Thomas na szczęście bardzie skupiony był na tym, że jego siostra jest szczęśliwa i zadowolona niż na analizowaniu każdego słowa, jakie wypowiadał Samuel - może to nawet i lepiej? Kto wie co by się stało, gdyby pojął w mig o czym mówił McGonagall. Co prawda, nawet bez wyraźnego skupiania się na tym co mówił jedno odbiło się echem w głowie Figga teraz będzie inaczej aż zwolnił kroku i spojrzał na mężczyznę marszcząc brwi i zwężając oczy aż zostały mu dwie małe szparki - przez co prawie wywalił się na pysk. Podejrzliwość wystrzeliła w jego umyśle niczym tłuczek uderzony z pełną siłą - jednak nawoływanie Brenny do wzięcia udziału w losowaniu partnerów sprawiło, że stracił wątek, choć zapewne jeszcze do tego kiedyś wróci - jak już sobie o tym przypomni kiedyś tam.
Rozejrzał się po ludziach, skoro już o tańcach mówili, to rozejrzał się za Dorą, której przecież obiecał taniec, ale znalazłszy ją na parkiecie z inną osobą postanowił, ze w takim razie będzie musiał nieco później dotrzymać danego słowa, w sumie to nie powinien z tym zwlekać już wcześniej.
- Cały twój, widzisz, nawet mu włos z głowy nie spadł! Chyba nie, nie liczyłem... - dodał z zamyśleniem patrząc na czuprynę Sama, jakby liczył ile ma on włosów na głowie. Poklepał jeszcze go po plecach i nachylił do siostry, aby wyszeptać jej do ucha coś, nim pogwizdując wesoło ruszył w stronę wspomnianych przez Brennę skrzyneczek.
Przez chwilę przez myśl mu przeszło, aby zasiać nieco chaosu i poczekać aż zakończą wrzucać losy i przesypać wszystko do jednej skrzyneczki, ale wtedy uchwycił wzrok Teddiego, nóż kurde, miało wyjść inaczej. Ale to jeszcze nie oznaczało, że Figg miał zamiar się poddać.
- Ta skrzynka to był pomysł twój czy wujka? - zapytał rozbawiony, bo takie rozwiązanie raczej nie pasowało do panny Longbottom. - Miałaś ty w ogóle okazję się czegoś napić i rozluźnić? - zapytał jeszcze podejrzewając, że jak zawsze mogła za bardzo wczuć się w rolę gospodyni imprezy.
-Teraz rozmawiamy o panu, nie o Brennie, panie Longbottom.- Skarcił mężczyznę z wyraźnie słyszalnym rozbawieniem w głosie.-Proszę o siebie dbać.- Powiedział czlowiek, który palił papierosy, pił dużo alkoholu i brał narkotyki. Każdy jest trochę hipokrytą.
-Mhmmm, nie słyszałem wcześniej tej historii.- Przyznał, kiedy Morpheus skończył swoją opowieść. Zaciągnął się papierosem.-Proszę mi powiedzieć czy im się udało? Mogli być razem?- Zapytał, wypuszczając dym z płuc. Spoglądał na Longbottom’a z bystrą ciekawością wymalowaną na twarzy. Miał nadzieję, że Odyseusz i Penelopa byli szczęśliwi.
-Nie opowiem panu swojej ulubionej historii związanej z miłością, ale…- Zawiesił na chwilę głos, jakby nad czymś myślał.-Znam taką jedną o chłopaku, który zostawił swoją nastoletnią miłość, żeby podróżować. Kilka lat później popełnił ten sam błąd. Kiedy był gotowy do powrotu, okazało się, że jest już za późno - w obu przypadkach. Kobieta którą porzuca się dla własnych ambicji, nigdy nie będzie czekała.- Wyjaśnił i schylił się żeby zgasić papierosa w morzu.-Może… jakby zobaczył pan kiedyś w bąbelkach, czy bohater tej historii znajdzie kiedyś miłość, to proszę dać mi znać. Albo czy już nie znalazł, ale pierwszy raz w życiu boi się zaryzykować.- Poprosił prostując się.-Jestem ciekawy jak to się skończy. Czy mu się uda.- Powędrował wzrokiem za karteczką, którą Morpheus wysłał w kierunku imprezowiczów. On też powinien się zapisać.
