• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
1 2 3 Dalej »
[26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy

[26 sierpnia 1972] Jeden wieczór pod Londynem - wątek zbiorowy
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#131
03.08.2024, 02:32  ✶  

Skinął głową wszystkim osobom, jakie przebywały w tym momencie na balkonie. Starał się wybrać miejsce jak najbardziej oddalone od tych wszystkich osób i jednocześnie starając się mieć dobry widok na niektóre z nich. Na tym balkonie było trudno o zachowanie względnej prywatności. Istniała jednak szansa, że uda mu się w porę dostrzec kogoś zmierzającego w ich stronę. Tego przecież nie mógł w żaden sposób wykluczyć. Sam oparł się plecami o barierkę, sięgając w tym momencie po swoją papierośnicę i zaczarowaną zapalniczkę. Nie poczęstował Sophie, która już wcześniej zadeklarowała siebie jako niepalącą. Włożywszy papierosa pomiędzy wargi niezwłocznie go zapalił i z kolejnym oddechem pozwolił aby dym tytoniowy wypełnił jego płuca.

— To chcesz wiedzieć, czy nie? Pytanie wcale nie jest głupie. — Postanowił pozostawić dziewczynie wybór co do tego, czy chce otrzymać bardziej wyczerpującą odpowiedź na swoje pytanie, czy wręcz przeciwnie. Jako kobieta powinna wiedzieć, czego chce. On dobrze wiedział, czego chciał od kobiet, jeśli jakaś miała pojawić się w jego życiu. Ta dziewczyna robiła się czerwona od samego pytania o tego typu kwestie, kiedy tak naprawdę są do tego znacznie lepsze powody. Denerwowała się też niepotrzebnie.

— W najbliższym czasie nie mam tego w planach. Marzy ci się wycieczka do Francji? Moja książka... to historia miłości czystokrwistej czarownicy do czarodzieja półkrwi, ukazująca oblicze czasów, w których żyjemy i opowiadająca o trudnościach pary bohaterów, jakie spotkają na swojej drodze... rodzina czarownicy należy do tych konserwatywnych - na jej czele stoi jej ojciec będący zagorzałym magirasistą. To nie będzie romans, tylko opis świata podzielonego przez magirasizm. Całość nie będzie mieć szczęśliwego zakończenia. Umowa z wydawcami zobowiązuje mnie do tego, że nie mogę nikomu pokazać konceptu. — Istniało niemało powodów, dla których w najbliższym czasie nie planował opuszczać granic Wielkiej Brytanii. Nie tak dawno dopiero co tutaj przybył w poszukiwaniu weny do stworzenia powieści. Pozostałe z nich wolał zachować dla siebie. Niewykluczone, że młoda Mulciberówna zapragnęła tego rodzaju wycieczki.

W tak doskonałym kłamstwie, jakim teraz ją uraczył tkwiła odrobina prawdy - niewątpliwie bohaterowie byli wzorowani na prawdziwych postaciach. Doskonale wiedział, że romanse cechują się z reguły szczęśliwym zakończeniem, w przeciwieństwie do dramatów i prawdziwego życia. Możliwe, że tego rodzaju powieść okazałaby się prawdziwym bestsellerem, gdyby naprawdę potrafił ją napisać. Dlatego wszelkie wymówki w postaci umów z wydawcami były dla niego bardzo dogodne.

— Hm... twoja mama wydaje się być blisko z tym mężczyzną. — Zauważył szeptem, machnąwszy w ich kierunku dłonią z palonym papierosem, którego po chwili znów ułożył pomiędzy swoimi wargami. Rzucało się w oczy to, że kobieta przyszła tutaj z mężem, który teraz pozostał w wewnątrz budynku przy jednym ze stolików. Z daleka wyglądało to na stosunkowo bliską zażyłość, którą można było nawet rozpatrywać w kategoriach niewinnego flirtu, jak i zdrady małżeńskiej.

— Ça va. — Zwrócił się machinalnie po francusku do tego mężczyzny, który postanowił im przeszkodzić w prowadzeniu rozmowy na świeżym powietrzu. — Nie w naszej intencji jest zakłócanie spokoju pani Lestrange, jednakże moja towarzyszka zapragnęła udać się na balkon i nie zamierzam odbierać jej takiej możliwości. — Odpowiedział nad wyraz uprzejmie, tym razem już po angielsku. Nie zauważył aby ten czarodziej kogokolwiek innego usiłował wyprosić poza nimi, co teoretycznie powinno mieć miejsce podczas poważnej interwencji medycznej. Nie po to zdecydowali się udać na ten balkon, aby zaraz wracać do środka. W posiadłości Agnès czuł się nad wyraz swobodnie.

Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#132
03.08.2024, 10:49  ✶  
Odchodzę od stolika z alkoholem. Udaję się na balkon.
Zauważając razem Anthony’ego i Lorien, podchodzę do nich
.

Atreus i Matthias potwierdzili chęć wsparcia inicjatywy Fundacji Alexandra. Nie wiadomo tylko, czy Camille również podejmie taką decyzję. Jej reakcja wyglądała na niepewną do końca, czy tego chce, dziękując za wyróżnienie. Nie wnikał. Nie wnikał także w to, jak będzie to wyglądało wewnątrz, w takim męskim trójkącie. Czas pokaże.

Większość osób, pomijając tych, co wyprowadzili walczącą o życie i powietrze czarownicę Lestrange, zdecydowała się również zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie tylko Sophie ze swoim Matthiasem, ale i Lorien.

Będąc skupionym na przemowie Alexandra, nie zwrócił uwagi na relację między Anthonym a Lorien. To jak blisko siebie stali.

Odebrawszy szklankę z nalanym whisky, rozejrzał się raz jeszcze po sali głównej, po czym skierował swoje kroki na balkon. Chciał sprawdzić, upewnić się co robią Sophie i Lorien. Częściowo czuł się niczym ich ochroniarz, aby mieć pewność, że przebywają w odpowiednim towarzystwie.

Stanął w wejściu i spojrzał kolejno na stojące grupy. W prawej dłoni trzymał szklankę z trunkiem, drugą miał w kieszeni spodni. Upiwszy łyk, zlustrował każdego, wzrokiem zatrzymując się przy Anthon'ym i Lorien. Zmarszczył brwi, obserwując co mężczyzna robił. Jak blisko siebie stali. Czy on ją obdarował jakimś prezentem? Shafiq najwyraźniej nie miał oporu krycia się z tym, skoro ostatnie słowa wypowiedział, otwarcie? ”A teraz proszę się przyznać! Co jeszcze masz za uszami? Trochę nie wypada ukrywać takie skarby przed opodatkowaniem droga pani." Mulciber podszedł do nich.

