• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[22.09.1972] No mourners, no funerals

[22.09.1972] No mourners, no funerals
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#11
19.11.2025, 20:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2025, 10:35 przez Lorraine Malfoy.)  
Części posta tylko dla was są schowane pod odpowiednimi spoilerami, żeby nie zanudzić. Ramki z waszymi imionami rozwijają się, jeśli na nie klikniecie.

Wszyscy zostaliście przytuleni i wycałowani w oba policzki, więc... Zapewne zapomnieliście, jak właściwie przywitała was Lorraine. Jeśli pozwoliliście sobie poddać się choćby na chwilę jej przyjemnie upajającej aurze wili, mogliście się poczuć tak, jakbyście wychylili duszkiem kubek tej samej ciepłej herbaty z miodem, która czekała na was na stole. Zęby nie ścierpły jednak od słodyczy, bo na języku czuło się goryczkowy dodatek czegoś mocniejszego. Ale tak to już było z tymi wilami, które niespecjalnie przejmowały się kontrolowaniem swoich mocy. To delikatne podchmielenie szybko mijało, nie pozostawiając po sobie kaca, a jedynie przyjemny poszum w głowie. Poszum podejrzanie przywodzący na myśl chichot Lorraine. Sama Lorraine zdawała się bowiem przeszczęśliwa. Zwykle cicha i stonowana, a momentami wręcz sztywna w swoim zachowaniu, dzisiaj wykazywała zdecydowanie mniej powściągliwości. Widać od święta nawet ona wyciągała kija z dupy. Co najmniej dwa razy głośno się zaśmiała! Było coś niemal dziecięcego w tej jej radości, jak gdyby sama obecność tak wielu ludzi wokół stołu sprawiała, że przeobrażała się w duszę towarzystwa. Kogoś, kogo wszędzie było pełno, i kto zabiegał o to, abyście czuli się w Necronomiconie jak najlepiej. Mogliście być pijani Lorraine, ale ona z pewnością była bardziej pijana wami. Nie wiadomo, jakim cudem wszystkich was zdążyła sobie przedstawić, ale to zrobiła. I chociaż w całym tym chaosie mogliście wciąż zapomnieć czyjegoś imienia i nazwiska, zostaliście wybawieni od konieczności niezręcznego zapoznawania się z innymi na własną rękę.


[+]Scarlett, Frida
– Czujesz jakie mam miękkie włosy po tym twoim olejku? – spytała z uśmiechem Lorraine, gdy Scarlett delikatnie odgarnęła kilka upartych kosmyków z jej twarzy. Uratowała je zapewne przed zajęciem się płomieniem, bo nachylona nad stołem Lorraine właśnie podpalała różdżką ostatnie świece w lichtarzach.

Czy ktoś znajdzie potem w swojej zupie włos wili? Tak to jest mój oficjalny wniosek o dopisanie włosów wil do surowców magicznych pfff
Rzut TakNie 1d2 - 2
Nie

Słowa Scarlett musiały ją poruszyć, bo poza krótkim "dziękuję", Lorraine milczała, jak gdyby potrzebowała chwili, aby opanować nagły zalew uczuć. Oczywiście, pozwoliła kuzynce wpiąć sobie w tym czasie kokardę we włosy, pochylając głowę, aby było jej wygodniej. Zaraz potem zgarnęła ze stołu swoją łyżkę, żeby razem mogły przejrzeć się w wypolerowanej powierzchni niby w zwierciadle.
– Obie przepięknie wyglądamy – stwierdziła próżnie, odwróciwszy zaraz głowę, aby ucałować Scarlett w policzek. – Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najśliczniejszy w świecie... I dlaczego chowa się za ołtarzem? Chodź tutaj, moja ślicznotko, będziesz cała w pajęczynach – zwróciła się łagodnie do Fridy, która przypadła zaraz ku niej. Razem wręczyły Scarlett jej prezent z okazji Mabon, jakim był ręcznie zdobiony album na zdjęcia. Może niedługo wszyscy pojawią się na jego kartach? Na razie Lorraine wzięła na siebie zadanie przedstawienia Scarlett gościom.
Scarlett Mulciber. "Przyjaciółka" Baldwina, dodała ze znaczącym uśmiechem Lorraine, przedstawiając Scarlett wszystkim po kolei. Dopiero co przyjechała z Norwegii z resztą rodziny. Często bywasz u tamtych wybrzeży, Berht? Nie uwierzysz, ale Scarlett to z zamiłowania egzorcystka. Obecnie kształci się na prawnika..., chwaliła się kuzynką. A żebyście posłuchali, jak gra na skrzypcach. Stanleyu, nawet ty byś się wzruszył!


[+]Daegberht, Abigail, Baldwin, Frida
Nie wiadomo kiedy Lorraine zmaterializowała się u boku Baldwina, który witającego razem z Fridą Dægberhta i jego córeczkę. Witając się z gośćmi, Lorraine ujęła Fridę za łapkę, żeby dodać ghoulce odwagi.

– Alhazred przywiózł go z daleka – odpowiedziała z zadumą Lorraine na uwagę o posągu Matki. – Nigdy nie chciał mi jednak powiedzieć, skąd dokładnie. A ja nie śmiałam za jego plecami pytać o to żadnego widmowidzów. Ale i ty nie o wszystkich podróżach mi przecież opowiadasz. – Lorraine uśmiechnęła się do Dægberhta swoim wiedzącym uśmiechem, zanim życzyła mu wesołego Mabon.

– Abigail! Coraz podobniejsza się robisz do mamy – zwróciła się bezpośrednio do córeczki Flinta, gdy ta już została wyściskana przez Fridę. Lorraine przyklękła u boku Abigail, aby ją przytulić i pochwalić, jakie ma piękne spinki we włosach. Nie zamierzała udawać, że Vivianne nie istnieje, bo znała ją, utrzymując kontakty z bohemą artystyczną. Nawet jeśli Lorraine osądzała Berhta, swoje osądy zachowywała wyłącznie dla samej siebie. Być może do głosu dochodziła wówczas ta bardziej wila część jej natury, która instytucję małżeństwa uważała w skrytości ducha za głupotę. Mężem się bywało, ale ojcem się było. A to, że Berht miał problemy z tym pierwszym, obchodziło ją znacznie mniej, niż to drugie.
W swoim ojcowstwie zdecydowanie mógłby wziąć przykład z Baldwina, pomyślała, patrząc na wesołą Fridę.

Ale kowen mówił, że zamiast osądzać, należało raczej dawać przykład. Dlatego Lorraine odwróciła uwagę wszystkich prezentem. Ujęła delikatnie dłoń Berhta, uśmiechając się lekko, gdy ułożyła ją podług swojej woli na wręczonym mi śpiewniku. Skinieniem głowy zachęciła stojącą obok Abigail, aby zrobiła to samo. Upewniwszy się, że dziewczynka jest w pełni skupiona, Lorraine z namaszczeniem poprowadziła palec Dægberhta po uproszczonym rysunku pięciolinii. Taka sama pięciolinia została wyrysowana na każdej ze stron, tuż pod tekstem piosenki. Nie spuszczając wzroku z twarzy stojącej obok dziewczynki, zademonstrowała jej, jak jednym ruchem ojcowskiego palca wyrysować na pięciolinii klucz wiolinowy. Ze śpiewnika popłynęła wówczas prosta melodia.
– A teraz tata ci pokaże – położyła dłoń Dægberhta na dłoni Abigail. – Zobaczymy, czy zapamiętał. Jak nie, to ty mu pokażesz, dobrze? Tylko nie graj mu cały czas nad głową, bo gotów przestać mnie lubić za te prezenty – dodała konspiracyjnym szeptem, puszczając ukradkiem oczko do przyjaciela.
Dægberht został przedstawiony Scarlett i reszcie zgromadzonych jako najdzielniejszy żeglarz, jaki pływał po morzach świata, mężnie powracający zbłąkane dusze na łono Matki.


[+]Maeve
– Aha, czyli nie kochałabyś mnie, gdybym była szczurem? – Lorraine fuknęła na ukochaną niczym rozzłoszczona kotka. Cała się najeżyła, założyła nawet ręce na piersi... Tani był to jednak blef, bardzo tani, bo nie potrafiła powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy chwilę później.
– Co tak długo – wymruczała do ucha Maeve, gdy się w nią już wtuliła. Nikt pewnie tego nie zauważył, ale Maeve zdążyła dostać od Lorraine więcej buziaków niż wszyscy w Necronomiconie razem wzięci. – Mama cię chyba tyle nie trzymała? Wszystko w porządku?

Aż sapnęła z wysiłku, gdy Maeve wręczyła jej klatkę ze świecącym szczurem. Zmrużyła lekko oczy, próbując przyzwyczaić się do żarówiaście niebieskiej poświaty, jaka biła od zwierzęcia.

– Wyglądasz na zagłodzonego – zwróciła się łagodnie do napasionego szczura, odstawiając klatkę ze zwierzęciem na krzesło. Była zbyt ciężka, żeby dalej trzymać ją w ręku. Zwierz zgodził się z nią dzikim piskiem. – Czekaj znajdziemy ci coś do jedzenia – mruknęła. Sięgnęła po leżące na stole pieczywo... Zaraz, a gdzie poznikały wszystkie przylepki od chleba? Nie miała pojęcia. Szczur dostał więc swój przysmak: grzyby z rozdrobnionego pasztecika, żeby uspokoił się przynajmniej na chwilę.
Maeve Chang, przedstawiłaby ukochaną, moja najserdeczniejsza przyjaciółka, przyjaciółka od serca... Tylko że Maeve chyba nie potrzebowała jakiegokolwiek przedstawiania. Bo wszyscy przecież znacie herbaciarnię Changów! Lorraine zdarzało się zresztą zbyt często wtrącać w rozmowach, zwyczajem irytujących, zakochanych nastolatek: "bo Maeve powiedziała mi...", "a gdy byłyśmy z Maeve na grzybach, to...", "to mi przypomina, jak Maeve...", i tak dalej. Jak nie znaliście Maeve przynajmniej z tych opowieści, to czy w ogóle znaliście Lorraine?!


[+]Peregrinus
Peregrinusowi poskarżyła się z zabawnie zbolałą miną, że powinien uprzedzić ją, aby również przywdziała czerń.
– Bo czerń, mój drogi, wyszczupla, a wiesz, co właśnie zasugerowała mi Maeve? Że jestem przy kości!
Oczywiście śmiała się, lekkim uśmiechem komplementując jasnowidza, że przynajmniej on wygląda świetnie. Wcale nie tak, jakby nie spał kilka nocy z rzędu patrząc w gwiazdy, wcale! Widać było po niej, że śmiechem próbuje jednak pokryć wzruszenie. A może po prostu wyobrażała już sobie niedzielną przeprawę z Fridą. Bo mała ghoulka na pewno będzie chciała wybrać się na nabożeństwo w sukience w biedronki, w butach biedronkach... I w czerwono-czarnych przeciwsłonecznych okularach-biedronkach. Nieważne, że zapowiadali deszcz.
– Wesołego Mabon, Peregrinusie – szepnęła mu na ucho, wręczając mu swój prezent. Zaczarowaną mapę nieba zwiniętą w rulon, przewiązaną najpiękniejszą różową wstążką, jaką zdołały znaleźć w pasmanterii razem z Fridą.
Pośród panującego w zakładzie pogrzebowym chaosu, Lorraine nie zapomniała o Peregrinie. Zaprosiła go, żeby usiadł blisko niej, Dægberhta i Alhazreda, wierząc, że będzie mógł się poczuć komfortowo pośród znajomych twarzy. Wybawiła go też od konieczności opowiadania o sobie tym, którzy go nie znali. Przedstawiała go jako mistrza Peregrinusa Trelawneya, jasnowidza, wybitnego wróżbitę, przyjaciela... A tak w ogóle najmądrzejszą osobę zaraz obok szacownego mistrza Alhazreda, która kiedykolwiek przekroczyła próg tego zakładu pogrzebowego (nieważne, czy zrobiła to o własnych siłach, czy wniesiona została do Necronomiconu na marach).


[+]Stanley
Stanley pojawił się w Necronomiconie z tyloma prezentami, że Lorraine na chwilę zaniemówiła. Broda nieprzyjemnie drapała, gdy całowała go w policzki, ale zostało mu to wspaniałomyślnie wybaczonym.
– Stanley – mruknęła, tylko gdy już skończyli się witać. – Czy to wino mszalne?
Odpowiedzi na pytanie nie uzyskała. Ponad ramieniem rzuciła więc tylko wymowne spojrzenie Baldwinowi.
– Przypomnij mi, czy miałeś już okazję poznać Scarlett? Nie mówiłam jej o... No wiesz. Rodzinnych powiązaniach. Porozmawiajcie może, gdy będzie dobry moment, hm? – Z uśmiechem poprawiła kołnierzyk Stanleyowej koszuli, zasypując go opowiadaniem o prezentach, które przygotowała dla Francisa. Frida nawet namalowała mu laurkę!
Stanley Andrew Borgin zasługiwał na równie godne przedstawienie, co reszta. Tym, którzy go nie znali, został więc zaprezentowany jako zaprawiony biznesmen, właściciel najlepszego podziemnego pubu na Nokturnie i przyjaciel Lorraine i Maeve ze szkolnej ławy.


Gdy wszyscy zebrali się już, żeby zasiąść przy stole, Lorraine zadbała o to, aby przejść obok krzesła Stanleya. Wcisnęła mu wówczas na głowę własnoręcznie zrobioną na drutach czapkę, a na szyję zarzuciła szalik.

– Jeszcze raz szczęśliwego Mabon wszystkim – stwierdziła śpiewnie, okrążając stół. Oparła przy tym dłonie o ramiona Maeve, która trzymała w objęciach Fridę. Otuliła obie skórzaną kurtką, bo chociaż prezentów spodziewała się później, jakimś sposobem wręczyła wszystkie zanim jeszcze zaczęła się kolacja.

– Dziękujemy, że przyszliście z nami świętować – powiedziała Lorraine, skupiając na sobie uwagę gości. – Normalnie poprosiłabym Baldwina, aby czynił honory, odmawiając modlitwę... Ale chyba nie obrazisz się, że w taki wyjątkowy dzień oddam przywilej gościowi, prawda? Berht? Zrobiłbyś nam tę przyjemność i powiedział parę ładnych słów w podzięce Matce? Zgromadziła nas tu dzisiaj w tak licznym gronie.

Ustalam wstępnie termin odpisu do 27 listopada, do godziny 23:59. You know the drill Serduszko


Yes, I am a master
Little love caster
Ancymon
"Niewierny jest ten, kto żegna się, gdy droga ciemnieje"
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Nie jest ani wysoka, ani niska, mierzy dokładnie 168 cm. Włosy w kolorze jasnego blondu, ślepia kocie w odcieniu lodowego błękitu. Oczy duże, nosek mały i nieco zadarty, pełne usta na których często widnieje zaczepny bądź pogardliwy uśmiech. Pachnie słodko, lecz nie mdło, mieszanką wanilii, porzeczki i paczuli.

Scarlett Mulciber
#12
28.11.2025, 18:48  ✶  
Czujesz jakie mam miękkie włosy po tym twoim olejku? - czuła, były aksamitne, chociaż włosy Lorraine zawsze były przyjemnie miękkie i sypkie, przelewając się po ramionach Malfoy z każdym jej ruchem. A jednak czuła, tak jak i czuła ten uroczy słodki zapach.
Gdy wróciła na swoje miejsce jej ślepia zastygły na Baldwinie, trzymał się całkiem nieźle, chociaż wiedziała, że w rzeczywistości nie było z nim tak kolorowo - w końcu była pełnia.
Jak tam spotkanie z ojcem? - nieznacznie wydęła usta, wpadając w zadumę. Musiała niejako przetrawić to pytanie zastanawiając się od czego powinna zacząć. Dobrze? a może powinna wspomnieć z westchnieniem co się działo za zamkniętymi drzwiami Mulciber Manor.
Skinęła głową, gdy poprosił aby się wstrzymała i podążyła za nim wzrokiem, gdy poszedł witać się z pozostałymi.
Musiała przyznać przed sobą, że tu atmosfera była inna. Bardziej... życzliwa? Luźna? Pozbawiona tego kija, który nakazywał siedzieć prosto z zadartym nosem i wykreowanym uśmiechem. Było to ciut dziwne, ale jednocześnie niesamowicie komfortowe.
Obserwowała jak Malfoy przecina się z co innym gościem szybko rozumiejąc swój błąd, a raczej nieznajomość tutejszych zachowań. Była pewna, że prezenty będą po kolacji. Jakoś tak przypadkiem założyła, że w każdym domu jest tak samo i nie zapytała.
Gdy Baldwin do niej wrócił, niemal z marszu nieco się przysunęła, brakowało jej jego towarzystwa przez ostatnie godziny, potrzebowała ciut naładować baterie, pogrzać się w ciepełku jego dłoni i ciut zapomnieć o tym jak na niedawnym rodzinnym spotkaniu co jakiś czas wszyscy obrzucali się mięsem lub ciut bardziej wyrafinowanymi szpileczkami. 
Mam coś dla ciebie - jej wzrok najpierw zatrzymał się na jego jasnym spojrzeniu, aby zaraz przesunąć się na pudełeczko. I mimo, że ta zawsze ma jakiś komentarz na końcu języka, tak teraz na widok kolczyków zabrakło jej słów.
Zamrugała, obserwując kolczyki z mieszanką podziwu i zdziwienia, bo chociaż dostawała od Baldwina prezenty już wcześniej, te nie były tak drogie, a to ewidentnie wyglądało drogo.
Zarejestrowała tekst o babce jednym uchem, zapisując tę informacje na późniejsze mini śledztwo. W końcu Lorraine wiedziała wszystko o tej rodzinie, a jej albumy wręcz wysypywały się z regałów, także na sto procent mogłaby nieco wylewniej przybliżyć jej kim była rzekoma babka.
Uniosła dłonie, układając je na policzkach Malfoya
-Są prześliczne, dziękuje - szepnęła, aby w kolejnej chwili delikatnie acz czule musnąć wargami jego usta, zawieszając na nich przez chwilę całą swoją uwagę - też cos dla ciebie mam... żebyś nie myślał że nie - zachichotała cicho - po prostu myślałam, że prezenty będą po kolacji... - dodała ciut zmieszana tym faktem. Następnym razem będzie wiedziała, aby dopytać.
Na powrót przeniosła wzrok na kolczyki, muskając opuszkami palców pudełeczko. W głowie już pisała list do Alexandra aby to mu się pochwalić jak cudownego ma chłopaka i posłuchać jak ten marudzi, że cieszy się jej szczęściem, ale żeby za bardzo nie odleciała, w dodatku przecież jest panną czystej krwi więc zasługuje blablabla... lubiła to, dlatego też tak często pisała, dzieląc się ciekawostkami ze swojego życia i chorymi przemyśleniami.
Zresztą jaki list, żaden list, już zaplanowała, że w najbliższym czasie ponownie wpadnie do Mulciber Manor i będzie tak długo nachylać do niego uszka, aż w końcu przestanie udawać, że nie widzi kolczyków.
-Wiesz... cieszę się, że ostatnie godziny Mabon spędzimy razem - wyznała, unosząc na niego wzrok. To był intensywny dzień, a Ona cieszyła się, że w końcu wróciła do domu, do miejsca gdzie nikt nie narzucał co może, czego nie, jaka powinna być. Wróciła do nieidealnych sztućców, roześmianej Fridy, uśmiechniętej Lorraine, która starała się aby wszystko wyglądało idealnie i Malfoya, którego w końcu miała na wyciągnięcie ręki.
Przeniosła wzrok na Lorraine, gdy ta postanowiła się odezwać do ogółu. Powiodła za nią spojrzeniem, a uśmiech sam zawitał na jej ustach.
-Wygląda na szczęśliwą... - szepnęła, a zaraz wyciągnęła w kierunku Malfoya dłoń, gdy Lorraine wspomniała o modlitwie. No bo przecież zawsze trzymali się za łapki podczas modlitwy, nie? Więc w jej umyśle inna opcja nie wchodziła w grę.
oceanic feeling
Wipe the feet, the knees
Crawl to angry sea
I feel trampled here

The night just cradle in me
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda, twórca
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote, ale to iluzja optyczna. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum - czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#13
28.11.2025, 21:01  ✶  
Część dla osób, co ze mną w interakcję weszły

Mina pana Flinta była tak wesoła i tak serdeczna, jak tylko się dało. Niektórzy powiedzieliby pewnie, że było w jego obyciu coś wyjątkowo upiornego, ale on na to nie zważał - uśmiechał się wesoło zza kaskady tych pięknych, choć nieco roztrzepanych przez wiatr, długich włosów i... pozostawił Fridę samą sobie. Bo Dægberht, wbrew wszystkiemu, co można było o nim pomyśleć, nie był człowiekiem bardzo nachalnym. Jego córka, wychowana z takim ojcem właśnie stała się tegoż zachowania przeciwieństwem – bardzo się więc tym wszystkim przejęła i kiedy starszy Flint zniknął z zasięgu wzroku Fridy tak szybko, jak potrafił zatonąć statek podczas sztormu, malutki Flint towarzyszący zaczął mówić, mówić i mówić... o matkomatko-matko-matkooo matulu przenajświętsza aaaaa – bo tak bardzo się tego nie spodziewała ani tej słodyczy, ani tego przyjęcia. Tata ją przecież zabierał głównie na jakieś nudne nabożeństwa, podczas których śpiewał pieśni, pił wino i batożył się mówiąc, że na to zasłużył (i czasami chyba miał rację).

– Czy... – zaczęła niepewnie, zadzierając głowę do góry i wpatrując się w Lorraine jak w obrazek, z przeszklonymi oczyma i błagalnym spojrzeniem – czy jak zjem całego kotleta, to możemy się iść pobawić? BYŁOBY CUDOWNIE.

Przykre pytanie: dlaczego zadała to pytanie pani domu, a nie własnemu ojcu, albo Fridzie, pozostawało niezwerbalizowane. Unosiło się jednak w powietrzu z całą swoją niezręcznością. Szczególnie, że świadkiem tego był przekazujący jej karty Peregrinus.

Dægberht wydawał się nie przejmować ani Abigail, ani Fridą, jakby kompletnie ręki do dzieci nie miał, ale to nie była do końca prawda. Trelawney, jego wspaniały przyjaciel, mógł momentami wibrować jak dziwacy postrzegający dzieci bardziej jako obiekty badawcze niż żywych ludzi, ale bardzo się starać, a on był jego przeciwieństwem – znał dzieci na wylot i z jakiegoś powodu aż za dobrze wyczuwał, kiedy przychodziła pora na milczenie, a kiedy dziecko należało podnieść i zrobić mu samolocik. Próbował utrzymać idealny życiowy balans, tak aby żadne z nich się go nie bało, a jednocześnie nie był dla nikogo pierwszym wyborem, kiedy nie życzył sobie cudzego towarzystwa. Niestety idealnym człowiekiem nie był. Mógł być dobry i był, mógł ogrzewać swoim jestestwem jak słońce wznoszące się nad jego ukochanym Kairem, ale coś jego wnętrzu zdawało się zionąć permanentnym chłodem. Nikt jeszcze nie zdołał przebić się do jego wnętrza przez tę cholerną skorupę i ogrzać miejsc, które zakrywał przed światem nawet wtedy, kiedy nazywano go bezczelnym narcyzem. Abigail z tym walczyła. Kiedy Flint wciąż pierdzielił coś Lorraine o posągu, ona wciskała mu bez słowa do rąk przedmioty, których nie chciała już trzymać i wyjmowała te, za którymi zdążyła przez tych kilka sekund zatęsknić. Jako że trzymał wciąż własne upominki dla organizatorki przyjęcia, przełożenie wszystkiego do jednej ręki było problematyczne. Udało mu się cudem. Wbrew wszelkiej logice nie wyglądał też przy tym jak skończony idiota.

– Baldwinie! – Do niego również się uśmiechnął, sięgnął do niego dłonią i... no, zawiesił się na moment. – Jeszcze nie w tym roku – odpowiedział zgodnie z prawdą, odrobinę zdziwiony jak długo zajęło mu wymyślenie odpowiedzi, bo w słowach był sprawniejszy od wszystkich zebranych, ale wszystko jakoś źle mu w głowie brzmiało. – Będziemy widywali się częściej, bo przybiłem do Londynu na dłużej, a Whitecroft nadal jest moim domem. – Niestety nie było tu czasu na poruszające historie, nawet jeżeli przedstawiono go jako najdzielniejszego żeglarza, jakiego Lorraine udało się poznać.

W Necronomiconie narastał chaos.

Chociaż był charyzmatyczny ponad standard i radził sobie w takich sytuacjach doskonale, momentalnie zatęsknił za smakiem rumu. Jeszcze kilka tygodni, nim przestanie pić. Może... kilkanaście.


Tutaj już siedzę przy stole

Nowo poznaną osobą, która najbardziej przypadła Dægberhtowi do gustu, była niewątpliwie Scarlett. Kiedy Lorraine mu ją przedstawiała, mężczyzna uśmiechnął się do niej szeroko i wyraźnie chciał ją o te egzorcyzmy zagadać, a siedząc przy stole, posłał jej dwa równie serdeczne uśmiechy. Nie ignorowały one egzystencji Baldwina ani nie były flirciarskie – wyglądało po prostu na to, że zechce ją później zaczepić.

Większość jego uwagi skupiała się na osobach siedzących przy nim. Przez moment opierał się nawet łokciem o ramię Peregrinusa, ale szybko zaniechał – bo poproszony o modlitwę nie mógł przecież odmówić.

Najpiękniejszym śpiewnikiem poświęconym Pani Księżyca nie był żaden z dzisiejszych prezentów. Najpiękniejszego śpiewnika nie dało się znaleźć w Whitecroft an w żadnym z innych brytyjskich kowenów. Najpiękniejszy z nich wytatuowano na ciele siedzącego wśród nich marynarza.

– Był czas, kiedy przemierzałem szkockie góry i osiadłem w wiosce nieopodal słynnej Beinn Dòbhrain, gdzie usłyszałem, jak starzy ludzie ze stoków tej góry opowiadają o złym duchu – Gaemailtcie – istocie złożonej z mroku, nieprzybierającej żadnej postaci choćby podobnej człowiekowi lub zwierzęciu. Spowijał swoją ciemnością przybyszów, którzy dostrzegli go jako cień pod górskim głazem, albo jako złotą łzę piaskową w rwącym strumieniu okolicznej rzeki. Szeptał do serc słabych ludzi i zasiewał tam pustkę.

Powiadam wam, nigdy żeście nie widzieli tak bogatej wsi. Wszyscy obsypani kamieniami od stóp do głów wędrowali uliczkami wystrojeni jak magnaci, a nie poczciwi rolnicy czy pasterze.

Ludzie, co poznali Garmlailita, zaczynali gromadzić coraz więcej. Kamienie, ziarno, skóry, srebro. Czasem i nawet puste skrzynie, które mogły się kiedyś przydać. Wspinali się na szczyt z koszam pełnymi darów, które Garmailt namnażał, ale im więcej zbierali, im więcej posiadali, tym więcej potrzebowali, aby poczuć w swoim życiu choćby cień satysfakcji. Ten duch karmił ich niemożliwą do poskromienia chciwością.

Mieszkańcy ucieszyli się na wieść, że w ich okolicy pojawił się egzorcysta, ale pięć razy przestrzegli mnie przed tym, co miało czekać mnie u podnóży Beinn Dòbhrain. Niektórzy wyśmiewali mnie, kiedy szedłem tam tylko ze świecznikiem z jałowca i węzłem runicznym plecionym z lnu. Jedyną rzeczą, o którą ich poprosiłem była bowiem kromka chleba posmarowana miodem, co żem ją wpakował do pudełka i szedłem tak długo, aż nie spotkałem Garmailta pod postacią cienia rzuconego skałę. Zapytał mnie:

– Czego szukasz, czarodzieju?

A ja rzekłem:

– Niczego nie szukam i niczego ci nie przyniosłem, oprócz poznania czegoś nowego. Współdziel ze mną kolację.

Miałem wrażenie, że słowa te zbiły Garmailta z tropu. Coś w nim zawrzało, góra na której stałem zadrżała, a cień z którym rozmawiałem rozlał się jak plama atramentu wsiąkająca w papier. Zachowując powagę, przysiadłem na ziemi, wyciągnąłem z pudełka chleb i naderwałem go. I część zjadłem ja, a część pożarł cień góry Beinn Dòbhrain, co go zwano niegdyś Garmailtem, zanim nie usiadł ze mną przy blasku rozpalonej świecy, kuszącej go ciepłem, jakiego nie zaznał nigdy.

Skurczył się, zwinął i skruszył jak suchy liść, nie potrafiąc zrozumieć tego, że po tym chlebie nie pozostały nawet okruchy, a my najedliśmy się obaj. Byłem pierwszym i ostatnim, który nic od niego nie chciał. Beinn Dòbhrain zadrżała jeszcze raz, a Germailt został porwany przez podmuch wiatru i uniesiony ponad szczyty odszedł.

Ostrzegłem mieszkańców Drochaid Urchaidh, że Garmailt powróci w dniu, w którym napełnią swoją miskę przed napełnieniem tej sąsiada.


I każdy, kto Flinta dobrze znał, to wiedział, że nie był on w stanie kłamać. To wtedy się zacinał i plątał – kiedy próbował zbudować w głowie zdanie tak, aby nawet nie otrzeć się o fałsz. Garmailt musiał więc istnieć naprawdę, albo Flint musiał wierzyć w jego istnienie do stopnia, w którym udało mu się oszukać samego siebie.

– O Pani księżycowa, co wiedziesz nas nad wrzosowisko. Matko, której pieśń brzmi w kamieniach kręgu, przyjmij tę modłę, niesioną jak dym ognisk rdzawych, bo oto nadchodzi wieczór, w którym dziękujemy ci za wszystkie twoje dary i obiecujemy, że podzielimy się nimi ze wszystkimi twoimi dziećmi tak, aby nikt nigdy nie był głodny...

Kontynuował, zaciskając palce na dłoniach Peregrinusa i Abigail. Jego córka, z opuszczoną głową milczała. Zdążyła przyzwyczaić się do tego, że musiała w takich chwilach zachować absolutną ciszę.


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#14
30.11.2025, 00:31  ✶  
- Moja droga, z pochodzenia jestem Chinką. Gdybyś była szczurem, najpewniej bym cię po prostu zjadła - oświadczyła Lorraine, zdanie wieńcząc pełnym uśmiechem zębów, które mimo tych wszystkich odzywek jeszcze były nie tylko w komplecie, ale i nawet całkiem proste. Oczywiście nie jadała gryzoni, jeszcze Changom głód tak głęboko w oczy nie zaglądnął, ale nie było wielu rzeczy śmieszniejszych od powielania głupich stereotypów.
W przyszłym roku, w ramach kultywacji żartu, przytarga jej psa.
Pozwoliła sobie nacieszyć się lawiną pocałunków, zanim zebrała się na tłumaczenie się ze spóźnienia. Jakoś nie miała serca powiedzieć Raine prawdy, czyli przepraszam, że tak późno, ale nie chciałam przychodzić, bo to też cała prawda nie była. Mewa zwyczajnie tych wszystkich angielskich świąt nie obchodziła, bo ani nie wyznawała tej całej Matki (nawet mimo rzekomego spotkania pierwszego stopnia, to nic nie znaczy), ani nie kojarzyły jej się "rodzinne" posiadówy jakoś wybitnie dobrze. Co najwyżej ze sprzeczkami w dziwacznej formie chińskiego dialektu, który dla niej samej brzmiał jak wkurwiający jazgot czasami, a co dopiero dla osób postronnych. Toteż na takich spotkaniach nawet nie wiedziała, co z rękami zrobić.
- Nie wiedziałam, w co się ubrać - wydusiła wreszcie, nie mijając się z prawdą, bo o ile nie aspirowała dzisiaj na najgorętszego menela w okolicy jak zazwyczaj, to nadal daleko jej było do odświętnego ubioru, który widziała u Lorraine oraz innych gości, których widok uświadczyła przez moment nad jej ramieniem. - Ale lepiej późno niż wcale, nie? - Szybkie odbicie piłki, a potem jeszcze szybsze złapanie dziewczyny za rękę, żeby obrócić ją w zgrabnym piruecie wokół jej własnej osi, a następnie przyciągnąć znowu i tę drobną dłoń ucałować. - Ślicznie wyglądasz - szepnęła, nachylając się jej nad uchem. Drobny uśmiech przemknął po twarzy Maeve.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby tę bestię karmić. - Na twarzy Changówny pojawił się grymas. - Nie żebym chciała się bawić w ten... no, jak to się mówi, fat-shaming? Ale jakby się człowiek postarał, to ten skurwibąk może dublować za kotwicę -  mówiąc to, uniosła sugestywnie brwi, co by Lorraine się lepiej szczurowi przyjrzała, bo może nie zauważyła tych pięciu kilo nadwagi. Mewa była pewna, że jakby to wrzucić do Tamizy, to już na powierzchnie by nie wypłynęło.

Wymiana prezentów z Baldwinem przebiegła sprawnie, musiała przyznać. Była zdziwiona, że ogarnął jej łyżeczkę, czyli coś miłego, a nie na przykład pudełko kociej sierści lub zardzewiały śrubokręt. Prawie zrobiło jej się głupio, że przyniosła mu tylko mleko, ale przypomniała sobie jak się krzywił, gdy się całowała z Lorraine, więc uznała, że będzie kontynuować mieć wyjebane.
- To od Crouchów, nie? Sypiasz z jakąś ich córką? - Zagaiła, niby niewinnie, niby przyjaźnie, ale tak naprawdę ciekawa, jak ich obrabował.

Potem zdecydowała się usiąść przy stole, bo przyszła tu po pierwsze jeść, a po drugie pić alkohol ze Stachem. Więc przysiadła przy najwierniejszym druhu, wcisnęła mu butelkę z lekko żółtawym, całkiem gęstawym płynem.
- Wiem, że wygląda jak siki z kożuchem, ale to nie siki. Zaufaj mi - oznajmiła z ręką na sercu, po czym postukała w ręcznie namazianą etykietę z chińskimi znakami. - Wino ryżowe, fermentowane kilka lat. De-li-cje. - Pokiwała głową, ale zanim zdążyła przejść do dalszego opisu, został jej zaserwowany pluszowy nietoperz. Obróciła głowę, spoglądając na właścicielkę i zarazem kilkuletnią denatkę z uniesionymi brwiami, jakby liczyła na wyjaśnienia, choć wiedziała, że ich w sposób werbalny nie otrzyma. Potem dotarło do niej, że nawet na migi ich nie otrzyma, bo chwalenie się nową sukienką jest istotniejsze.
- Będziesz najlepiej odjebanym przedszkolakiem na dzielni - powiedziała do Fridy, kiedy wgramoliła się na Mewkowe kolana i przystawiła jej nowy ciuch praktycznie do twarzy. Potem Maeve rozejrzała się nieco panicznie, sprawdzając czy Raine ich słyszy, kiedy dotarło do niej, że przy młodej nie powinno się przeklinać. Uznała jednak, że nic złego stać się nie może. Fridzia przecież ani nie powtórzy, ani donosiciel z niej nie będzie. Wręczyła jej naprędce fajerwerki, które jej przyniosła, żeby w razie czego odwrócić uwagę, a potem dała się wyprzytulać, choć widać po Mewie było, że przy kontakcie z dziećmi poci się jak kurwa w kościele.
- Pewnie chcesz się w nią odstawić, co? - Zapytała wreszcie, w kontekście tej sukieneczki oczywiście. Maeve nie miała nic przeciwko, marzenia należy spełniać, a poza tym nie wyznawała konceptu ubrań odświętnych, bo przecież codziennie ktoś gdzieś ma jakieś święto. Wiedziała jednak też, że bez powodu jej nie pozwolą ubrać, więc postanowiła pokombinować. I kiedy tylko reszta była skupiona na tej dłużącej się opowieści nieznanego jej bliżej marynarza, Mewcia wzięła sobie domowego wina ze stołu, a potem napiła się tak, że oblała przypadkiem siebie oraz siedzącą na jej kolanach Fridę.
- Ojejku jejku, jaka ja jestem niezdarna. Teraz musimy cię przebrać! - Wobec zebranych udała przesadnie smutną, natomiast małej puściła potajemnie oczko. A potem wstała z krzesła, zgrabnie biorąc Fridę oraz jej nową sukienkę w ramiona i na odchodne rzuciła półszeptem do Stanleya: Niczego nie widziałeś. A potem wyszła do pokoju obok, co by panienkę przebrać w zakazaną kieckę. Może przy okazji uniknie modlitwy do Matuszki oraz trzymania się za ręce jak w sekcie.


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#15
30.11.2025, 17:14  ✶  
Mądry Borgin po szkodzie. Gdyby tylko wcześniej wiedział, że ten próg tutaj jest... to i tak by nic z tym faktem nie zrobił, bo zapewne by się o niego potknął. Dobrze było jednak wiedzieć, że Baldwin podzielał jego opinię w kwestii tego cholerstwa, które na pewno psuło krew większości klientów tego zacnego przybytku.
W głowie Stanleya zrodził się pewien plan. Można by zapytać jaki? A to było akurat bardzo proste - kurwa sprytny. Jeżeli jeszcze raz przyjdzie im - jemu - potknąć się o to dziadostwo to przyjdą w nocy z Mewką i to wymontują. Tak właśnie zrobią.
Pozostało tylko przekonać swoją siostrę do tego planu i będą mogli przejść do jego realizacji.
Lorraine nie była tak łaskawa jak drugi z Malfoyów. Od razu zaczęła zadawać pytania odnośnie pochodzenia trunku, a podobno darowanej flaszce nie patrzyło się w dno... czy jakoś tak to było. Nie mniej jednak, Borgin sprawnie wymijał jej pytania, bo nie chciał przyznać się w jaki sposób zdobył w posiadanie ów przedmiot. To musiało pozostać między nim, a jego wspólnikami - zwłaszcza, że jedna wspólniczka była na sali.
Scarlett? Rodzinne powiązania? Zdziwił się. Nie kojarzył jej z Borginów, którzy byli jego "główną" rodziną. Nie kojarzył jej też z Mulciberów, którzy przyznawali się do niego wtedy kiedy czegoś potrzebowali. Mimowolnie posłał krótkie spojrzenie Maeve, ściagając jej wzrok w kierunku Scarlett. Przez chwilę wpatrywał się w Changównę jakby chciał się jej zapytać - "To też nasza siostra? Czy Robert za pomocą swoich jaj zapłodnił cały kraj?". To jednak było pytanie na które nie znali odpowiedzi.
W odpowiednim czasie i przy odpowiedniej możliwości zapewne o to zapyta.
Kiedy zaś Lorraine wsadziła czapę na głowę Stanleya, a jego szyję owinęła szalikiem, Borgin pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie zapomniał jednak podziękować, wszak był to piękny prezent. Tak piękny, że nie miał zamiaru go ściągać i siedział w nim dalej - zarówno czapce, jak i w szaliku.
Bez trudu dostrzegł też, że bukiet ogórków zrobił piorunujące wrażenie na Fridzie, chociaż pluszowy nietoperz też był niczego sobie. O ile był to całkiem oryginalny bukiet, tak Stanley był pewien, że najmłodsza z dam zapamięta go do końca życia. W końcu nie dostawało się bukietu z kwiatów ogórka nacodzień.
- Nie ważne jaki kolor. Ważne aby sponiewierało - przypomniał Maeve, bo mogła zapomnieć - Tylko musimy z umiarem - zakomunikował. Byli w gościach i nie wypadało tutaj odgrywać sequeal Chińskich Bajek, bo nie wszyscy mogli być na to gotowi.
- Ale jak się okaże, że to sponiewiera fest to mnie odwieziesz, ok? - upewnił się jeszcze, spoglądając na "Chinkę". Mewka to miała dobrze. Mogła się napić, a później jeszcze była w stanie się prowadzić przez miasto i wszystko pamiętać. To była dopiero prawdziwa sztuka!
- Doceniam. Dziękuje - podziękował raz jeszcze za wspaniały trunek i odstawił go dumnie obok swojego miejsca.
Necronomicon przypominał powoli targ, bo działo się tutaj bardzo wiele. Nie było żadnego ładu i składu, a rozwijał się chaos w czystej postaci.
Flint wygłaszał mowę, Maeve dostała nietoperzem od Fridy. Lorraine to chyba chciała się modlić, a Scarlett chciała ją złapać za dłoń? Baldwin sięgał do szafki po szklanki? Peregrinusa to chyba wszystko przerosło, a Stanley próbował ogarnąć co tu się w ogóle dzieje. Trzymajcie się w tym Necronomiconie.
Na oskarżenia od CSI Szanghaj uniósł tylko dłonie do góry i odpowiedział półszeptem - nic nie widziałem, a nawet jeżeli widziałem to nie pamiętam. Nie mniej jednak poczuł się zdradzony, bo Mewka uciekła od tych sekciarskich spraw i zostawiła go samego na pastwę losu. Borgin miał tyle wspólnego z jakąkolwiek religią co Maeve z Chinami - całe nic.
- Baldwinie. To może coś tam rzeczywiście wypijemy, bo o suchym pysku to tutaj zwariujemy - zapytał po cichu, kierując swoje słowa do młodzieńca. Oczywiście była to tylko propozycja, a nie porada finansowa, więc w razie czego - nie mógł go o nic oskarżyć.


"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
nerd and proud
jednym okiem w przyszłość, drugim w zaświaty
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
Asystent, "Prawa Czasu"
Nadchodzi spowity smrodem dymu papierosowego. Na pierwszy rzut wygląda porządnie, codzienna elegancja w neutralnych kolorach… niekiedy może nieco wymięta. To zależy, ile spał, a cienie pod zielononiebieskimi oczami odznaczające się na cerze bladej jak prześcieradło podpowiadają, że niewiele. Palce poznaczone tu i tam rozmazanym atramentem, ugina się pod ciężarem ulubionej skórzanej torby, w której jest… wszystko. Średniego wzrostu (179 cm) postać młodego mężczyzny koronuje imponująca burza czarnych loków, które niewątpliwie są jego największą ozdobą.

Peregrinus Trelawney
#16
30.11.2025, 21:00  ✶  
Zetknięcia z Lorraine zawsze pozostawiały w nim ten osobliwy, słodki posmak. Tym razem jednak został przede wszystkim przytłoczony radością, z jaką krzątała się między nimi gospodyni. Nie był pewien, czy widział ją taką kiedykolwiek. Gdy byli we dwoje, dużo zalegało między nimi ciszy, a gdy padały słowa, to jakby otaczająca ich cmentarna atmosfera ściągała je smutno ku ziemi. Tymczasem Lorraine rozdzwoniła się dziecięcą radością. Przypomniało się Peregrinowi niedawne spotkanie z Millie, która również wykazywała świeże pokłady entuzjazmu. Z przyjemnością obserwował przyjaciółki takimi radosnymi, szczególnie w obliczu ostatniej katastrofy.
— Maeve nie może wiedzieć, czy jesteś przy kości. Za często cię widzi, nie jest obiektywna — podjął równie lekkim szeptem wróżbita, gdy Malfoy mu się poskarżyła. — Mojemu spojrzeniu możesz zaufać. Jest ci idealnie w bieli. Wyglądasz lekko. — Odebrał prezent, zatrzymując na nim dłuższe spojrzenie. Kusiło go otworzyć go nieelegancko tuż przy niej, lecz pokusa została zwalczona. — Dziękuję, wesołego Mabon.
Frida nie myliła się: Peregrinus lubił nietoperze i inne stwory z mroków. Pociągały go ciemne tematy, choć serce miał raczej czyste, a zainteresowanie było wyłącznie naukowe i teoretyczne. Nie mylił się i Flint: Peregrinus niekoniecznie czuł się pewnie w konfrontacji z dziećmi, było to dla niego wkraczanie na niezbadany grunt. Tym więcej ucieszył się więc, gdy ghoulka zdecydowała się wyjść do niego zza posągu i przyjęła prezent z zachwytem. A zatem osiągnął sukces. Gdy został uściskany i wycałowany, poklepał niezgrabnie dziecię po ramieniu. Śmiesznie pachniało to stworzenie: trochę formaliną, a trochę owocowymi kosmetykami przypominającymi własne dzieciństwo.
Cała ich interakcja przebiegła bez słów. Trelawney nie mógł narzekać na to, że udało mu się z kimś dogadać w ciszy — wręcz przeciwnie, w to mu graj.
Prócz nagrody w uśmiechu bąbelka czekała tymczasem na niego również książka od Baldwina. Jeśli kto zastanawiał się, co w tym pogrzebowym orszaku robi Peregrinus Trelawney, absolutna fascynacja, z jaką przyjął prezent wytargany z obrabowanego grobowca, rozwiewała wszelkie wątpliwości co do tego, czy znalazł się we właściwym miejscu.
— Wesołego Mabon, Baldwinie. Dziękuję, nie trzeba było. — Peregrinus przekartkował ostrożnie, choć niecierpliwie pierwsze strony książki. — Czarne trafle to fascynujące narzędzie wróżebne. Aztekowie wykorzystywali obsydianowe lustra do szukania przepowiedni już od czasów starożytnych. Miały one otwierać okno na wymiar ukryty, ichniejszy odpowiednik Limbo czy świat bóstw, zależnie od wersji przekazu. Co ciekawe, lustra te miały być dwustronne. Istoty czy dusze z dodatkowego wymiaru otrzymywały przez nie wgląd do naszego świata… — Zorientował się, że zagalopował się w wywodzie, który dotknął jego zainteresowań. — Doceniam, że o mnie pomyślałeś. Z chęcią przyjrzę się naszemu rodzimemu spojrzeniu na podobne narzędzie.
I miał to na myśli, ponieważ zatopiony w przeglądanej lekturze usiadał przy stole i nie zainteresował się niczym, dopóki Flint nie rozpoczął modlitwy. Peregrinus odłożył książkę z szacunku, bo choć sam nie wierzył w kowenowy panteon, jako gość nie zamierzał ignorować panującego w domu gospodarzy porządku. Opowieść Dægberhta niosła zresztą uniwersalną mądrość, choć… Trelawneya bardziej niż ta mądrość moralno-duchowa interesowały szczegóły, o które zamierzał wypytać później. Ważne było przecież, gdzie i kiedy dokładnie wydarzenie miało miejsce, tło historyczne regionu…
Trzymanie się za ręce podczas modlitwy było elementem niekoniecznie spodziewanym, choć nie cofnął się, gdy został złapany przez przyjaciela. Drugą dłoń, tę od strony Lorraine, pozostawił luźno złożoną na stole wnętrzem ku górze, aby sama mogła zdecydować, czy chce z niej skorzystać. Sam nie wykonał żadnego ruchu. Jako że nie uczestniczył duchem w modlitwie, mógł przyglądać się zgromadzonym. Starał się nie gapić na Stanleya i Maeve w zbyt oczywisty sposób, lecz siedzieli niemal naprzeciw niego i… zdecydowanie byli największym źródłem necronomiconowego chaosu. Siłą rzeczy więc jego spojrzenie uciekało co czas jakiś na tych nieznajomych. Tylko spojrzenie. Nie zamierzał ich zaczepiać.


źródło?
objawiono mi to we śnie
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#17
01.12.2025, 14:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2025, 14:36 przez Bard Beedle.)  


Głównie z Maeve w kuchni, ale wspominam też w narracji Stanley'a i Lorraine (resztę dokocham jak wrócą)

Najbardziej odjebany przedszkolak na dzielni. To brzmiało fajnie. Co prawda Frida do przedszkola nie chodziła (bo i po co, skoro w domu było tak fajnie, a w przedszkolu nie było mamy i taty i dziadka i nie-mamy i drugiej nie-mamy i kota Lucyfera i Rozalindy i jej lalki i wielkiej żaby, którą złapała ostatnio i zajączków z kurzu i w ogóle to na pewno było tam strasznie głupio), ale wiedziała czym jest dzielnia. Na dzielni mieszkał jej kolega Fred. Całe dwa domy dalej. To było daleko. Dzielnia była wielka.
Przytulił się ten przedszkolak do nie-mamy, oglądając radośnie cały stół - a raczej wujka Stanley’a, który siedział w czapce. Pamiętała jak mama robiła ją wieczorami na drutach. Frida pomagała! Trzymała włóczkę i wybierała kolory. Najładniejsze.

Oglądała też jak ludzie szykują się do modlitwy i aż westchnęła ciężko. Rano się modlić. Wieczorem modlić. Przed jedzonkiem modlić. I teraz też??? Masakra. Dorośli to by nic nie robili tylko się modlili, chociaż to przecież takie nudne.
Na pytanie czy chce się w sukienkę odstawić, Frida pokiwała radośnie głową. Nie-mama chyba też się nie lubiła modlić. Chyba że mama patrzyła. Frida miała przeczucie, że przy mamie by się modliła. Bo jak ktoś się grzecznie nie modlił to mama robiła groźną minę i ojoj ojoj ależ była reprymenda.

W jednej chwili Frida siedziała sobie radośnie na kolanach nie-mamy Maeve, a w drugiej na jej sukience znalazł się cały sok winogronowy (ale taki, którego nie wolno jej było pić).
Otworzyła szeroko dzióbek, przez moment wyglądając jak mała rybka wyjęta z wody. Co za nikczemny plan! Chociaż może to był tylko wypadek? Czy nie-mama była taką super gapą?
Dobrze, że jej nie zachlapała nowej sukienki od pana Paragoniusa. Oj to byłby płacz.

Pozwoliła się zaprowadzić do kuchni, która była praktycznie najbliższym miejscem do przebrania. Zabawna sprawa taka ghoulka. Trochę jak laleczka, ale ta laleczka nauczyła się papugować nawyki swoich adoptowanych rodziców. Stojąc tak w mokrej i brudnej od wina przerobionej sukieneczce, zmarszczyła nosek i wydęła usteczka - zupełnie jak Lorraine, kiedy jej się coś nie podobało. No bo kurcze blaszka, zaraz pewnie będzie, że to ona, a to nie ona tylko nie-mama Maeve była straszną gapą! Trochę jak wujek Staszek.
Oczywiście, że Frida nie była skarżypytą. Ani donosicielką. Na takich tata mówił, że są parszywe sześćdziesiony. Nie wiedziała co prawda co to są te sześćdziesiony, ale wiedziała, że ona ma całe sześć lat, nie jakieś sześćiziesiąt. Sześćdziesiąt albo i sześćset miał dziadekm nie ona! I co? Miałaby być sześćsioną? Nie chciała być żadną sześćsioną! Była Fridą!
Ale na szczęście mama zawsze powtarzała, że mówienie mamie to nie jest skarżypyctwo, bo mama i tak wszystko wie i słyszy. Więc to, że nie-mama Maeve wylała na nią cały ten niesmaczny sok z wisienek, mama też już pewnie wiedziała. A jak nie, to Frida powie, bo ona była grzeczna i zawsze wszystko mamie mówiła.

Na razie jednak grzecznie stała, pokazując paluszkiem wszystkie guziczki, które trzeba rozpiąć (a było ich bardzo dużo, tak dużo, że tata zawsze mówił brzydkie słowa jak się pomylił przy zapinaniu ich i musiał wszystko robić od nowa) i sznureczki i wstążeczki. W końcu jednak sukienka została zdjęta, a Frida została w swoich białych grubych rajstopkach, bucikach (których na szczęście zdejmować nie trzeba było - a szkoda, bo chętnie by pokazała nie-mamie jak umie je ładnie wiązać. CAŁKIEM SAMA) i bawełnianej halce. Wysoki kołnierzyk sukienki i długie rękawki zręcznie zakrywały to czego ludzie widzieć z reguły nie chcieli - czerwone nici, trzymające jej głowę w miejscu, takie same na wysokości lewego łokcia i jedno długie szycie na brzuchu, widoczne przez cienki materiał.
Samej Fridzie szycia nie przeszkadzały, bo Lorraine dbała, żeby nici były zawsze czyste i zabezpieczone. Czasem trzeba było przypominać, że nie wolno ich skubać, ale to każdemu się mogło zdarzyć.

Nie mniej została odziana w nową sukienkę, która miała na sobie dużo biedronek. I ojej! Biedronki były w kolorze jej nici przy szyi! Jak fajnie. Nomen omen biedronek było na sukience Fridy bardzo dużo. Tak dużo, że ona nie do końca wiedziała ile. Więc zaczęła liczyć. Jedna… Dwie… Trzy… Zgubiła się przy czwartej, co ją lekko poddenerwowało. Znów wydęła usteczka, pociągnęła Maeve parę razy za rękaw oczekując, że będzie znała jej wszystkie potrzeby.
Chociaż potrzeb Frida miała szalenie dużo - na przykład te cukierki, które tata schował w górnej szafce. Nie-mama pewnie nie wiedziała, ale od tych cukierków język robił się tak super fioletowy. Pociągnęła więc Maeve ponownie za rękaw, wskazując rozpaczliwie na szafkę z cukierkami.

Myślę, że to szalenie uczciwe dać małej sześciolatce Wybitny z charyzmy. Let's go.
Rzut W 1d100 - 44
Sukces!
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#18
02.12.2025, 10:02  ✶  
Cały czas wodził wzrokiem za Fridą. Nienachalnie, ale jednak miał ją na oku. Z czystego przyzwyczajenia, bo gdzie jak gdzie, ale w Necronomiconie Frida była najbezpieczniejsza pod słońcem.
Fakt, parsknął pod nosem, kiedy wpakowała się Maeve na kolana, a nieszczęsna Changówna zrobiła minę jak kurwa w kościele. Czyli nietęgą. Ale sprawna wymiana prezentów to jeszcze nie taki stopień serdecznej przyjaźni, żeby ją przed małym kleszczem ratować. Bo o dziwo, nawet łyżeczki nie ukradł.
“Z Crouchami? Proszę cię. Ugh. Olek podjebał ostatnio rodzicom.” oświadczył Mewce chwilę wcześniej, po czym wzdrygnął się i na samą myśl jakoś tak pozieleniał. No kurwa szanujmy się trochę, kto by chciał z ministrialnymi sukami sypiać. “one mają mokre sny o tych no… podatkach i kodeksach i paragrafach. Listy gończe to pewnie zbierają jak laski plakaty tych cweli od magic popu.”

Odwrócił głowę, żeby ponownie spojrzeć na Scarlett, gdy ta przysunęła się bliżej i oparł wygodnie jedną rękę o jej ramię. Uniósł kąciki ust, gdy dostał całusa. Najs. Zasłużył. Wyłapał słowa “prezenty” i “po kolacji”, ale nie zastanawiał się nad tym bardziej.
- Hm? Och, nie przejmuj się.- Stwierdził, leniwie przesuwając palcami po jej kręgosłupie, jak zawsze korzystając z tej krótkiej chwili oddechu, gdy była obok.- Prezenty są głównie dla Młodej. I dla Abigail.- Skinął lekko w stronę nieco starszej córki Flinta, która… siedziała wyprostowana jak struna przy stole, czekając aż ten rozpocznie modlitwę. Wzdrygnął się nieznacznie, gdy ten widok przywołał jego własne wspomnienia z dzieciństwa.- Toż to by była tragedia, gdyby musiały przetrwać cały obiad bez prezentów.
Przeniósł wzrok na krzątającą się Lorraine. Wygląda na szczęśliwą. “Bo jest szczęśliwa”, chciał odpowiedzieć, ale się powstrzymał. To było fascynujące Wszyscy dookoła tak bardzo wierzyli, że pannie Malfoy potrzeba do życia bogactw i stawiania na bogowie jedni wiedzą jakich piedestałach. Ale Lorraine nigdy nie była szczęśliwsza, gdy miała coś tak bardzo prostego - dom.

Oczywiście, że nie miał nic przeciwko, żeby Dægberht prowadził modlitwę, więc na słowa Lorraine tylko machnął nonszalancko ręką, prezentując swoją wspaniałą dobrą wolę. Ale było w tym coś więcej. W tym kompletnie nie przejętym, zmęczonym spojrzeniu i milczącej zgodzie. Pełne rozczarowania słowa ojca wdrukowane w pamięć, gdy po raz kolejny nie wychodził mu rytuał; kiedy magia po prostu… znikała, gdy tylko księżyc zrobił się zbyt okrągły , a wraz z nią tak naprawdę wszystko co różniło go od pierwszego lepszego mugola. W chuj niesprawiedliwe, ale co mógł zrobić - ano nic. Więc siedział teraz w milczeniu. Zdjął rękę z ramienia Scar, odsuwając ją przy okazji z powrotem bliżej Borgina. Co by nie siedziała na rogu stołu. Każdy znał ten przesąd - jak się siedzi na rogu to się starą panną zostaje.
“Cieszę się, że ostatnie godziny Mabon spędzimy razem”. Tak. Po tym co przeżył w rodzinnym domu, powrót do Necronomiconu brzmiał… dobrze. Brzmiał odpowiednio. Jakby znalazł się w miejscu, w którym być powinien.

Modlitwa przebiegła gładko. Flint zawsze potrafił tkać swoje opowieści, snuć historie o przestrzeniach, których im nigdy nie przyjdzie zobaczyć. Gdyby mógł zacisnąć palce na jego umyśle. Na wspomnieniach. Na kolorach, barwach, obrazach… Każdym jednym. Rozszarpałby je, żeby móc przenieść na płótno. Czerwienie. Błękity. Czerń. Złoto. Nieświadomie zacisnął mocniej palce na dłoni Scarlett.
Był tak skupiony na głosie i opowieści, że przegapił najzwyczajniej w świecie moment, kiedy córka gdzieś zniknęła. W dodatku z Chang. Nie miał za bardzo czasu żeby się nad tym zastanawiać, bo w końcu słowa ucichły i choć puścił dłoń Alhazreda, to tę Mulciberówny nadal trzymał. Jeszcze przez moment.
No ale Stanley mądrze gadał. Jak to tak, na uroczystej kolacji o suchym pysku? Niedorzeczne. W końcu gość w dom, bogowie w dom, a tych wypadało ugościć.

Wreszcie wyciągnął skitrane kieliszki. I każdego innego dnia, czyniłby wszelkie honory - to jest po porozlewaniu każdemu czystej do kieliszków, wysłałby je do każdego zaklęciem, ale… no nie dzisiaj. Westchnął ciężko. Więc po prostu poprosił Scarlett, żeby się tym zajęła.
A sam nachylił się bardziej w stronę Peregrinusa.
- Powiedz no coś więcej o tym całym Limbo. Jak tak teraz sobie przypominam to w katakumbach czasem się trafia na te czarne lustra. Dobrze, że ich nigdy nie dotykałem, jak to cholerstwo jest na szybkim wybieraniu z demonami czy innymi duchami.- Uniósł kieliszek i skinął głową w stronę… w sumie to i jednego i drugiego. Kto jak kto, ale pewnie Borgina też interesowały te wszystkie dziwaczne pośmiertne artefakty.[/b]
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#19
08.12.2025, 08:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.12.2025, 08:39 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine skinęła z powagą głową, jak gdyby obojętne machnięcie ręką Baldwina było decyzją, na jaką czekała. To jemu oddawała zawsze przywilej wygłaszania na głos modlitwy przed posiłkiem. Odkąd wszyscy zamieszkali razem w Necronomiconie, i zaczęli wspólnie wieczerzać, zdążyło im to więc wejść w nawyk. Modlitwa była zwykle krótka, bo nikt nie miał czasu na klepanie przydługich pacierzy, a i dziecięca cierpliwość Fridy nie była nieskończona. Chociaż słowa wypowiadanych nad stołem modlitw cechowała powtarzalność, codziennie towarzyszyła im zupełnie nowa intencja, którą mógł wybrać... Ktokolwiek. Baldwin. Scarlett. Lorraine. Alhazred. A nawet mała Frida. Życie w Necronomiconie było bardzo zrytualizowane, a jednak nie były to rytuały sztywne, narzucone jego mieszkańcom siłą. W ich powtarzalności i prostocie wydawali się odnajdywać spokój. Dlatego Lorraine dopiero na nieme przyzwolenie Baldwina zasiadła za stołem, rozpoczynając tym samym ucztę.

Gdy Flint snuł swoją opowieść, na nim skupiona była pełnia uwagi Lorraine. Widać było, że wsłuchuje się z przejęciem w jego słowa... Nie przeszkadzało to jej jednak zerknąć od czasu do czasu na Fridę, przytulającą się do siedzącej obok Maeve. Mrugnąć do Abigail, i do Stanleya, który wciąż jeszcze nie zdjął skleconej przez nią na drutach czapki i szalika. Głos Flinta był jednak na tyle absorbującym, że w końcu spuściła oczy na podołek, od niechcenia bawiąc się tkwiącym na palcu rodowym pierścionkiem. Obracała go w rytmie swych oddechów, a oddychać wydawała się w rytmie morskich pływów, które decydowały o kursie żeglarza. O kierunku jego opowieści. Zanurzyła się w niej, westchnąwszy lekko dopiero wtedy, gdy Flint zaczął zbliżać się do konkluzji. Jak rozbitek wyrzucony na brzeg, którego ciało nagle przypomina sobie, że należy nabrać powietrza. "Byłem pierwszym i ostatnim, który nic od niego nie chciał..." Lorraine odwróciła głowę w stronę Peregrinusa, jak gdyby chciała mu coś powiedzieć, a może po prostu zobaczyć, co odbija się we wszystkowiedzących oczach jasnowidza, ale rozproszyło ją zamieszanie po przeciwnej stronie stołu. A konkretnie, Maeve, która niechcący oblała winem siebie i Fridę.

Rzut na percepcję. Czy Lorraine widziała, że Maeve zrobiła to specjalnie?
Rzut N 1d100 - 96
Sukces!

Tak... "Niechcący".

Normalnie zażartowałaby z pokrętną miną, "jaka szkoda, a tak długo zastanawiałaś się, w co się ubrać!", ale dzisiaj milczała. Tylko żywo błyszczące oczy zdradzały nieme przyzwolenie na konspirację ukochanej, gdy ta wstała od stołu, zgarniając ze sobą małą ghoulkę. A niechże ją przebiera, Lorraine nie miałaby nic przeciwko, tym bardziej jeżeli ktoś miał ją w tym wyręczyć... Bardzo dobrze szło jej jednak udawanie, że trzyma pozory dyscypliny, nie mogła przecież ulegać wszystkim dziecinnym zachciankom. Inaczej zapanowałby w Necronomiconie jeszcze większy chaos! Zabawnym było zresztą patrzenie, jak Frida uparcie klei się do Maeve, która do tylu dziecinnych czułości nie była nawykła. Siostry Chang od małego były w końcu hartowane, żeby opierać się wszelkiego rodzaju truciznom, ale miłość, będąca najsłodszą z nich, pozostawała słabością Maeve. Mojej słodkiej Maeve, pomyślała Lorraine, uśmiechając się w końcu pod nosem. Bo Maeve może i zalała Fridę winem, ale Frida zalała ją swoją miłością. Lorraine już zaczęła ćwiczyć w głowie zaskoczoną minę, jaką zrobi na widok odstrojonej córeczki.

Bez zawahania ujęła rękę Peregrinusa, gdy Dægberht rozpoczął modły. "Jeżeli ty nie wierzysz, ja muszę zatem wierzyć tym silniej", nie tak mu powiedziała? Zwłaszcza, że nie o wiarę tylko się dziś rozchodziło, a o bycie razem mimo wszystkiego, co ostatnio przeszli. Maeve nie było obok, a Stanley był trochę za daleko, by mogła się ku niemu nachylić, więc Lorraine wolną rękę oparła na klatce, w której siedział złapany przez Maeve szczur.

Też był przecież stworzeniem bożym.

Kiedyś Lorraine bała się myszy i szczurów. Pamiętała, jak nie spała przez kilka pierwszych nocy po przeprowadzce do Little Hangleton, bo przerażały ją popiskiwania na strychu. Walczące ze sobą gryzonie skrobały o podbitkę, kotłując się ze sobą agresywnie, a Lorraine chowała głowę pod kołdrę, starając się nie rozpłakać. "Był sobie król, był sobie paź, i była też królewna", śpiewała jej kiedyś piastunka, jedna z wielu kobiet, które przewinęły się przez dom, gdy Miranda jeszcze koncertowała: żadna z nich nie zabawiła w rezydencji Malfoyów długo, bo macosze nie podobało się, że wszystkie najmowane przez nią guwernantki prędzej czy później zaczynały Lorraine rozpieszczać. Zbyt łatwo ulegały jej wielkim oczom, niewinnej buźce cherubinka z barokowych obrazów. Cienkiemu głosikowi, który prosił grzecznie, aby przeczytać jeszcze jedną bajkę na dobranoc. "Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła", tak kończyła się piosenka piastunki, a Lorraine podciągała kołdrę pod brodę niby w przestrachu, nieudolnie próbujac przesłonić drżące usteczka. Już wtedy wiedziała, że w ten sposób uda jej się dostać to, czego chciała. A chciała poznać zakończenie bajki dzisiaj, a nie jutro. Niechybnie rozpłakałaby się, gdyby musiała czekać do jutra... A przecież panienka nie mogła pójść spać zapłakana! Obudziłaby wtedy potem w środku nocy pana Malfoya, a pan Malfoy bardzo nie lubił być budzony, gdy odsypiał grzechy minionych dni. A gniewu nie wyładowałby przecież na ukochanej córeczce, tylko na służbie, która jej nie przypilnowała. "Zaśpiewaj mi jeszcze, zanim mamusia wróci do domu", kończyła po dziecinnemu prośbę Lorraine, sformułowaną poza tym niesłychanie formalnymi jak na czteroletnie dziecko słowy. "Przecież możesz powiedzieć, że odmawiałaś ze mną do późna pacierze, żeby mamusia była zdrowa". Już wtedy kłamała bez choćby mrugnięcia okiem. Ale to było białe kłamstwo, tata zawsze tak mówił, gdy kłamał, kłamstwo w słusznej sprawie nie było złym kłamstwem. A sprawa w ocenie Lorraine była słuszna, bo każdej bajce należało się porządne zakończenie, nieważne, czy szczęśliwe, czy nie. Guwernantka wzdychała więc ciężko, i śpiewała dalej. "Lecz żeby ci nie było żal, dziecino ukochana, z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana." Tyle dobrego, że skutecznie obrzydziła tym Lorraine słodycze, których Miranda i tak nie pozwalała jej nigdy jeść zbyt dużo.

Gdy szczury kotłowały się nad jej głową, na skromnym stryszku rozwalającej się chaty w Little Hangleton, Lorraine myślała o piosence swej piastunki. O bajkach, jakie opowiadał jej ojciec, o dopuszczającym się niegodziwości królu. Nawet wielka wieża, w której mieszkał, nie uchroniła go przed pożarciem przez myszy. Może więc niczym rezydencja pod Londynem nie różniła się od chaty w Little Hangleton. Może szczury przyszły ją zjeść, bo była niegodziwa, tak, jak powtarzała jej mama? Zasnęła cała zapłakana. Gdy obudziła się nad ranem, pomodliła się do Matki w podzięce za to, że nie została zjedzona. Może była tak niegodziwa, że nawet szczury nie chciały jej zjeść? A może po prostu nie była smaczna. Nie miała przecież żadnych łakoci, ani marcepanu, ani tym bardziej piernika. Nawet cukier został zużyty przez Mirandę na przetwory... Ale przyjacielska sąsiadka przyniosła im trochę miodu, którym Lorraine po kryjomu posmarowała suchy chleb. Pokruszyła go wkrótce na małe kawałeczki, i zostawiła przy jednej dziur w ścianach. Odkąd zaczęła razem z chłopakiem z sąsiedztwa, Cainem, podchodzić pod bramy cmentarza, gdzie szczurów było pełno, przestała się ich bać.

Po skończonej modlitwie zrobiła to samo, co lata temu. Sięgnęła po kromkę chleba, po czym zaczęła smarować ją miodem. Część pokruszyła, a okruchy również unurzała w miodzie, nie przejmując się klejącymi palcami. "Zachowując powagę, przysiadłem na ziemi, wyciągnąłem z pudełka chleb i naderwałem go", przypominała sobie opowieść Flinta. "I część zjadłem ja, a część pożarł cień góry Beinn Dòbhrain, co go zwano niegdyś Garmailtem". Wyciągnęła w stronę klatki stojącej na krześle Fridy talerzyk, na którym wznosił się stos chlebowych kuleczek. Takimi samymi kuleczkami oswoiła szczury na swym strychu. Nadała im nawet imiona, na które zaczęły reagować. Wszystkie pochodziły ze sztuk Szekspira, które czytywała bardzo namiętnie. Najgłośniej piszcząca szczurzyca otrzymała imię Katherine z "Poskromienia złośnicy". Największego psotnika Lorraine ochrzciła mianem Ariela, zaś stare, posiwiałe szczurzysko z naderwanym uchem zwało się Kalibanem.
Szczury niewiele różniły się od okolicznych kotów, łazęg, które Lorraine powoli przekonywała do siebie, oddając im własne jedzenie. A jednak zniechęcały do siebie ludzi, jak wszystkie szkodniki, bo przecież niszczyły mienie, psuły żywność, przenosiły choroby... Kotki mruczały, miały przeurocze kocięta i piękne pyszczki. Grzechem szczurów było być może to, że rodziły się brzydkie. Lorraine bała się ich dotykać, nawet wtedy, gdy gotowe były jeść jej z ręki. "Nie jesteśmy jak szczury, kochany", napisała niedawno w liście Baldwinowi, choć sama kupiła mu przecież dawno temu szczura na prezent z okazji Yule. Dawno już przestała się bać gryzoni, których na Nokturnie i Podziemnych Ścieżkach było pełno. Zaklinała je będąc dzieckiem jeszcze, chociaż nigdy nie traktowała żadnego jako domowego zwierzątka. A jednak... Zaczęła mruczeć pod nosem uspokajającą melodię, podsunąwszy ku zamkniętemu w klatce, spasionemu szczurowi, chlebową kulkę pod nos.

Czym flecista z Hameln różnił się od pianistki z Nokturnu?

– Tylko nie pijcie na pusty żołądek – rzuciła w stronę reszty towarzystwa, wciąż pogrążona w zamyśleniu, nie podnosząc oczu znad klatki, którą teraz trzymała na kolanach. Zjadłszy podany mu kawałek chleba, szczur z zaciekawieniem zaczął obwąchiwać palce, które Lorraine wsunęła na powrót między pręty.

"Jedyną rzeczą, o którą ich poprosiłem, była bowiem kromka chleba posmarowana miodem, co żem ją wpakował do pudełka i szedłem tak długo, aż nie spotkałem Garmailta..."

– Garmailt to chyba dobre imię – zwróciła się po cichu do szczura.


Yes, I am a master
Little love caster
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#20
08.12.2025, 08:41  ✶  
W trakcie opowieści Dægberhta Alhazred przymknął lekko oczy, tak, że wyglądał, jak gdyby spał. Czasami tak robił, że patrzył na ludzi spod opuszczonych powiek, i ciągnął swoją usypiającą perorę, bo staruszkiem był z natury gadatliwym. Lubił też słuchać innych, zwłaszcza, gdy mówili na interesujące go tematy. Na sam koniec opowieści zacmokał z ukontentowaniem właściwym profesjonaliście od radzenia sobie z problemami natury paranormalnej. Jako nekromanta nie raz, nie dwa, stykał się z podobnymi uparciuchami jak Garmailt żerującymi na energii życiowej innych istot. Emanacji nienawiści, żalu i bólu, emocji tak potężnych, że fizyczne niemal ich projekcje zdawały się nękać tych, do których należały. Więcej napełniało to go jednak irytacją aniżeli poczuciem misji. Bo co to miało znaczyć, że przez ludzką chciwość wysychała rzeka, w której dolinie umieścił niegdyś swoje laboratorium badawcze? Jak on miał się w ogóle połapać w tym nieustannie zmieniającym się świecie?!

W trakcie modlitwy Alhazred ujął wasze dłonie. Wszystkim jego ruchom towarzyszyło wesołe grzechotanie amuletów na grubych wisiorach, obijających się o siebie korali i szklanych paciorków, którymi nadspodziewanie wysoki staruszek był suto obwieszony. Dzisiaj ozdobne, srebrne koraliki błyszczały także w długiej, siwej brodzie, w którą pewne nader zdolne ghoulątko wplotło kilka cienkich warkoczyków.

– Ano, "szybkie wybieranie", to dobre określenie – podchwycił Alhazred, nakładając na talerz obfitą porcję jedzenia. – Większość tego badziewia obłożone jest bowiem tragicznymi w swej jakości czarami lokalizacyjnymi, które po latach wymagają specjalnej kalibracji. A wszyscy o tym zapominają. Dajmy na to, moja przyjaciółka z kowenu wampirów... Podzieliła się ze mną wątpliwością, że ktoś ją śledzi. "Wszystko przez to obsydianowe lustro w twojej łazience", powiedziałem jej. A ona tylko zmarszczyła nos, bo jak to, a czemu tak, ona wydała na te lustro dużo galeonów, a ty, Alhazredzie, nie znasz się kompletnie na trendach w wystroju wnętrz. Ale na ludziach się znam, mości panowie, a wielka pani wampirzyca, panna ledwie stuletnia, nie. Bo jakby się znała, wiedziałaby, że jej stary amant podgląda ją przez to lustro, jak wyciska sobie pryszcze. A żeby tylko o poglądactwo się rozchodziło... – Alhazred pokiwał głową, nie kończąc jednak historii o właściwościach magicznych luster, jak gdyby zapomniał o podjętym temacie, gdy już wywołano na głos kolejny ciekawy temat rozmowy. – A podglądanie Limbo to już wymaga dokładniejszych instrumentów. Jak na przykład oczu naszego przyjaciela – zachwalił Peregrinusa niczym dumny wujaszek, po czym wziął ogromny kęs pasztetu, wyraźnie czekając, aż młody jasnowidz zabierze głos. Jeżeli podano mu kieliszek z wódką, wzniósł go, żeby stuknąć się z siedzącym naprzeciwko Stanleyem. – Co tam, mości Peregrinie w Limbo? Zaświaty trzymają mocno?

Orientacyjny termin odpisu do 16 grudnia, do godziny 23:59. Przepraszam za długie nieodpisywanie, ciężki tydzień. Miłego pisanka Serduszko
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (1581), Bard Beedle (4115), Dægberht Flint (2005), Lorraine Malfoy (5169), Maeve Chang (1536), Peregrinus Trelawney (1784), Scarlett Mulciber (1898), Stanley Andrew Borgin (1644)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa