10.07.2024, 23:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.07.2024, 11:13 przez Eden Lestrange.)
Została wpędzona w pułapkę przez Millie.
Stoi razem z nią przy Alastorze i uznaje, że typa praktycznie nie zna. :harold:
Miała wielkie nadzieje wobec dzisiejszego spotkania z Millie, bo choć wykręcało ją od środka na myśl o wyznaniach prosto z serca, wiedziała, że są konieczne. Jeśli czegoś nauczyła ją ostatnia dekada, to tego, że ucieczka od szczerości prowadzi do nieszczęścia wszystkich wokół, bo się tą zgryzotą zaczyna dosłownie emanować po pewnym czasie. Chciała się zmienić, ale nie mogła ruszyć do przodu mając otwarte karty z przeszłości, które czekały na dopisanie jakiegoś zakończenia. Łudziła się, że będzie to i żyli długo i szczęśliwie, ale była realistką i, prawdę mówiąc, zadowoliłaby się zwykłym ciąg dalszy nastąpi.
Nie mogła być zła na Millie, że zapomniała o tej całej imprezie. Nie mogła, choć ona sama by w życiu nie zapomniała. Mildred jednak przeszła ostatnio sporo; nawet jeśli aktywnie nie uczestniczyła w procesie jej powrotu do zdrowia, słyszała o nim dużo z drugiej ręki. Nie okazywała tego, bo nie chciała rozdrapywać starych ran, ale martwiła się o nią. Gdyby przeszła przez to, co ona, pewnie też byłaby teraz roztrzepana.
A jednak nie mogła powstrzymać się od zawiedzionego, acz zmęczonego spojrzenia, gdy przed oczyma zobaczyła tłum ludzi. Przez głowę przemknęła jej myśl, czy aby Moody celowo nie zwabiła jej tutaj - przecież uwielbiała ją stawiać w niekomfortowych sytuacjach, by zmusić ją do doświadczenia tak zwanej frajdy - ale kiedy napotkała niepewne oczy dziewczyny, wiedziała, że to nie było jej intencją. Westchnęła ciężko, potarła palcami nasadę nosa.
Jeśli znajdzie tu alkohol, to jakoś przetrwa.
Eden czuła się jak słoń w składzie porcelany. Jak nieproszony gość. Nawet jeśli wyłapywała spomiędzy gości znajome twarze, wiedziała, że to nie jest towarzystwo dla niej. Zebrano tutaj samych sympatycznych ludzi, przynajmniej tak się jej wydawało na pierwszy rzut oka, a więc gdzie miało się tu znaleźć miejsce dla tak niesympatycznej zołzy jak ona? Może utopią ją jak marzannę, choć co prawda pora roku już nie ta?
Wyciągnęła rękę w kierunku Millie; chciała ją złapać na moment, kiedy przemykała rozochocona pomiędzy stołami z jedzeniem, dać jej znać, że może powinna sobie stąd pójść. Próbowała to jednak zrobić bez nadmiernej szopki, więc zanim Eden się w ogóle udało zbliżyć, już stały przed Alastorem.
Słuchała szczebiotania jego siostry, ale słowa docierały do niej niby zza szklanej ściany, jakby wesoło świergotała spod tafli wody. Nawet nie skrzywiła się, kiedy Mildred zaklęła przy jej uchu, co ewidentnie musiało świadczyć, że nie zwraca należytej uwagi. Eden utkwiła swoje spojrzenie w oczach Alastora, patrząc na niego tak, jakby ją świeżo z krzyża zdjęli. Skupiła się na nim niczym na oazie dla strudzonego wędrowca. Uśmiechała się łagodnie, ale całokształt i tak krzyczał nie chcę tu być.
- Mhm, kopę lat - mruknęła, kiedy usłyszała, że nie widziała się z Alastorem od dawien dawna. Spojrzenie ze zbolałego przemieniło się w niezręczne, znowu nawiązała z nim kontakt wzrokowy, jakby niemo chciała potwierdzić dostatecznie oczywiste przypuszczenie, że siostrze o niczym nie powiedział. Nie mogła go winić, to był słuszny krok, ale to wcale nie przynosiło ulgi w obecnej sytuacji. W końcu co miała innego zrobić, jeśli nie okłamać Millie? Powiedzieć jej wprost, że w sumie to znowu są partnerami, ale totalnie nie w zawodowym sensie?
- Cześć - odezwała się wreszcie do Alka, po czym wyciągnęła do niego rękę na przywitanie. Uśmiechnęła się głupio, wręcz niepodobnie do siebie, bo nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze będzie się z nim tak witać. Nie wiedziała, czy się ma śmiać, czy płakać, ale grała w tę grę, bo zwyczajnie nie miała pojęcia, co innego robić.
Jedno normalne wyjście. Czy o tak wiele prosiła bóstwa, które ewidentnie się z niej naigrywały ostatnimi czasy? Mściły za to, że tyle lat miała się za byt umiejscowiony ponad nimi, silniejszy od wyroków losu? Nie było jednego spotkania podczas tego lata, które nie wywracało jej żołądkiem, nawet pojedynczego spokojnego rendez-vous. Każde przyjęcie, każda schadzka twarzą w twarz kończyła się w taki sposób, że ręce opadały. Co jeszcze ją spotka tego dnia, tak na domiar złego? Bertie Bott wyłoni się spomiędzy spienionej morskiej wody, niczym Wenus Botticellego?
Stoi razem z nią przy Alastorze i uznaje, że typa praktycznie nie zna. :harold:
Miała wielkie nadzieje wobec dzisiejszego spotkania z Millie, bo choć wykręcało ją od środka na myśl o wyznaniach prosto z serca, wiedziała, że są konieczne. Jeśli czegoś nauczyła ją ostatnia dekada, to tego, że ucieczka od szczerości prowadzi do nieszczęścia wszystkich wokół, bo się tą zgryzotą zaczyna dosłownie emanować po pewnym czasie. Chciała się zmienić, ale nie mogła ruszyć do przodu mając otwarte karty z przeszłości, które czekały na dopisanie jakiegoś zakończenia. Łudziła się, że będzie to i żyli długo i szczęśliwie, ale była realistką i, prawdę mówiąc, zadowoliłaby się zwykłym ciąg dalszy nastąpi.
Nie mogła być zła na Millie, że zapomniała o tej całej imprezie. Nie mogła, choć ona sama by w życiu nie zapomniała. Mildred jednak przeszła ostatnio sporo; nawet jeśli aktywnie nie uczestniczyła w procesie jej powrotu do zdrowia, słyszała o nim dużo z drugiej ręki. Nie okazywała tego, bo nie chciała rozdrapywać starych ran, ale martwiła się o nią. Gdyby przeszła przez to, co ona, pewnie też byłaby teraz roztrzepana.
A jednak nie mogła powstrzymać się od zawiedzionego, acz zmęczonego spojrzenia, gdy przed oczyma zobaczyła tłum ludzi. Przez głowę przemknęła jej myśl, czy aby Moody celowo nie zwabiła jej tutaj - przecież uwielbiała ją stawiać w niekomfortowych sytuacjach, by zmusić ją do doświadczenia tak zwanej frajdy - ale kiedy napotkała niepewne oczy dziewczyny, wiedziała, że to nie było jej intencją. Westchnęła ciężko, potarła palcami nasadę nosa.
Jeśli znajdzie tu alkohol, to jakoś przetrwa.
Eden czuła się jak słoń w składzie porcelany. Jak nieproszony gość. Nawet jeśli wyłapywała spomiędzy gości znajome twarze, wiedziała, że to nie jest towarzystwo dla niej. Zebrano tutaj samych sympatycznych ludzi, przynajmniej tak się jej wydawało na pierwszy rzut oka, a więc gdzie miało się tu znaleźć miejsce dla tak niesympatycznej zołzy jak ona? Może utopią ją jak marzannę, choć co prawda pora roku już nie ta?
Wyciągnęła rękę w kierunku Millie; chciała ją złapać na moment, kiedy przemykała rozochocona pomiędzy stołami z jedzeniem, dać jej znać, że może powinna sobie stąd pójść. Próbowała to jednak zrobić bez nadmiernej szopki, więc zanim Eden się w ogóle udało zbliżyć, już stały przed Alastorem.
Słuchała szczebiotania jego siostry, ale słowa docierały do niej niby zza szklanej ściany, jakby wesoło świergotała spod tafli wody. Nawet nie skrzywiła się, kiedy Mildred zaklęła przy jej uchu, co ewidentnie musiało świadczyć, że nie zwraca należytej uwagi. Eden utkwiła swoje spojrzenie w oczach Alastora, patrząc na niego tak, jakby ją świeżo z krzyża zdjęli. Skupiła się na nim niczym na oazie dla strudzonego wędrowca. Uśmiechała się łagodnie, ale całokształt i tak krzyczał nie chcę tu być.
- Mhm, kopę lat - mruknęła, kiedy usłyszała, że nie widziała się z Alastorem od dawien dawna. Spojrzenie ze zbolałego przemieniło się w niezręczne, znowu nawiązała z nim kontakt wzrokowy, jakby niemo chciała potwierdzić dostatecznie oczywiste przypuszczenie, że siostrze o niczym nie powiedział. Nie mogła go winić, to był słuszny krok, ale to wcale nie przynosiło ulgi w obecnej sytuacji. W końcu co miała innego zrobić, jeśli nie okłamać Millie? Powiedzieć jej wprost, że w sumie to znowu są partnerami, ale totalnie nie w zawodowym sensie?
- Cześć - odezwała się wreszcie do Alka, po czym wyciągnęła do niego rękę na przywitanie. Uśmiechnęła się głupio, wręcz niepodobnie do siebie, bo nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze będzie się z nim tak witać. Nie wiedziała, czy się ma śmiać, czy płakać, ale grała w tę grę, bo zwyczajnie nie miała pojęcia, co innego robić.
Jedno normalne wyjście. Czy o tak wiele prosiła bóstwa, które ewidentnie się z niej naigrywały ostatnimi czasy? Mściły za to, że tyle lat miała się za byt umiejscowiony ponad nimi, silniejszy od wyroków losu? Nie było jednego spotkania podczas tego lata, które nie wywracało jej żołądkiem, nawet pojedynczego spokojnego rendez-vous. Każde przyjęcie, każda schadzka twarzą w twarz kończyła się w taki sposób, że ręce opadały. Co jeszcze ją spotka tego dnia, tak na domiar złego? Bertie Bott wyłoni się spomiędzy spienionej morskiej wody, niczym Wenus Botticellego?
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~