy to stwierdzenie o słyszeniu o nas coraz więcej... nie było ostrzeżeniem, że ma na nas może oko...? Możliwe. Ciekaw byłem, które mogło być takie głośne, że zwracało na siebie uwagę władzy, ale... ostatecznie plus był taki, że Alastor potrafił być również kochający, bo nie dało się nie zauważyć jego zażyłości z siostrą. Troszczył się o nią pewnie równie mocno, co ja o swoją trupę. W tym Flynna. Nawet teraz zastanawiałem się, co oni tam porabiają, czy cyrk może nie płonie...? Albo nie uciekły nam słonie? W której dziurze zaszył się ten mały szczur?
- Miło mi poznać - odparłem do siostry Alastora oraz jej koleżanki. - Znam się z Breną z cyrku... I w sumie też byłem na Lammas - odpowiedziałem na jej rozpędzone głośno myśli. Nie wspominałem nic o tym, że wróżyłem ludziom z kart. Jakoś nie przypadło mi to do gustu. Stwierdzałem, że w cyrku powinienem ograniczyć się do bycia zarządcą, nic poza tym. To i tak kosztowało mnie wiele zdrowia, a wróżenie okazywało się być dla mnie czymś prywatnym, tylko dla moich oczu. Może wina leżała również po nietypowym interesancie na Lammas w osobie Laurenta Prewetta... Cóż, wiedziałem to na pewno, że nie chciałem nigdy więcej wróżyć osobom jego pokroju.
- Chorobowe...? Nic poważnego, mam nadzieję? - zainteresowałem się stanem Millie bardziej z troski niż ciekawości. Wścibski nie byłem, ale gotów byłem życzyć jej dużo zdrowia, skoro była przyjaciółką Bren. Bren zdawała się mieć naprawdę dużo przyjaciół i wszyscy wydawali się być miłymi, raczej niegroźnymi (ale zmierzyłem zaciekawionym wzrokiem Alastora) ludźmi. Nawet Bertie wydawał się być normalny, pomimo fasolkowej sławy.
- Cieszę się, że się spodobało. Zapraszamy częściej... Mamy przedstawienia w każdy weekend. Aktualnie jesteśmy w Londynie - zareklamowałem rozpogodzony. Najwyraźniej te wszystkie nasze starania przynosiły efekty, bo wielu ludzi nas rozpoznawało.
Ale nie na długo stałem taki dumny, bo przypomniałem sobie o swoim jedzeniu, które wisiało sobie nad ogniskiem. Czym prędzej sięgnąłem po weryfikację kiełbasy. Cóż, co prawda Alastor odłożył swoje żarcie, ale niezależnie czy z towarzystwem, czy też nie... Jedzeniu nigdy nie zamierzałem odmawiać. Sięgnąłem po przygotowany talerzyk, ale nic ze wszystkim się ogarnąłem, sięgnąłem z ciekawością po drinka, który wietrzał już sobie od paru dobrych minut.
!drinkzniespodzianką