-Powoli powinniśmy wracać, panie Longnottom. Tańce zaraz się zaczną.
Potaknął. Powinien. Powinien. Było wiele rzeczy, które powinien. Powinien mieć żonę i dzieci, powinien chodzić do pracy od ósmej do czwartej, powinien trzymać się z daleka od tego, co przynosi czarna magia. Wziął papierosa od Isaaca i zapalił również, karmiąc nawyk. Powinien je rzucić. Co z tego. Dobrze maskowały smród czarnej magii i przypominały mu o lepszych czasach. Smaku nostalgii ciężko się pozbyć.
— Niemal jestem oburzony, że nie znasz tej historii, ale czuję się zaszczycony, że mogę ci ją przedstawić. Odyseusz jest jednym z greckich dowódców, którzy popłynęli do Troi, aby odbić z rąk Parysa Helenę Spartańską, zobowiązany przyrzeczeniem, które sam wymyślił. Gdy wybrano męża Heleny, aby zapobiec rozlewowi krwi pośród adoratorów, ustalono przysięgę, że zawsze przyjdą z pomocą sobie wzajemnie, gdy sprawa będzie dotyczyć Heleny. Tym sposobem zobowiązał się do ruszenia z Itaki pod Troję. Spędzili osobno dwadzieścia lat— głos Morpheusa jakby się załamał na liczbie, jakby coś sobie uświadomił. Coś przykrego przemknęło przez jego twarz, zaraz jednak zabrane przez może. — Gdy powrócił, jego syn był już dorosły, a w pałacu nie rozpoznał go nikt poza starym piastunem i psem, który czekał na jego powrót. Zabił wtedy też wszystkich adoratorów, którzy ogłosili go martwym i próbowali przejąć Itakę przez ślub z Peleopą. Jedną z moim teorii jest ta, że jej tęsknota za mężem była przyczyną jego długiej drogi. Penelopa tkała gobelin i mówiła, że przyjmie adoratorów, gdy go skończy i każdej nocy pruła go, wydłużając nieświadomie nić drogi Odyseusza, bo ten powrócił dokładnie wtedy gdy zmuszono ją do zakończenia pracy.
Westchnął ciężko i porzucił wodę razem z łuskami, które zniknęły, jakby opowiadały inną historię. Historię Małej Syrenki, która porzuciła ogon i stąpała w bólu tysiąca noży dla mężczyzny, który wybrał inną. W swojej miłości dziewczyna zamiast zabić ukochanego, rzuciła się w wodę, aby zmienić się w pianę morską. Kochał tragiczne historie, pewnie dlatego, że bardzo się z nimi utożsamiał.
— Wywróżę ci coś pięknego któregoś dnia. — stwierdził, wychodząc na brzeg. Sól osiadła na włoskach na nogach i wysychała bladym, białym śladem na skórze. Niechętnie jednak opuszczał brzeg. Musiał posprzątać myśli, wszystko spisać. Przestać pędzić. Przestać o nim myśleć.
Dwadzieścia lat.
Cameron wcale nie wyglądał, jakby bawił się jakoś tragicznie. Ruda nie mogła się nadziwić jego nastawieniu, ale może to i lepiej. Bez sensu, jakby rozpaczał nad swoim losem.
Kiedy upiła drinka, poczuła, że ma chęć wskoczyć do wody, jej skóra zaczęła połyskiwać i albo jej się wydawało, albo widziała na niej łuski, ale nie miała zamiaru zostawić Lupina, żeby pójść do wody. Na pewno on również chciałby popływać, więc nie chciała bawić się sama, skoro on był poszkodowany.
- Nie mogło być inaczej, naprawdę myślałeś, że mogę z nim przegrać? - Ona nawet przez chwilę nie zakładała, że mogło się tak stać, i miała ku temu powody. Latała zawodowo, może od paru miesięcy nie, ale takich rzeczy się nie zapominało, szczególnie, że akurat Ruda w czasie wolnym dbała o to, aby pozostać w formie, bo nie miała pojęcia, czy kiedyś nie postanowi wrócić do bycia pełnoetatową szukającą.
- Zwolnienie nie jest takie złe. - Rzuciła lekko, bo przecież sama zupełnie niedawno wylądowała na prawie miesięcznym przymusowym wolnym od pracy. Cameron na pewno nie będzie musiał siedzieć bezczynnie tak długo, jak ona, więc nie było to takie złe. - Odpoczniesz sobie, może wezmę nawet trochę wolnego, żeby zostać twoją pielęgniarką? - Nie wydawało jej się to wcale takim głupim pomysłem, będą mogli spędzić razem trochę czasu, a ona odwdzięczy się Lupinowi za to, co on dla niej zrobił w maju, bez niego pewnie by się załamała siedząc uziemiona w domu.
- Każdemu może się zdarzyć złamać rękę, przecież przypadki chodzą po ludziach. - Czy to podczas ogniska, czy innych codziennych sytuacji. - Ooo, tańce, mogę pójść? - Spojrzała na Lupina i zatrzepotała rzęsami, była to jedna z tych min, która powodowała, że miękkło serce.
Tak właściwie to nie czekała na odpowiedź. - Zaraz wrócę. - Wstała i szybko ruszyła w stronę skrzynek, aby wrzucić kartkę ze swoim imieniem.
- Wyglądasz, jakbyś coś kombinował. - Powiedziała jeszcze do Thomasa F., który stał obok. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, w sumie nie był to jej interes, więc po chwili wróciła na kocyk do Camerona i czekała, aż zaczną parować ludzi.
pet dogs
Przynajmniej tego wieczoru.
Jeszcze się okaże, że znają nas lepiej, niż my sami - pokręcił głową, wiedząc jednak, jak wiele w życiu wniosło spotkanie tych kilku osób, dzięki którym wspomnienia z Hogwartu były jednymi z tych przyjemniejszych.
Czasem zastanawiał się, co by zrobił, gdyby nie oni. I czy w ogóle by tu dzisiaj był.
Znów się zaśmiał, uznając słowa Gerry za komplement.
- Gorzej, jak się okaże, że jednak w końcu zatęsknisz za nudą. - Wątpił, chciał się jednak trochę podroczyć. W końcu życie pełne przygód nie zawsze było kolorowe, szczególnie, gdy brało się udział w małej wojnie domowej. Czasem trzeba było odpocząć. Choć Thomas nie lubił tego robić za często. Lubił, gdy coś się działo, życie pędziło, a monotonia praktycznie nie istniała. Dlatego wybrał ten a nie inny zawód, choć czasem nawet bycie brygadzistą wiązało się z robotą biurkową i chwilową stagnacją.
Zaciekawiło go, gdy Gerry wspomniała o jakiejś tajemnicy. Wyciągnięty palec lekko go rozczulił. Nie byli dziećmi, ale pochwycił go swoim, czując ciepło w swojej klatce piersiowej.
- Jasne, zachowam to dla siebie - przyrzekł, choć trochę się zestresował, co to mogło być. Spojrzał na kobietę, na jej twarz, skupił się na oczach i czuł jednak, że cokolwiek miała pokazać, nie może być to coś złego.
Kręcił głową słysząc przekomarzanki Gerry i Erika, uśmiech jednak nie schodził mu przy tym z ust. Szczególnie, gdy widział, jak kobieta odwzajemniła ten gest, sprawiając jednocześnie, że przez chwilę nie mógł oderwać od niej oczu. Niemalże szczerzył się jak głupi do sera, nie mógł jednak nic na to poradzić. To był naprawdę dobry dzień.
Choć na chwilę zmarszczył brwi, widząc reakcję Gerry, zapewne na kogoś, kto pojawił się przy barze. Zanim jednak zdążył się przyjrzeć o co chodzi, chwyciła jego dłoń i ruszyli na parkiet.
- Uważaj, bo jeszcze nie wiesz, na co się piszesz - odpowiedział jej ze śmiechem, zanim nie porwała ich muzyka.
Nie był wybitnym tancerzem, raczej przeciętnym, dawał się ponieść rytmowi i nastrojowi muzyki, która grała z magicznego radia. W którymś momencie obrócił Geraldine tak, by przy drugim piruecie znalazła się bliżej niego i uśmiechnął się zabawnie, zaraz znów zwiększając dystans. Bawił się tańcem i cieszył tym, że byli tu we dwoje.
- Przed chwilą przy barze, coś się stało? Wydawałaś się na chwilę trochę zdziwiona? - zapytał, poddając się w końcu zżerającej go ciekawości. I prawdopodobnie lekkiem zmartwieniu, które jednak było mocno stłumione. Nie przestawał jednak tańczyć, nawet, gdy zmieniła się muzyka, choć jego ruchy wtedy już tak.
A potem Brenna rzuciła ogłoszenie. Uniósł brwi zerkając w tamtą stronę, spojrzał na Gerry i uśmiechnął się.
- Chcesz się w to bawić? Czy wolisz mieć na dziś stałego partnera do tańca? - Bo skoro ją tu dziś zaprosił, nie chciał sprawić jej dyskomfortu i nagle zostawić tańcząc z kimś kogo kompletnie nie zna, jeśli tego nie chciała.
Szczególnie, że naprawdę dobrze mu się z nią zdobywało parkiet.
JEŚLI TYLKO POZWOLI moja królowa złocista,
chcę WRZUCIĆ NASZE IMIONA DO SKRZYNKI
Zachichotał więc niezręcznie, przyjął kuksańce i komentarze, oddychając z ulgą, że sam sobie dawałby takie same pogróżki, tak bardzo przecież zależało mu na tym, żeby było dobrze i żeby i Nora i Mabel były szczęśliwe. Przeszłość była przeszła i choć Samuel nie potrafił za bardzo kłamać, to jednak przecież nie rozchodziło się o to, że kiedyś ze sobą byli. Jakie miało to znaczenie wobec tego, że są ze sobą teraz? Te wszystkie myśli były takie proste, gdy czuł się tak bezpieczny i chciany w otoczeniu ludzi, których trochę znał, a trochę wcale, ale najważniejsze było to, że Nora była uśmiechnięta. W końcu mógł pomyśleć o tym, jako o spotkaniu przy wodopoju gdzie najróżniejsze gatunki zwierząt jakoś spotykają się i koegzystują, a nawet bawią w wodzie. Nie był zbyt czujny, bo wszystkie jego zmysły nastawiały się na ukochaną stojącą tak samotnie przy barze.
Gdzieś w serduszku ucieszył się, że tak samotnie, bo chociaż był w wybornym nastroju, to różdżkę trzymał w pogotowiu, żeby niedźwiedzią łapą dźwięknąć jakiemukolwiek konkurentowi.
Whisky napełniała go energią i miękkością w nogach. Owinął się wokół Nory jak hehe wąż, wracając nosem do swojego ulubionego miejsca jakim była jej szyja.
– Nie wiem dlaczego, ale nigdy nie widziałem w Tobie kota. To zwierzę, które powinienem kojarzyć z Tobą prawda? Ale koty nie są pracowite. Nie troszczą się o innych. Nie wiem... Patrz, bo Bee to pszczoła, ewidentnie, nie umie na miejscu usiedzieć. Erik jest jeleniem, który wszystkiego pilnuje, Twój brat O! Ten to przypomina mi kota, no dobrze troszczy się, ale o swoją rodzinę, co nie? – szeptał jej zaklęcia, niebieskimi jak niebo oczyma ześlizgując się osoba po osobie. – Morpheus i Isaac to dwa ptaki, choć Morpheus przywodzi mi na myśl bardziej feniksa, a Isaac świergotnika. Dora to driada, może nie zwierze, ale też dobry duch, a ten tam... – zmarszczył czoło dostrzegając Basiliusa. Wyglądał... dziwnie znajomo. – Znasz go? Kto to jest? – zapytał ukochanej, po czym skupił się na tym, że ludziska jednak wrzucali te karteczki do skrzynki. Spiął się nieco.
– Nie wiem czy chcę, żeby ktoś mi Ciebie porywał dzisiaj, ale... ale mówiłaś, że ich lubisz, więc jeśli to jest ok dla Ciebie to będzie ta cała zabawa ok dla mnie – wybabrolił jej w kark, przyciskając jej ciało mocniej do swojego, wciąż mokrego i już całkiem chłodnego, ale najwidoczniej nie robił mu ten dyskomfort wcale. Nie potrzebował też zielonego drinka, aby być zazdrosny o swoją kobietę, ale jeśli tylko było takie jej życzenie, podszedł do skrzynki i wrzucił ich imiona.
