Zarejestrował to, że Laurent i ta opalona ślicznotka (teraz nosząca w jego głowie imię Ginny) się znali, ale to w sumie tyle - kiedy został objęty i odprowadzony na bok, cała ta scena sprzed chwili się rozmyła. Flynn nerwowo przełknął ślinę, ale to nie były niechęć ani przerażenie. Bliskość chłopaka wciąż była dla niego czymś niezwykle przyjemnym, po prostu... on się ewidentnie nie czuł dobrze, a nawet mimo podżegania tamtej kłótni to wciąż - w jego umyśle korzenie zapuszczała potrzeba czynienia blondyna szczęśliwym. Głupio by było rzucać teraz jakimiś dowcipami, bo by go pewnie bardziej rozdrażniły, niż uspokoiły. Jeszcze głupiej było przyznać się przed samym sobą, że to znowu się stało - kiedy zirytowany Prewett zsunął rękę z jego pleców, Edge momentalnie się napiął, jakby był na coś gotowy, ale na co? Na burę, na zdzielenie go z liścia, na cokolwiek korespondującego z relacją, do której wracał codziennie wieczorem i przy której kładł się spać. No, może nie od kilku ostatnich dni, ale przez ostatnich kilka lat. Znowu się nad wszystkim nadmiernie zastanawiał i nawet nie miał szansy przemyśleć wszystkiego, co zaprzątało mu teraz głowę, bo został złapany za policzek i zrobił dokładnie to, co we wszelkich kryzysach wychodziło mu najlepiej - spoglądał na niego w ciszy. Wiedział dobrze, że z rozmazanym makijażem i roztrzepanymi włosami nie wyglądał szczególnie dobrze, ale wciąż pozostawał sobą - tym samym sobą, który... nawet kiedy wkurwiał wszystkich niemożebnie, nawet kiedy doprowadzał ich do darcia się, płaczu, do ataków paniki, wyrzucania z siebie wszystkich najgorszych toksyn... nie przestawał być ich obiektem pożądania. Nienawidzili go czasami, faktycznie, ale zwykle za to, że nie mogli go mieć albo zgnieść do rozmiaru i kształtu własnych oczekiwań. Dlatego czasami wystarczyło być całkowicie sobą i spoglądać na kogoś w ciszy. Dać mu znać, że nie przeciekał mu przez palce. Że te brązowe oczy pełne głębokich uczuć i ciepła były teraz skupione całkowicie, dogłębnie, niezaprzeczalnie... na tej jednej osobie. On się teraz na boki wcale nie rozglądał. Skrócił pomiędzy nimi dystans. Nie nachalnie, ale nie pozwolił na prowadzenie tej rozmowy z odległości szerokiego kroku.
- No shit. - Kąciki jego ust uniosły się w górę. Najwyraźniej naprawdę ciężko było wytrącić go z dobrego humoru, w jaki wpadł po udanej prowokacji. - Nie spodziewałem się tego, że oberwiesz rykoszetem moich słów - przyznał, ale nie przeprosił za swoje zachowanie. To nie byłyby szczere przeprosiny, bo przecież nie żałował do końca tego, co zrobił. - Chcesz, żebym cię zabrał do domu? - Oparł palce lewej dłoni na materiale jego koszuli i przekręcił głowę w bok.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.