- Nawet własnego męża?
Zapytał z nutą żartu, choć z powagą, Zatrzymując się  blisko Lorien. Zaznaczając swoją obecność. Przypominając, o statusie związkowym Sędziny Wizengamotu. Pomyśleć, że Shafiq, był w dodatku świadkiem na ich ślubie.
- W czymś przeszkodziłem?
Pytanie skierował do nich obojga. Spojrzeniem jasno dając do zrozumienia, że nie życzył sobie podrywania "swojej małżonki". Richard wiedział, jaka jest relacja między Anthonym i Robertem. To zdarzenie zdawało się nie poprawiać tej sytuacji. W dodatku w obecności innych osób.

Richard stanął blisko Lorien, oczekując wyjaśnień. Od jednej i drugiej strony. Spojrzał także na prezent, jaki najpewniej szwagierka otrzymała od Shafiqa. Bransoletka. Wcześniej, nie miała jej. Część tego co na sobie nosiła, oddała przecież Sophie. Richard był naprawdę spostrzegawczy. Skandalu przecież nie chcieli. Nie rzucił też pytania pokroju "Co robisz z moją żoną?".


Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#133
03.08.2024, 11:46  ✶  
Na początku reakcja na Alex'a i przemówienie Agnes. W drugiej części Balkon - głównie Anthony i Richard
Lorien nie wyglądała na przerażoną ptaszynę, choć jej dłonie drżały, stając się jedyną manifestacją mentalnej fatygi. Jej wzrok był utkwiony w pusty punkt przed sobą. Ciężko było stwierdzić czy patrzyła w stronę Alexandra, Agnes, a może po prostu totalnie odcięła się od rzeczywistości, próbując ogarnąć samą siebie zanim będzie za późno. Wystarczająco wierzyła, że w razie potrzeby Shafiq zareaguje, żeby pozwolić sobie na ignorowanie wszystkiego innego i zapanowanie nad tym co najważniejsze - klątwą.
A potem Alexander zaczął swoją pożal się Matko przemowę i serce kobiety zamarło. Opowiadanie o fundacji to jedno. Wywoływanie jej na dywanik przed magiczną socjetą było szczytem skruwysyństwa, którego nie spodziewała się nawet po Mulciberze.
Było jak wysypanie tony piachu na tlący się pożar.

Zmiana w jej postawie była subtelna; przestała znęcać się nad swoimi palcami, odetchnęła nieco głębiej, mętne spojrzenie odzyskało ostrość. Zaciśnięte usta i uniesiony podbródek. Lorien, nie, wróć. Sędzia odzyskała pełną kontrolę. Ukręciła wewnętrznej ptaszynie łeb. Nie umiał wygłaszać przemów? Mogła to zrobić za niego. Zapewnić, jak dumne jest Ministerstwo Magii z postawy młodego Mulcibera, który wbrew wszystkiemu postanowił walczyć z otaczającą ich obłudą. Obiecać, że cel jaki im przyświeca jest tak bliski sercu i jej i całego magicznego społeczeństwa. Z uśmiechem straceńca pociągnąć Alexandra na samo dno tego społecznego rynsztoka.

Gdy odezwała się Agnes, słuchała jej już uważniej. Nawet jeśli nie widziała koperty, powiodła spojrzeniem po wszystkich wymienionych osobach. Camille? Arteus? I ten dzieciak Matthias? Odpowiedni ludzie na odpowiednim miejscu. Doskonale. Kolejne osoby wciągnięte w tą magirasistowską tragikomedię.
Była zbyt zaaferowana całą sprawą, żeby klasnąć na zakończenie. Zresztą to i tak nie miało żadnego znaczenia, bo zaraz została z pomieszczenia zabrana. Nie wyrywała się, choć pragnienie złapania Mulcibera za te kłaki i pozbycie się go w łazience, zdawało się zaprzątać teraz wszystkie myśli czarownicy. Już go przechrzciła na Marną Podróbkę Jęczącej Marty i wybrała piękne kwiaty na grób.

- * -

Nawet chłodne, sierpniowe powietrze w pierwszej chwili jej nie zdołało otrzeźwić. Tkwiła w zawieszeniu jak dziecko, które po raz pierwszy zyskiwało samoświadomość, słuchając dobrze znanej fraszki i poruszając ustami w takt słów, a jednak zdawała się nie pamiętać z niej nic.
Gdzieś nieopodal ratowali panią Lestrange.
Basilius przy okazji strofował kolejne osoby, które pojawiły się na balkonie.
Kto?
Przeniosła uważne spojrzenie na dwójkę. Sophie z kawalerem. Coś mówił, coś machał. Jakiż miły chłopiec.

Z letargu wyrwał ją dopiero prezent.
Spojrzała na Anthony’ego, potem na bransoletkę, a jej oczy zaszły łzami. Agat. W dodatku w srebrze.
Coś było wyjątkowo nie tak. Lorien Mulciber nie pozwalała sobie na płacz. Nie, gdy wzrok innych był skierowany wprost na nią, gdy od zachowania spokoju zależało jej życie.
A jednak ten głupi prezent sprawił, że pierwsze łzy pociekły jej po policzkach jakby miała piętnaście lat, a ktoś skrytykował jej sukienkę na balu szkolnym. Łzy wzruszenia? Nie. W tej właśnie chwili, czarownica uświadomiła sobie, że chciała wrócić do domu. Usiąść w ciszy biblioteki w kamienicy, napić się herbaty z Robertem i zapomnieć o tej całej imprezie. Co się z nią działo? Kiedy słodkie pragnienie rozgrywania wielkich gier politycznych na podziemnej szachownicy zastąpione zostało przez tą chorą potrzebę utrzymania rutyny?

- Nawet własnego męża?
Richard.
Jeśli spodziewał się ujrzeć w oczach czarownicy jakikolwiek popłoch - niestety nie tym razem. Nie było żadnego przerażenia, nie podskoczyła jakby została przyłapana na czymś niewłaściwym. Zresztą ani jej postawa ani głos nie wskazywały na żadne podejrzane zachowanie. Z całą swoją umiejętnością kłamstwa i występowania przed nawet najmniej lubianą publiką, Lorien Mulciber potrafiła zachowywać pozory w sytuacjach kryzysowych.

