Szli.
Szli w pionie, choć dla nich to był czarny poziom, całkiem śliska podłoga obmywanego przez sztorm onyksu. W czasie tego marszu jednak otaczała ich coraz większa cisza, coraz gęstsza w swojej naturze, nierealna, niepasująca do dziejącego się "na ścianie" z ich perspektywy morskiego piekła. Deszcz nie dotykał ich skóry. Wiatr nie szarpał ich włosów.
Zmierzali na samą górę latarni do komory wyznaczanej czterema słupami i wspartym na nich dachu, który powinien chronić znajdujące się wewnątrz światło.
I było światło.
Kiedy wyjrzeli za krawędź swojej ścieżki, zobaczyli siedzącą na szczycie latarni, a z ich perspektywy na ścianie - kobietę jaśniejąca w mroku, splątaną tysiącem nici. Wychudła staruszka, kompulsywnie sięgała do siebie, do swojego ciała, do swojego istnienia i wyciągała kolejne jasne struny, z których tkała sieć rozpostartą w całej ograniczonej przestrzeni - okrągłej platformie o średnicy trzech metrów. Tkała, oczko za oczkiem, jej własne więzienie, pulsujące żyły wzrosłej w czasie sztormu latarni niknące w jej czarnym cielsku. Cicho nucona przez nią melodia bez przeszkód docierała do uszu intruzów...
One day, when the tonguin' is done
We'll take our leave and go
Da-ra, ra-ra-ra-ta, ra-ra-ra-ta, ra-ra-ra-ra-ta
...usta żywych układały się intuicyjnie, podążały za melodią, jej pieśń stawała się ich pieśnią.
Szli w pionie, choć dla nich to był czarny poziom, całkiem śliska podłoga obmywanego przez sztorm onyksu. W czasie tego marszu jednak otaczała ich coraz większa cisza, coraz gęstsza w swojej naturze, nierealna, niepasująca do dziejącego się "na ścianie" z ich perspektywy morskiego piekła. Deszcz nie dotykał ich skóry. Wiatr nie szarpał ich włosów.
Zmierzali na samą górę latarni do komory wyznaczanej czterema słupami i wspartym na nich dachu, który powinien chronić znajdujące się wewnątrz światło.
I było światło.
Kiedy wyjrzeli za krawędź swojej ścieżki, zobaczyli siedzącą na szczycie latarni, a z ich perspektywy na ścianie - kobietę jaśniejąca w mroku, splątaną tysiącem nici. Wychudła staruszka, kompulsywnie sięgała do siebie, do swojego ciała, do swojego istnienia i wyciągała kolejne jasne struny, z których tkała sieć rozpostartą w całej ograniczonej przestrzeni - okrągłej platformie o średnicy trzech metrów. Tkała, oczko za oczkiem, jej własne więzienie, pulsujące żyły wzrosłej w czasie sztormu latarni niknące w jej czarnym cielsku. Cicho nucona przez nią melodia bez przeszkód docierała do uszu intruzów...
One day, when the tonguin' is done
We'll take our leave and go
Da-ra, ra-ra-ra-ta, ra-ra-ra-ta, ra-ra-ra-ra-ta
...usta żywych układały się intuicyjnie, podążały za melodią, jej pieśń stawała się ich pieśnią.