Alastor nie do końca rozumiał, co działo się pomiędzy Eden i jego siostrą, więc przesunął pomiędzy nimi nieco pytającym wzrokiem, ale ostatecznie żadne pytanie jego ust nie opuściło. Obie darzył zaufaniem na tyle mocnym, aby uznać, że jeżeli to jest coś naprawdę istotnego, to by mu o tym powiedziały. Tak? Naprawdę mocno zawiódłby się na obojgu, gdyby nie miał w tej sprawie racji i mimowolnie odsuwał tę myśl z dala od siebie, chociaż lubił takie sprawy oceniać dosyć trzeźwo.
Wysłuchał Botta z cieniem ekscytacji wypisanym na twarzy. Szczerym. Rzadko w takich sytuacjach udawał cokolwiek, przecież bliscy i tak by go przejrzeli, a poza tym... co on niby miał do ukrycia. Gdyby to przedstawienie go nie obchodziło, nie bałby się do tego przyznać.
- Możemy tam pójść. - Zrobiłby to dla Botta, trochę dla siebie, trochę też dla tej sprawy - zapamiętanie twarzy tych mugolaków mogło przydać mu się w przyszłości, gdyby jednak Śmierciożercy obrali ich sobie na cel. - I... ee... - Alastor zamilkł na moment. - Naprawdę przespałem coś takiego? - Ale w gruncie rzeczy to tę potańcówkę pamiętał jak przez mgłę. Nietrudno było się domyślić, że markotny Moody nie był na tych przyjęciach Longbottomów wodzirejem. Kurwa mać. To było trochę żenujące, ale nie na tyle, żeby kiełkujące w nim emocje wypełzły na zewnątrz.
- Zgadzam się z Bottem, nie wygłupiaj się, Eden. Jesteś tutaj mile widziana, a jeżeli nie chcesz tutaj być, możesz powiedzieć to wprost, żadne z nas się nie obrazi. Co najwyżej zadamy ci później niezręczne pytanie przy drinku, ale zbycie nas rozmową o pogodzie to wystarczający sygnał, żebyśmy dali sobie spokój. - Uśmiechnął się do niej ciepło, bez cienia niezręczności.
Nie umknęły mu słowa, jakie Alexander rzucił w kierunku Bertiego, powstrzymał się jednak przed uniesieniem brwi. Życie nauczyło go, że miłość przyjmowała różne formy, nawet jeżeli te formy wywoływały na jego plecach dziwne dreszcze zniechęcenia. A może zazdrości? Nie wiedział, sapnął jedynie, jakby sobie o czymś przypomniał.
- Idź, nie wahaj się, poznasz więcej osób. Chętnie pogadałbym dłużej, szczególnie o tych umiejętnościach waszej grupy artystycznej... - Zasoby finansowe Alastora wynosiły teraz zapewne mniejszą liczbę sykli niż liczba osób heteroseksualnych w tej grupie rozmówców, ale i tak ciekaw był potencjalnych zleceń, jakich mogliby się ewentualnie podjąć. O ile byliby tym zainteresowani, rzecz jasna. - Muszę się jednak udać na stronę, a ciebie pewnie wzywa krzyk Brenny...? - Do niego też spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło mu niebywale drętwo. Zdecydowanie nie posiadał równego Alexandrowi uroku osobistego. Posiadał za to wybrakowany rząd nierównych zębów.
Do reszty skinął głową, że zaraz wróci i zniknął, jak to on. Przez resztę zabawy przebywał gdzieś z boku, rozmawiając z losowymi osobami, głównie narzekał na sytuację w państwie.
A moje kobiety nie chciały poczekać na mnie kilku lat... pomyślał, zamyślając się na ułamek sekundy. Uśmiechnął się do własnych myśli.
-Dwadzieścia lat.- Powtórzył. Czuł, że w dwudziestu latach wypowiedzianych na głos przez Morpheus'a, kryła się prawdziwe smutna historia. Może nawet tragiczniejsza niż ta o Penelopie i Odyseuszu?
-Panie Longbottom, kiedy Odyseusz wrócił i zabił wszystkich zalotników, to na powrót zjednoczył się z Penelopą?- Dopytał. Była to dla niego bardzo istotna informacja. Lubił dobre zakończenia, nawet jeśli droga do nich prowadziła bohaterów przez prawdziwą mękę.
-A czy wierzy pan, że każda historia miłosna ma prawo bytu? Opowiem panu całkiem... zabawną historię, bo jestem ciekawy co pan o tym myśli.- Powiedział, zerkając na Morpheusa z ukosa. Czuł jak piasek oblepia mu stopy.-Moja skrzatka domowa - Mimka, jest bardzo oczytana. Uwielbia pisać historie miłosne do szuflady. I oczywiście sama chciała być bohaterką jednej z nich. Podróżowała ze mną po Europie i wymyśliła, że chciałaby poślubić innego skrzata domowego. Przyznam szczerze, że nie wiedziałem co na to odpowiedzieć, więc cały czas jej powtarzałem: Mimcia, jesteś taka mądra, oczytana, jeździsz ze mną po Europie i powinnaś znaleźć sobie męża, który jest tak samo mądry jak ty.- Mówił.-Mimka przyjęła do wiadomości i myślałem, że już jej przeszło, ale... ostatnio powiedziała, że poznała skrzata w bibliotece Parkinsonów, który jest tak samo mądry i oczytany jak ona.- Opowiadając tę historię, coraz szerzej się uśmiechał.-Bo widzi pan, ona tak uwielbia książki, że pozwoliłem jej chodzić do biblioteki i udawać, że wypożycza je dla mnie, a nie dla siebie. I teraz chce brać ślub. I co pan na to?
– to have someone see you.
Nie skomentował już bardziej jej słów, śmiejąc się tylko na nie pod nosem, bo wyobrażał sobie już taką ścianę dumy, jaką jej matka mogła mieć w swoim pokoju rozplanowaną. To było nawet urocze, chociaż on pewnie zareagowałby dokładnie tak samo, gdyby Enida próbowała czegoś podobnego na poważnie - bo tylko trochę się z nim podroczyła i schowała artykuł do archiwum.
Po tym jak wrzucił swoją karteczkę do skrzyneczki, skorzystał z okazji że był tak blisko baru. W końcu trzeba było spełnić deklaracje, że jeszcze zdąży zainteresować się tymi kolorowymi drinkami, które miał w zanadrzu Teddy. Nie pytał o listę konkretnych efektów, bo to by przecież całkowicie mijało się z celem drinków z niespodzianką, a na pytanie chłopaka co podać, powiedział mu, żeby go zaskoczył. Alkohol jak alkohol, a bardziej teraz zależało mu na przetestowaniu, co ciekawego mu się trafi.
Posmak czekolady rozlał się po podniebieniu w całkiem przyjemny sposób. Drink był smaczny, chociaż Atreus nie powiedziałby, że akurat czekolady się tutaj spodziewał. Upił jeszcze łyk, przez moment przyglądając Brennie i facetowi, który do niej podszedł. A potem na nowo przeniósł uwagę na Tediego.
- Daj mi coś jeszcze do picia. Dla Brenny - wskazał kciukiem za siebie, w kierunku Longbottom. Nie miał bladego pojęcia co lubiła pić, ale uznał że bezpiecznym było zakładać iż ktoś inny, szczególnie barman, może mieć takie informacje. Jeśli nie, to zwyczajnie i tak będzie mógł zwalić winę na niego.
Przez moment przyglądał się jak chłopak coś tam miesza, a kiedy skończył, odebrał od niego napój i ruszył w kierunku rozmawiających.
- Proszę, to dla ciebie. Jeśli trafione, to nie ma za co, a jeśli nie to cóż, barman dostał ode mnie za dużo wolności przu zamówieniu - uśmiechnął się, nieco rozbawiony, a potem spojrzał na Thomasa. - Ateus - przedstawił się krótko, wyciągając ku niemu rękę.
!drinkzniespodzianką
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości