Jonathan, słysząc, że właścicielka stoiska doceniła komplement, posłał jej promiennym uśmiech.
– Ciężko jest ich nie doceniać, kiedy nie można wręcz oderwać od nich wzroku – odpowiedział, odbierając od czarownicy zapakowane produkty, a następnie zwrócił się z powrotem do Lyssy. – Nic się nie stało. Świat byłby znacznie smutniejszym miejscem, gdybyśmy się nigdy nie zamyślali, moja droga– zapewnił młodszą Mulciber, przenosząc spojrzenie na otrzymany pakunek i udając, że wcale nie próbował zerknąć na jej aurę, co nie do końca mu wyszło. – Dla kogoś, chociaż może się skuszę i ją sobie zostawię, jako apaszkę– odpowiedział pół żartem, pół serio. W sumie to nie miał pojęcia, czy ten prezent miał w ogóle jakiś sens. Wpadł na ten pomysł przed chwilą i nie za bardzo myślał, czy był dobry, czy też nie.
Nie mógł jednak zbyt długo nad tym rozmyślać, bo zaraz Anthony zadeklarował, że musiał go koniecznie komuś przedstawić, więc uśmiechnął się do kobiet, podziękował za tę wspólną część spaceru i rzucił wesoło, że nie mógł się doczekać wspólnych cynamonek, a potem ruszył za Anthonym w kierunku stoiska Mulciberów, przy którym nagle został otoczony przez dziwny język, który chyba należał do rodzin języków skandynawskich, ale równie dobrze mógł to być portugalski, bo raczej nie niemiecki. Najwidoczniej jednak był to ktoś, kogo Shafiq bardziej niż kojarzył, sądząc po reakcji młodego czarodzieja.
– Witam, widzę, że mam zaszczyt obserwować jakieś wesołe spotkanie? – spytał wpatrując się w twarze zgromadzonych tu osób, tylko na chwilę prześlizgując się wzrokiem po wystawionych towarach. – Czy mimo tego, mógłbym wam przeszkodzić w tej sympatycznej rozmowie i poprosić o świecę rytualną, jak i tę czerwoną, żółtą i pomarańczową?