Richard nie był Robertem, ale w tym momencie nawet nie zdawał sobie sprawy jak ważnym pionkiem w rozgrywce się stał. Lorien odetchnęła z ulgą, zręcznie prześlizgując się pod ramieniem Anthony’ego. Nie siliła się na otarcie łez z policzków.
Chciała się napić wina. Udusić Alexandra. Przegrać wszystkie żetony słuchając nieśmiesznych żartów krupiera. A potem wrócić do domu.
- Nie, w niczym.- Odpowiedziała szwagrowi drżącym wciąż głosem, łapiąc go pod ramię i wtulając się w nie. Nie tłumaczyła, bo nie czuła się w obowiązku do tłumaczenia się przed nikim. Mógł sobie oczekiwać wyjaśnień, ba, mógł je nawet otrzymać - ale na pewno nie tutaj, nie wśród całej zbieraniny ludzi, nagle kłębiących się na balkonie. Zresztą miała niejasne przeczucie, że to i tak nie miałoby żadnego znaczenia. Każdy kto nie rozumiał tego czego nie widać nie potrafiłby w swoim ograniczeniu zrozumieć to co widać. - Czy możemy już wracać do środka? Proszę.
Jej uścisk na ramieniu “męża” wzmocnił się, bo choć pierwsze emocje już opadły, Lorien naprawdę potrzebowała odpocząć. Choć przez chwilę, zanim zdobędzie się na założenie kolejnej maski.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#134
03.08.2024, 12:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 14:59 przez Anthony Shafiq.)  
Balkon > dosiadam się do stolika Geraldine i Erika

Och nie, nie widział tych łez, nie widział krystalizujących się diamentów w oczach poruszonej kobiety. Nie był Dolohovem, by nimi się żywić w zachłanności zupełnie innej klątwy ściągającej uwagę na lśniące drogocenne zabawki.

– Robert! Dobrze, że jesteś. Niestety, za dużo się tutaj dzieje, ale udało mi się dostrzec nadchodzący atak w porę, na szczęście mamy to za sobą. – Serdeczny uśmiech Anthony'ego nie wyrażał więcej nad koleżeńską życzliwość, dłonie uwolnione od dotyku płynnie przeszły do kieszeni spodni, gdy Lorien znalazła się znów wsparta pod ramię swojego małżonka. – Tylko nie zabieraj sroce błyskotek, lepiej nie da się jej przekupić. – dodał lekko sarkastycznie, może i w pełni wykorzystując dwuznaczność tego zdania, ale oczywiście miał na myśli przeklęte demoniczne zwierzę gnieżdżące się w drobnym ciele Wizengamotu. Jej przypadłość była powszechnie znana, a status, który mimo wszystko udało jej się osiągnąć równie powszechnie szanowany.

– Oczywiście doktorze Prewett, już opuszczamy to miejsce. Zdrowie pani Lestrange leży nam na sercu. Eden, ochłoń proszę, nie chcę Cię stracić, nawet jeśli wciąż odrzucasz moje awanse. – chodziło oczywiście o ofertę pracy. Zdążył ująć jej dłoń i ucałować na pożegnanie. Teraz gdy znów Lorrien dotrzymywała jej towarzystwa, a Birla zabawiał swoim orientalnym ekscentryzmem poczuł się zwolniony z prośby swojej białej damy, po czym opuścił mały balkon, narzekając coś pod nosem na młode pokolenie, które nie szanuje dyspozycji medyków. Balkon, który nosił stanowczo za dużo dusz, ale szczęśliwie dla wszystkich powoli się ten stan zmieniał.

Zaraz po wejściu zgarnął z tacy kieliszek wina i pogrążony w myślach pozwolił nogom wybrać drogę. Wewnętrzna, nieupilnowana grawitacja zrobiła swoje. Powoli wypuścił z siebie powietrze, gdy stanął przy jednym ze stolików. Konkretnie stanął przy tym stoliku. 
– Przepraszam, czy mogę dołączyć? – pytanie zadał Geraldine, Erikowi posyłając tylko krótkie spojrzenie, nie chcąc naruszać ich wspólnego czasu, ale gdy ta się zgodziła stanął obok. Zamiast jednak podjąć temat, upił wina, zasłaniając się kryształowym kieliszkiem.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#135
03.08.2024, 12:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.08.2024, 12:34 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Geraldine była pełna podziwu ile różnych osób znalazło się w tym miejscu. Poza tymi wiłami przecież znajdował się tu chyba zbiór wszystkich niezwykłych umiejętności. Gdyby ktoś chciał zabrać innych na wyprawę do magicznego zoo, to to byłoby właściwie miejsce.

Nie do końca rozumiała to, że na tym spotkaniu zaczęli gadać o fundacji Mulciberów, nie było to tajemnicą, że popierają oni te farmazony o czystości krwi. Czy faktycznie było to odpowiednie miejsce na taki manifest? Przy kartach. Nie wydawało jej się. Zresztą nie wszyscy tutaj obecni mieli jasno określone strony polityczne. Chyba nikt kto myślał racjonalnie nie uwierzyłby w to, że ta cała fundacja nie była przykrywką dla czegoś innego.

- O czym myślę? Wiesz, te trzy to wiły, o ta też, mogą namieszać nam w głowach. - Pokazała dyskretnie głową na Lorraine, Agnis i Camile, i jeszcze Celine. - Poza tym nie wiem jakim cudem, ale zebrało się tutaj całkiem pokaźne grono, łącznie z tobą osób, które mają pewne umiejętności, może ona postanowiła zebrać tu wybryki natury. - Powiedziała jeszcze do Erika. - Jej, przepraszam, mam nadzieję, że nie odbierzesz tego jako coś złego, wiesz że mam do ciebie sentyment i jesteś najfajniejszym wilczkiem jakiego znam. - Erik miał świadomość, jakie umiejętności posiada panna Yaxley, więc nie miała oporu, aby mu opowiadać dalej.

- Bulstrode aurowidz, ale oni wszyscy mają trzecie oko, albo prawie wszyscy. Mamy tu też melidectusa. - Wskazała głową na Lorien nim ta jeszcze wyszła na balkon. - Metamorfomaga, ciekawe, czy jest teraz sobą, czy udaje kogoś innego. - Tutaj przesunęła wzrok na Matthiasa. - Ta kobieta jest czymś, czego nie znam, ale wiem, że też jest z nią coś nie tak. Spotkałam do tej pory tylko jedną osobę, która dawała mi takie dziwne wibracje. - W tym momencie przeniosła wzrok na Urlett. - A i rzeczony Mulciber, wspaniałomyślny, który założył fundację to jasnowidz, ciekawe, czy oszukiwał w kartach. - Trochę niesprawiedliwe by to było.

Wszystkie komentarze powiedziała bardzo cicho, tylko i wyłącznie do Erika, bo ufała mu jak nikomu innemu i wiedziała, że może się tym z nim podzielić.

- Serio, chcesz im coś dorzucać, Brenna cię zamorduje, lepiej wesprzyj jej działania dobroczynne. - Zamierzała być głosem rozsądku swojego przyjaciela.

Wtedy podszedł do niej Anthony, Ger wyprostowała się odruchowo, jak zawsze, gdy podchodził do niej ktoś, kogo nie była pewna, kogo nie znała zbyt dobrze. Wtedy nieco się wycofywała. - Jak najbardziej, zapraszamy. - Dodała z uśmiechem.

Fanka kamieni szlachetnych
I'm addicted to shiny things
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze co rzuca się w oczy to burza czarnych, kręconych włosów. Okalają jasną twarz usianą licznymi piegami. Osadzone w niej szarozielone oczy często mają w sobie psotną iskrę. Viorica ma 167 centymetrów wzrostu, jest lekko tu i tam zaokrąglona, co nadaje jej pewnego uroku. Zwykle ubrana w kolorowe, wygodne ubrania. Nie boi się krótkich sukienek czy większych dekoltów, choć do pracy zawsze stara ubierać się stosownie. Zwykle ma na sobie jakiś element biżuterii. Najczęściej wykonany właśnie przez nią, czasem ukradziony lub "pożyczony". Niemal zawsze ma krótkie paznokcie, jej pace często są przybrudzone od metalu, z którym pracuje. Czasem zdarza jej się nosić specjalny monokl, który ułatwia jej pracę z drobną i wymagającą powiększenia biżuterią. Ma przyjemny, słodki głos, zwykle chodzi przez świat pewnym krokiem i z uśmiechem na ustach. Często pachnie metalem i różanymi perfumami.

Viorica Zamfir
#136
03.08.2024, 22:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.08.2024, 23:07 przez Viorica Zamfir.)  
Stoję przy barze i rozmawiam a potem idę sprawdzić co robi Marcus i zastawić u niego kolczyki

Spodziewała się jakiegoś występu cyrkowego, może dalszej części koncertu fortepianowego, jakiejś głupiej zabawy, tortu, ale na pewno nie rzucania na pośmiewisko jednego z gości. Nie była pewna czy to na pewno coś co sama nazwałaby atrakcją wieczoru, widać jednak było, że goście się ożywili. Sama nawet przecież nie mogła nie rozciągnąć ust w szerokim uśmiechu, było w tym jednak coś przerażającego, szczególnie, gdy widziała minę Alexandra, który nie wyglądał na zbyt zadowolonego z uzyskanego datku.
Prawie zaczęła mu współczuć, wyobrażając sobie siebie na jego miejscu. A jednak słysząc te wszystkie plotki, nie była do końca w stanie.
Cóż, przynajmniej towarzystwo miała przyjemne.
Loraine była słodka. Nawet jeśli miała w sobie tą czystokrwistą aurę, która Vior bardzo często tłamsiła i odrzucała, wiedziała, że kobieta nie jest do końca taka jak większość dam które uczestniczyło w wieczorku. Zdążyła w końcu poznać ją ze strony, której ta pewnie nie lubiła pokazywać, a dla Viorici była zdecydowanie atrakcyjniejsza.
Lubiła, że nie musiała przed nią niczego udawać, że mogła wobec niej zachować swój czasem trochę flirciarski sposób bycia i nie musiała uważać, by nie zostać źle zrozumianą.
Mogła sobie z nią pozwolić na dużo więcej niż z większością kobiet i jeśli miała być szczera, po bliższym przemyśleniu była jedną z jej naprawdę nielicznych przyjaciółek.
A przynajmniej tak na nią patrzyła w tej chwili.
- W takim razie następnym razem musimy zagrać wspólnie. Przyda mi się odrobina wsparcia - odpowiedziała.
A potem skupiła się na tym co robiła Agnes. I co mówił Atreus.
Podziwiała swoją szklankę słysząc jego podsumowującą wszystko odpowiedź, a potem znów się wyszczerzyła, gdy usłyszała jego implikacje co do stanu cywilnego Mulcibera, który był niewątpliwie gwiazdą tego wieczoru.
- Nie przyprowadził, bo inaczej nie mógłby szukać czwartej. Chyba, że mam inaczej interpretować te otwarte próby flirtu? - rzuciła niby od niechcenia, chcąc zobaczyć jak zareaguje reszta. Może i dolewała oliwy do ognia, cały jednak pomysł z organizacją był dla niej jakimś głupim żartem, który sprawiał, że robiło jej się trochę niedobrze.
Uśmiechała się, drwiła z pomysłu Agnes, ale gdzieś w głowie krążyła myśl, że zarówno jej matka jak i ona łatwo mogą stać się ofiarami o których mówili. Musiała nawet zastanowić się, czy był tu  oprócz niej ktoś, kto nie pochodził ze znanej czarodziejskiej rodziny. Nie licząc Hindusa, choć nawet nie znała jego statusu krwi, bo w Indiach pewnie też mieli jakieś czystokrwiste rody.
Czuła się coraz mniej pewnie. Wypiła kolejny łyk whisky i prawie się zakrztusiła, słysząc o wybraniu strażników klucza, szczególnie, że jednym z nich miał być Atreus.
- Powodzenia - wychrypiała do kolegi, próbując nie rozkaszleć się na amen, jak jedna z innych kobiet na sali. - Miłej zabawy w psa stróżującego - uśmiechnęła się, kręcąc ze współczuciem głową, bo sama z tym cyrkiem pewnie nie chciałaby mieć cokolwiek wspólnego.
I może tak jak reszta ruszyłaby w jakieś inne miejsce po zakończeniu przemowy, coś jednak przykuło jej uwagę. A raczej ktoś.
Nie wiedziała co dokładnie Marcus robił, wydawało jednak jej się to ciekawe, ciekawsze od rozmów o muzyce klasycznej i dalszym naigrywaniu się z Mulciberów. Zresztą, i tak brakowało jej żetonów.
- Też was na chwilę przeproszę - rzuciła, upijając znów z kieliszka i skierowała się w stronę Flitwicka.
- Marcusie, nawet nie mieliśmy dziś okazji porozmawiać! - rzuciła na przywitanie, próbując dostrzec co takiego robił. - Nie zanudziłeś się na śmierć tutaj? Ktoś coś wymieniał poza obrożą która wywołała tyle emocji? Mogę ją zobaczyć, czy niestety nie pozwalasz podziwiać zakupionych eksponatów? O, i będę miała coś dla ciebie, od razu zaznaczam, że łatwiej będzie to sprzedać - mówiła, zdejmując swoje brylantowe kolczyki, zastanawiając się, ile osób ją widzi i czy ją także obgadują za plecami.
Miała małą nadzieję, że tak.
- Pamiętaj, że doskonale wiem ile są warte - niemal szepnęła, patrząc na Flitwicka poważnie, dając znać, że z nią pewne numery nie pójdą zbyt łatwo. Nie tylko była rzemieślnikiem który specjalizował się w jubilerstwie i złotnictwie, pracowała do niedawna także jako rzeczoznawca i złodziej. Szybka wycena kosztowności często była dla niej umiejętnością, która pozwalała jej zarabiać kiedyś nie małe pieniądze. A potem przegrywać w miejscach może bardziej obskurnych, ale zdecydowanie dających podobne doznania jak to. Nie była to jej pierwsza zastawiona biżuteria.

Rzut na percepcję
Rzut Z 1d100 - 16
Akcja nieudana
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#137
04.08.2024, 01:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:19 przez Lorraine Malfoy.)  
BALKON: ostatecznie pozostaję na nim razem z Eden (której nie odstępuję na krok), obok nas Aryaman i Basilius, Lorien z "Robertem" + gdzieś obok stoją też Sophie z Matthiasem

1. Eden, Basilius i Aryaman

Lorraine znała wielu ludzi z duszą przeżartą złem, ale nie Eden. Ta mogła mieć w oczach ciemność, a w ciemności – mieszkały smoki. Wystarczyła jednak odrobina światła, by rozproszyć cienie – odrobina odwagi, by zapuścić się w mrok – mrok, w którym kryły się nie potwory z bajek, a możliwości. Wystarczyła odrobina wiary w to, że nocne niebo rozświetli blask gwiazd. Nie tak dawno patrzyła w te same gwiazdy z innego balkonu, opierając dłoń o kibić innej kobiety: nagle jej myśli uciekły w stronę Nokturnu, per aspera ad astra, pomyślała rzewnie, choć wyjątkowo nie myślała o realnych przeciwnościach losu, tylko o namacalnych cierniach krzewu rosnącego w doniczce w sypialni Maeve.

Lorraine wpatrywała się w gwiazdy z taką samą miłością, co w twarze bliskich.

Rozumiała kuzynkę, choć nie potrafiła tego okazać słowami – rozumiała dysonans między uwielbieniem i nienawiścią do samej siebie, bo znała go z autopsji. Był absurdalny. Równie absurdalny, co wydarzenia dzisiejszego wieczora. Prychnęła lekko, rozbawiona.

– Ale żeby od razu "złego"? Błagam, najmilsza – nie masz alergii na dobroć, tylko na głupotę i nieudane oszustwa podatkowe, podchwyciła kpinę Basiliusa – wykasłałaś wino z płuc, a nie duszę z piersi. – Nie, duszy nie można było wykasłać – nie można jej było także wyrzygać, choć Lorraine próbowała, bardzo usilnie zresztą – dusza uparcie trzymała się ciała, przeklęte sumienie, westchnęła, zawsze musi zawadzać – gdyby tylko to było takie proste, zsunęłaby duszę z ramienia niczym uparte ramiączko sukienki.

Lorraine położyła opiekuńczo dłoń na plecach Eden, która wychylała się przez barierkę, chcąc czule wesprzeć wymęczoną kaszlem kuzynkę choćby gestem. Kącik ust drgnął jej lekko na komentarz o szezlongach. Jakby słyszała Elliotta. 

– Wystrój wnętrza często odzwierciedla mentalność gospodarza – stwierdziła, poglądając z rozbawieniem to na Aryamana to na doktora Prewetta – A Pani Delacour powzięła sobie dziś za cel sprawianie gościom dyskomfortu. To nieszczęsne przemówienie... – westchnęła, nieświadomie przybierając manierę podobną do tej należącej do starszego kuzyna.


2. Sophie, Matthias

Wtedy jednak na balkon weszła Sophie z młodym mężczyzną – Matthias Delacour, tak zaanonsowała go Agnes – u boku. Lorraine zmrużyła oczy. Bez przyzwoitki?, zadrwiła. Może ten wyrostek rzucił się na balkon, licząc, że zdoła wysępić – od osłabionej Eden – mieszkanie dla młodego, dynamicznego narzeczeństwa po taniości? W końcu zubożałych Mulciberów nie było stać na wielki posag dla Sophie... Lorraine musiała ze smutkiem przyznać, że Sophie wdała się w swoją rodzinę: nie zdążyła nawet zadebiutować w towarzystwie, już ciągnął się za nią stęchły smród skandalu. Musiała do tej biednej dziewczyny skreślić kilka słów – nie, lepiej napisać do Lorien, stwierdziła – smarkula odreagowywała dziecinne traumy w sposób, który narażał reputację rodziny na szwank. Nie można jej jednak było winić, że łapała się byle okazji, by uciec z rodzinnego domu.


3. Aryaman

Kiedy doktor Prewett wszczął dyskusją z towarzyszem Sophie, Lorraine zwróciła oczy z powrotem na Aryamana, na piękną błyskotkę – lubiła błyskotki – tego wieczoru oboje byli niczym więcej jak migotliwą biżuterią, z własnej woli przyjmując role zabawek w rękach ludzi większych od nich samych. Oboje byli tu by grać – niekoniecznie w karty, stwierdziła chłodno, obserwując leniwą nonszalancję jego gestów. Lorraine wolała igrać z ludzkimi namiętnościami. O co chciał grać Aryaman?

– ...”Obyśmy wszyscy obudzili się jutro w lepszym świecie” – powtórzyła miękko, o wiele ciszej, obietnica kpiącego śmiechu przyczajona w lekko przymrużonych oczach, kiedy podjęła przerwaną dyskusję. W ustach Lorraine, słowa te – wypowiedziane z odpowiednią intonacją, melodyjnie – brzmiały niemal wzniośle, niemal poetycko. Ale to wciąż były tylko słowa. Słowa, słowa, słowa, nic ponad to. Słowa, które Mulciber musi powtarzać sobie każdej nocy, skoro – jeśli wierzyć temu, co wiatr niesie z czterech stron świata – co poranek budzi się obok nowej żony, zauważyła chłodno. Najpierw potajemne małżeństwo z Lorettą, potem rzekomy ślub z Ambrosią… Ale Aryaman nie mógł być przecież świadomy plotek, od których w towarzystwie aż huczało.
– Ze snów można podobno wywróżyć przyszłość, może dlatego tak bardzo obawiał się ich nasz mówca. Jakie sny skryły się tej nocy pod pańskimi powiekami? – Wciąż miał bowiem powieki, mimo swej wężowej elegancji obecnej w syczących słowach i gadzim zblazowaniu, wciąż mógł dwuznacznie mrugać, wciąż mógł skryć pod przymkniętymi powiekami złoto swych tęczówek jak w ciemnościach skarbca. W jakim języku śni?, zastanawiała się. Słowa, które wymieniali, mieniły się bowiem miriadami znaczeń a jednocześnie były tego znaczenia pozbawione – złota łuska na bazyliszkowej wylince.


4. wszyscy – zwłaszcza "Robert", Lorien i Eden

Jak na złość, rozmowę przerwało przybycie Roberta Mulcibera. Oho. Atmosfera zrobiła się napięta. Lorraine nie dziwiła się, że Anthony opuścił towarzystwo – nie znosił niezręczności, miał alergię na niedyskrecję, a swoją reputację cenił sobie wyżej od pieniędzy – nie rozumiała natomiast Roberta, który zachowywał się dziś co najmniej dziwnie. Nie potrafiła też logicznie wytłumaczyć ostatnich ekscesów rodziny Mulciber. Najbardziej zaś zaszokował ją widok Lorien – Lorien Crouch, którą zdążyła poznać całkiem dobrze przez lata współpracy, była całkiem inna niż Lorien Mulciber. Przypominała Lorraine porcelanowe figurki ptaków, które podziwiała z Anthonym w jednym z antycznych muzeów – misterne, ale kruche – ze swoimi szklanymi oczami i szklistymi policzkami, spływającymi łzami Lorien Crouch wydawała się przez chwilę kruchsza od szkła, z którego wykonali jej podobiznę bogowie – jakże innego od gliny, z której zostali ulepieni wszyscy dookoła! – szkła, w które tchnęli oddech przeklętego życia. Czy warto było marnować i tak krótką egzystencję w ramionach Mulcibera...?

Lorraine odwróciła wzrok, łapiąc porozumiewawcze spojrzenie z Eden. Nie wiedziała, dlaczego tak bardzo przeszkadza jej widok łez kobiety. Nie rozumiała psychoseksualnej gry, która rozgrywała się na ich oczach, ale cokolwiek miało miejsce w domostwie Mulciberów – nie było normalne.
Lorien wyglądała, jakby chciała rozłożyć skrzydła i odlecieć, tymczasem Robert... Czy "przeszkadzał"? Och, ależ skąd, mówiły wargi pokryte delikatną pomadką i hipokryzją, rozciągając się w uprzejmym uśmiechu.

Panie Mulciber, chciała się do niego zwrócić – w ustach Lorraine zwrot grzecznościowy wybrzmiałaby niczym obelga – proszę się obudzić – och, nie mogła sobie darować złośliwości nawiązującej do dewizy rodu Mulciber – i rozejrzeć dookoła. Milej widziany byłby tutaj szwadron śmierciożerców. Spaliliby wszystko dookoła, ale przynajmniej oszczędziliby nam palenia się ze wstydu.

– Moja kuzynka potrzebowała przed chwilą interwencji magomedyka, a teraz – aluzja, że to przemówienie krewniaka Roberta doprowadziło Eden do tego stanu nie musiała zostać wypowiedziana, by wybrzmieć – stara się zaczerpnąć powietrza z dala od zgiełku. – Lorraine uniosła dumnie podbródek. – Tak poza tym dyskutowaliśmy o interesach, panie Mulciber. Wydaje mi się, że mieszkania z balkonem będą w tym sezonie szczególnie rozchwytywane – rzuciła głośno, ostentacyjnie, zmieniając temat na taki pozornie tylko bez związku z dotychczasową dyskusją. – Eden, jak sądzisz, czy ceny na rynku nieruchomości wzrosną, jeżeli inspektorat zażąda dodatkowych kontroli? – zaszczebiotała słodko. – Obawiam się, że dotychczasowe normy bezpieczeństwa zakładały udźwig balkonu dla maksymalnie sześciu osób. – Co z tego, że dookoła było mnóstwo miejsca i zmieściłyby się tutaj spokojnie jeszcze dwa tuziny gości, nie o to tu chodziło. Lorraine była po prostu złośliwa. – Ale przy obecnym popycie...

Spojrzenie Lorraine natarło na zgromadzonych wokół gości z intensywnością sztormowych fal. Afrodyta wyłoniła się z morskiej piany, czyż nie?

na percepcje bo coś mi śmierdzi: ktoś zapalił świeczkę o zapachu niemytego chuja próbuję ogarnąć czemu Robert jest taki dziwny
Rzut N 1d100 - 73
Sukces!

Rzut N 1d100 - 56
Sukces!




Yes, I am a master
Little love caster
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#138
04.08.2024, 14:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.08.2024, 15:16 przez Alexander Mulciber.)  
Stoję z Agnes ile trzeba, gapię się na różnych ludzi (Eden, Aryaman, Camille) i na gospodynię. Potem umykam (oglądając się przez ramię na Vioricę i Urlett) do JAK SĄDZĘ PUSTEJ ŁAZIENKI (Isaac).

Nietrudno było przeniknąć do myśli Eden, którą znał – będzie niemal dwadzieścia lat, pomyślał Alexander – odkąd byli gówniarzami zaledwie, raz przerzucającymi się obelgami, raz wspólnymi siłami wywołującymi rytualnie potwora Slytherina w łazience Jęczącej Marty.

Przemawiania nie utrudnia bycie niewymownym, a bycie niedojebanym.

Mrugnął, zrywając kontakt wzrokowy.

Pomyśl, że to sen – zdążył jeszcze usłyszeć – jego własne słowa w ustach Eden. Nie wiedział, jak się z tym czuć. Dlaczego to powiedziałaś, Eden?, spytałby, próbując powstrzymać dłonie, które chciały sięgnąć ku szyi – krztusiła się, więc i tak za mało powietrza docierało jej do mózgu – dlaczego to, kurwa, powiedziałaś? – nie, nie mógłby jej dotknąć, zobaczyłaby, jak drżą mu ręce – jakże jej nie cierpiał w tym momencie, jakże nienawidził, że powtórzyła tę dewizę. Jakże był wdzięczny, że to zrobiła, że jest tutaj – ostatni bastion normalności – że przyjęła jego kasandryczne świadectwo, choćby tylko w kpinie, przyznaj, że gdy to mówisz, jest łatwiej, pomyślał. Mógłby ją za to kochać w innym życiu. W tym miał dla niej tylko pogardę przemieszaną z czułością, i westchnienie – krótkie, niemal niezauważalne – westchnienie znużonego psa, który kładzie potulnie łeb na łapach.

Bo on wszystkie swoje sny zostawił w Windermere. Poza jednym – tym po drugiej stronie łóżka. Nie dziw, że nie mógł bez niej spać.

Serce Mulcibera zatrzymało się na jedno uderzenie. Nie. Nie mógł teraz myśleć o Ambrosii. Nie dziś. Nie teraz.

Chłodne srebro włosów Eden koiło zmysły Alexandra podrażnione przez ordynarne złoto oczu stojącego u jej boku Hindusa, który przypatrywał się Mulciberowi z wężową intensywnością – jego spojrzenie mieniło się dziwnie w świetle lamp – nie osądzaj mnie, miał ochotę mu powiedzieć Alexa, jakby ten był jednym z narkotycznych majaków, które mimo heroinowej abstynencji wciąż czasem towarzyszyły mu na jawie, nie wiesz, co robiłem, co przeszedłem, by móc dzisiaj stać przed tą bandą szyderców.

Skupił uwagę na Agnes. Kiedy na nią patrzył, było prościej – nie musiał zbyt wiele myśleć, mógł poddać się nęcącej charyzmie. Ach, musiała być bardzo piękna, kiedy była młodsza, miała w sobie coś wyjątkowego, coś, co budziło w mężczyźnie zwierzęcy apetyt.

– Dziękuję – powtórzył mechanicznie, pozwalając wręczyć sobie kopertę. Nie zajrzał do niej jednak: ujął zamiast tego dłoń Agnes – uniósł ją delikatnie, jak gdyby chciał pocałować kobietę w rękę – ale zamiast musnąć jej dłoń ustami, obrócił ją tak, by widzieć przebiegające po powierzchni skóry linie, nie skrywające żadnych tajemnic dla wprawnego chiromanty. – Bardzo głęboka linia serca – powiedział cicho, przesuwając palcem wzdłuż rozwidlonej kresy. Alexander pozwolił swym słowom zaginąć w szmerze rozmów, podejmowanych powoli przez zgromadzonych na sali gości. Niech gadają, pomyślał obojętnie. – Długa, sięga palca wskazującego. Niepozornie rozdwaja się na końcu. Wiesz, co czujesz. Wiesz, co czują inni. Twoja wiara w ludzi sprawia, że czasem stawiasz ich dobro ponad własną korzyść. Empatia. Silna intuicja. Trochę próżności… Tylko trochę. – Spoglądał w oczy kobiety, pozwalając omotać się jej urokowi – wciąż przecież żywemu, mimo upływu czasu – wciąż nie do końca był pewien, na ile to, co mówi mu intuicja jest prawdą, a na ile kieruje nim dziwnie obezwładniająca potrzeba zadowolenia niewieściego narcyzmu.

Agnes nie była niczemu winna. Dała datek na sprawę, w którą chyba wierzyła, a w którą on nie wierzył wcale. Po prawdzie, Alexander miał to wszystko w dupie.

Fundacja była maskaradą, która miała podreperować ich reputację w oczach opinii publicznej, a choć pomysł wyszedł od Alexandra, zrzucił całą realizację przedsięwzięcia na barki Roberta, od samego początku nie chcąc mieć nic wspólnego z czymś, co miało nosić imię jego przeklętego brata. Nic nie wiedział na temat działalności charytatywnej – nic nie wiedział na temat fundacji, której twarzą teoretycznie pozostawał – ale planował się dowiedzieć: ufundować jakąś głupotę, pozwolić wyryć swoje nazwisko na tabliczce, rozpieprzyć trochę pieniędzy brata spod pieczy Diany na jakiś szczytny cel, żeby ludzie zamknęli mordy, a potem zamknąć to gówno, wyrejestrować się na dobre z tego teatrzyku, uwolnić się spod jarzma oczekiwań. Ale do tego potrzebował pomocy Lorien, która znała się na prawnych zawiłościach, Lorien, której nie mógł nagle znaleźć wzrokiem w tłumie.

Odsunął od siebie tę myśl, na powrót skupiając się na Agnes. Wykrzywił usta w sposób, który mniej przypominał grymas, a bardziej prawdziwy uśmiech. Puścił jej dłoń.
– Wybacz raz jeszcze moją powściągliwość. Miałem ciężki dzień. – Miesiąc, pomyślał znużony, rok. Siedem pieprzonych lat. – Dziękuję za twoją pomoc, Agnes.

Dała mu dziwną motywację. Nie wiedział tylko jeszcze, co z nią zrobić.

percepcja na intencje Agnes
Rzut PO 1d100 - 44
Sukces!


Jeżeli coś łączyło Agnes i Alexandra to świadomość, że nic nie jest w stanie zagrozić ich reputacji, bo oboje dobre imię utracili dawno temu. Nieważne, czy postępowali szlachetnie czy złośliwie, głupio czy mądrze – nikt nie brał ich na poważnie. Nawet oni sami.

Świadomość własnej nieistotności była wyzwalająca.

Umknął, cichy i chmurny, nie zwracając uwagi na przydzielone mu przyzwoitki – jebać cię, Bulstrode, jebać cię kelnerzyno, wyliczał Mulciber, jebać was, wasze jebane matki, jebać was na grobach waszych jebanych babek – szczę na wasze drzewo genealogiczne, na cały wasz jebany rodowód – przeszedł między gośćmi, niemy, obojętny, ignorując ich obecność – dłużej zawiesił tylko wzrok na blondynce, kolejnej Delacour. Och, kiedy patrzył na Camille, czuł się niemal słabo, czuł, jak miękną mu nogi – śmiała się z niego – och, czyżby ją rozbawił? – nie miało to znaczenia, ważne, że lekko załzawione oczy budziły w nim nieprzyzwoite skojarzenia – podobało mu się, że nieco rozmazał się jej makijaż, że teraz mógł lepiej widzieć te wielkie oczy – nie są zielone, pomyślał, zawiedziony, ale wciąż piękne. Ruchy kobiety przypominały dym z podpalonego kadzidła, które odurzało zmysły, mógłby na nią patrzeć godzinami, wdychać zapach jej skóry razem z francuskimi perfumami, którymi niewątpliwie kropiła dekolt.

Francuskimi perfumami z nutą brzoskwini, którymi pachniała Ambros…

Ruszył przed siebie. Zaczęło go mdlić. Chyba znowu miał omamy. Znowu te jebane oczy – złote oczy Urlett, która przez chwilę odprowadzała go spojrzeniem – patrzyła na niego z takim samym, chłodnym zainteresowaniem, z jakim studiowała kiedyś widok smug krwi, które zostawiła na jego prześcieradle, po tym jak brutalnie przygniótł ją swoim ciężarem – myślałam, że jesteś popierdolona, ale ty jesteś po prostu niedojebana, stwierdził wtedy z niejaką czułością, ocierając wierzchem dłoni krew z jej uda, bo sam niedbale wytarł się wcześniej o pościel. Kurwa, jaki był żałosny, teraz pewnie popłakałby się, gdyby go dotknęła, przeklęta pajęczyca, z blond włosami i złotymi oczami, amalgamacja jego wstydliwych żądz.

Uciekał niespiesznym krokiem. Mijał ludzi, ale nie do końca rozpoznawał ich twarze, dopóki nie zobaczył kogoś znajomego. Ach tak, czarnowłosa… Bulstrode poskąpił jej pieniędzy na tyle, że musiała wymieniać kolczyki. Jak ona miała w końcu na imię?

percepcja na myśli Viorici
Rzut PO 1d100 - 65
Sukces!


Czy to ważne, pomyślał, idąc dalej, przed siebie, z czułością obracając w myślach wspomnienie Eryka Rookwooda, jego poczerwieniałej ze złości twarzy, kiedy miotał się niespokojnie w ciasnej łazience, wyrzucając z siebie gorączkowe słowa, pamiętaj o tym, co jest naprawdę ważne, przestrzegał go przyjaciel, być może jedyny przyjaciel, jakiego miał na tym świecie – tak, Eryk był mądry, pomimo, że przemawiał przez niego głód szprycy – a może nie “pomimo”, lecz “dlatego” – kurwa, próbuję, odpowiedział mu w głowie, nachylając się nad kranem, by ochlapać twarz zimną wodą.

Oparł się o umywalkę. Zastanawiał się przez chwilę. Zdecydował, że nie będzie rzygał.

Poszedł w stronę pisuaru.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dumbass bisexual
"Każdy problem ma rozwiązanie. Jeśli nie ma rozwiązania, to nie ma problemu."
wiek
31
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Historyk magii, pisarz, dziennikarz
Brązowe włosy, granatowe, błyszczące oczy, kapelusz i wieczny uśmiech na twarzy! Isaac ma 186 cm wzrostu, więc na randkę przygotuj szpilki:* Pachnie dymem, bursztynem oraz wanilią.

Isaac Bagshot
#139
04.08.2024, 16:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.08.2024, 16:26 przez Isaac Bagshot.)  
Męska toaleta z Alexandrem

Zrobiło się zbyt tłoczno - ktoś się zakrztusił, ktoś potrzebował pomocy a kto inny coś tam coś tam.
Kiedy więc skończył mu się papieros i dopił do końca drinka, postanowił przewietrzyć się na balkonie. Był tam jednak taki ścisk, że ostatecznie skierował swoje kroki do toalety. Męskiej.
Wszedł do środka i podszedł do umywalki. Umył dłonie i nonszalanckim ruchem zaczął poprawiać sobie włosy. Nucił coś cicho pod nosem.
-You can't hurry love, no, you just have to wait...- Mruczał mugolski przebój, który ostatnio podsłyszał w radiu, kiedy był u sąsiada Reymonda.
Kiedy skończył przeglądać się w lustrze i doszedł do wniosku, że to co w nim widzi bardzo mu się podoba, podszedł do pisuaru z wiadomym zamiarem.
-Love don't come easy, it's a game of given and take, o pan Mulciber. Dzień dobry po raz drugi. No co za spotkanie, mmm?- Uśmiechnął się i odwrócił głowę w lewą stronę, żeby spojrzeć na twarz Alexandra. Na twarz, nie na siura. Chociaż na tego też by chętnie poparzył, był bardzo ciekawski. Kto go znał ten wiedział.
-Jak już tak sobie tutaj stoimy, to pomyślałem sobie, że zagadam.- Uśmiechnął się pogodnie.-Jest jedna rzecz nad którą zawsze się zastanawiałem, a jakoś tak głupio mi było zapytać moich kolegów, którzy okazało się, mają taki sam dar jak pan. Przy stoliku wspomniano, że jest pan jasnowidzem. A ja zawsze chciałem wiedzieć, czy da się wywróżyć coś komuś z bąbelków moczu. Albo po prostu z moczu? Jak z herbaty, chociaż tam to bardziej fusy...- Zmarszczył lekko brwi i zagestykulował wolną dłonią.-A więc zostańmy przy bąbelkach.- Mówił zupełnie poważnie, wpatrując się w Mulcibera błyszczącymi, ciekawskimi oczami.

Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#140
04.08.2024, 17:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.08.2024, 17:52 przez Alexander Mulciber.)  
ŁAZIENKA z Isaacem…

Mulciber zamknął na chwilę oczy. Nawet wyszczać się nie można w spokoju, pomyślał cierpko.

– Panie Bagshot – odpowiedział kurtuazyjnie na przywitanie dziennikarza, nie podnosząc choćby głowy w jego stronę. Usilnie wpatrywał się w strumień moczu ściekający po ściance pisuaru, wyobrażając sobie, jak wciska Bagshotowi głowę do kibla i spłukuje wodę. Próbował sikać głośniej, by zagłuszyć jego paplaninę, ale nic to nie dało.

Mógłby użyć trzeciego oka i wybrać inną łazienkę, taką, w której nikt by mu nie przeszkadzał – taką, w której mógłby się wyszczać, wyrzygać, strzelić kreskę, popłakać, w dowolnej kolejności – ale jego trzecie oko było teraz zajęte: śledziło z obrzydzeniem wolną dłoń Isaaca, latającą w powietrznej gestykulacji niczym natrętna mucha nad gównem. Znowu go zemdliło.

Milczał przez chwilę.

– Jeżeli pieni się panu mocz, zalecałbym konsultację z wykwalifikowanym magomedykiem, nie z jasnowidzem – odpowiedział Isaacowi głosem trupa, któremu życie znudziło się równie szybko, co leżenie w kostnicy. Strząsnął krople moczu, zanim zapiął spodnie. Wreszcie zwrócił na Bagshota spojrzenie, którym zmierzył mężczyznę od góry do dołu – i z powrotem – bez krępacji spoglądając mu prosto w oczy.

percepcja – rzut na siurologie (chce poznać intencje / przyszlosc idk tego typa)
Rzut PO 1d100 - 11
Akcja nieudana

Rzut PO 1d100 - 51
Sukces!


– Odpowiadając jednak na pańskie pytanie – wyrzekł chłodno, przybierając ten sam profesjonalny ton, którego używał w pracy, w towarzystwie innych wróżbitów – Jan Mikolašek. Czeski uzdrowiciel, zielarz, znawca eliksirów – choć swoich klientów wolał nazywać “pacjentami”, a działalność określał mianem “lecznicy”, rzeczywiście, zajmował się wróżeniem z próbek moczu. Na ich podstawie diagnozował choroby, potrafił też przewidzieć kiedy dana osoba umrze z zaskakującą dokładnością.

Alexander mógł zlać Isaaca ciepłym moczem, ale już zdążył się nauczyć, że z dziennikarzami nie warto było zadzierać. Czyżby zbierał materiały na kolejny artykuł o siurach?

Pociągnął za spłuczkę.

– W środowisku naukowym darzymy tę postać pogardą. Prędzej nazwałbym go szarlatanem niż wróżbitą.

Zaraz oszaleję, pomyślał z lubością Alexander. Oszaleję, i zamkną mnie w lecznicy dusz razem z Donaldem.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (5830), Anthony Shafiq (4945), Atreus Bulstrode (1987), Bard Beedle (16677), Basilius Prewett (2132), Celine Delacour (1746), Eden Lestrange (3031), Erik Longbottom (3452), Geraldine Greengrass-Yaxley (3264), Isaac Bagshot (2600), Lorien Mulciber (7154), Lorraine Malfoy (3824), Morpheus Longbottom (4164), Richard Mulciber (6509), Severine Crouch (1162), Sophie Mulciber (3384), Urlett Reykjavík (2677), Viorica Zamfir (3888)


Strony (17): « Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 17 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa