• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange

[7.10.1972] Bal maskowy u Lestrange
Czarodziejska legenda
She should be sure in her soul that the most terrifying thing in the forest was her.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiedźma, która mieszkała w domku stojącym na kurzych nogach. Jadła dzieci na śniadanie — i prawdopodobnie na obiad i do herbaty.

Baba Jaga
#191
31.01.2026, 03:17  ✶  

Rodolphus & Laurence



Rodolphus podjął decyzję, że oto była najlepsze pora żeby się ulotnić. Miał dość, a ani ochrona, ani też Laurence nie zamierzali go powstrzymywać. Sama Agatha wydawała się też w tym momencie zanadto wzburzona i przejęta obecnością panów bez masek, by podnieść larum onośnie jego przedwczesnego usunięcia się z obrazka. Młodszy Lestrange cofnął się. O krok, dwa, aż wreszcie odłączył się od grupki przyciągającej spojrzenia i mógł z powodzeniem rozpłynąć się w tłumie, oddalając od Agathy, licytacji i niknąc w ogrodach.


- Niech będzie - odpowiedziała z wyraźnym zniesmaczeniem, taksując Laurenca spojrzeniem od stóp do głów, jakby co najmniej obraził jej wszystkie pokolenia rodziny. Nie zamierzała się jednak stawiać w wyraźny sposób i kiedy ochrona wskazała jej w którą stronę ma iść, ruszyła przed siebie. Zrobiła to jednak w powolny, wystudiowany wręcz sposób, bo nikt nie będzie jej mówić jak powinna się zachowywać.

- Oczywiście. Jak tylko wszystko się wyjaśni, dam znać - ochroniarz pokiwał posłusznie głową i bez zawahania ruszył w ślad za swoim kolegą i kobietą, którą mieli się zająć. Tym samym problem został przekazany dalej, a Laurence mógł wrócić do zabawy na balu.



@Rodolphus Lestrange @Laurence Lestrange

Dziękuję wam za udział i miłej zabawy w dalszej części wydarzenia.
Lightning in a bottle
Polizałem.
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
Borgin&Burkes - sprzedawca, rzeczoznawca, klątwołamacz
Stosunkowo wysoki, bo mierzący sobie 187 centymetrów wzrostu. Szczupły, stosunkowo wysportowany, o burzy kręconych, ciemnobrązowych włosów. Na świat patrzy ciemnymi, niemal czarnymi oczami. Posiada bliznę biegnącą przez prawy łuk brwiowy, na pierwszy rzut oka od jakiegoś rozcięcia. Oprócz tego na całym ciele można dostrzec charakterystyczne blizny od porażenia elektrycznością.

Zachary Burke
#192
31.01.2026, 03:47  ✶  
z Charlotte przy drinach


- Nom. O to w tym chodzi. Chociaż moja matka uważa, że wcale nie jesteśmy aż tacy specjalni - wzruszył ramionami. U niego brakowało jakiegokolwiek rozmarzenia. Mówił swoim zwyczajnym, rozluźnionym tonem, ale mało w tym było jakiejś ojcowskiej dumy czy czegoś podobnego.

Wypił swojego swojego drinka, rozwodząc się w myślach nad smakiem. Nie był zły, a nawet dobry. Ktokolwiek je mieszał, ewidentnie znał się na rzeczy, nawet jeśli Burke nie mógł podziwiać efektu, jaki spowodował na jego włosach.

- Co ty gadasz? Jest tu jakieś lustro...? - rozejrzał się, mimowolnie samemu przeczesując palcami włosy, jakby samymi opuszkami mógł poczuć tę zmianę. Niestety, była tylko wizualna. A może na szczęście, bo nie wciągnęło ani jego, ani jej.

- Całkiem szczerze to ci powiem, że nie zastanawiałem się nad tym aż tak. Nie chce mi się zastanawiać czy ten facet pod kolumną to na przykład mój ojciec, albo tamten to jakiś inny Borgin - bezczelnie wskazał palcem w jedną i drugą stronę. - A ty? Nie znalazłaś jakiejś zagubionej rodziny? Mam ogólnie wrażenie, że mieli jakąś listę zakazanych mord na wejściu. W sensie po co faktycznie sprawdzać wszystko aż tak rygorystycznie? Znaczy jasne, byłby przypał jakby była drama jak na weselu Blacków, ale... - urwał, zostawiając resztę słów w domyśle i wzruszając przy tym ramionami. Mugole byli trochę kontrowersyjny i podobno się w ogóle nie myli, więc spodziewał się jak od tego cyrku musiało tam walić, ale no cyrk to cyrk. Przecież porządny czarodziej czystej krwi za małpę robić nie będzie. - No już, spokojnie. Coś tam miauczyli o ostatni eliksirze więc zaraz sobie potańczymy.


!balmaskowy
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#193
31.01.2026, 03:47  ✶  
Przechodząc obok grupki osób do twoich uszu dobiegły interesujące wieści.

Słyszała pani o tym, co zrobiła Loretta Lestrange? Nie? To już pani powiem. Ponoć wzięła ślub w tajemnicy przed wszystkimi, z kimś brudnym, nieczystego pochodzenia... Jak to: czystej krwi? Nie wierzę, że ktokolwiek z nas chciałby zbliżyć się do niej na chociażby kilka kroków. Ponoć jej bliźniak, Louvain, ma pełne ręce roboty, by tuszować jej kolejne skandale... Ciekawe czy dzisiaj się pojawią?
Widmo
Lost in the serenity
Found by the water
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Mirabella była czarownicą nieznanego statusu krwi, która zakochała się w trytonie i zamierzała wziąć z nim ślub, czemu głośno zaprotestowała cała jej rodzina. Rozczarowana tym kobieta zamieniła się w rybę (plamiaka).

Mirabella Plunkett
#194
31.01.2026, 21:46  ✶  

Narracja



Ruch na sali balowej, gdzie ustawione były krzesła do licytacji, przyciągnął spojrzenia oczekujących gości pry stołach z przekąskami i drinkami. Również magicznie wzmocniony głos potoczył się echem, odbijając od marmurowej posadzki.

Koniec licytacji.

Ale to nie był jeszcze czas na to, by ponownie zagrała muzyka, idealna do tańca. Po zakończeniu licytacji stolik z fantami zniknął tak nagle, jakby nigdy nie należał do tej sali – zwinął się w powietrzu pod jednym, niedbałym ruchem różdżki. Prowadzący zrobił krok naprzód, splótł dłonie na wysokości pasa i uśmiechnął się w stronę zgromadzonych.
– Szanowni państwo – odezwał się, przeciągając samogłoski z właściwą temu miejscu celebrą. – Rodzina Lestrange ma zaszczyt zaprosić na krótki recital artystów teatru The Globe. Przed państwem Cordelia Crouch oraz Hannibal Selwyn!

Zatrzymał się na moment, jakby celowo pozwalając wybrzmieć nazwiskom.
– Repertuar dzisiejszego wieczoru został osobiście wybrany przez panią Doridę Lestrange. Usłyszą państwo między innym najpiękniejsze duety miłosne z niedawno wystawianego Upiora w Operze.

Zapowiedź kilka osób, zwłaszcza tych obeznanych w repertuarze i obsadzie teatru, wprawiła w zdziwienie. O ile rola męska pozostała w rękach Selwyna, o tyle gwiazdę spektaklu: Elisabeth Wittaker zastąpiła jej dublerka - Cordelia Crouch. Najwidoczniej Elisabeth nie była mile widziana, bo choć jej głos był doskonały i czysty, nie można było tego powiedzieć o jej krwi.

Tymczasem na scenę zlewitował fortepian, lśniący jak nocne niebo rozsypane gwiazdami, i zanim publiczność zdążyła nasycić się tym widokiem, pianista uderzył w klawisze wirtuozowskimi pasażami, zapowiadając wejście wokalistów. Instrument opadł miękko na deski podwyższenia i tam już pozostał, uziemiony jak każdy element tej starannie wyreżyserowanego spektaklu. Zaraz potem spośród publiczności wyszła na tę prowizoryczną scenę kobieta w białej szacie skrzyłej się niczym śnieg w mroźnym słońcu. Swoją maskę trzymała na patyku, bardziej jako cytat z operowej ikonografii niż próbę ukrycia twarzy – wręcz przeciwnie, wyraźnie chciała być rozpoznana.

Za przygotowanie posta dziękuję @Dearg Dur - ten fragment eventu oddaję jej oraz @Hannibal Selwyn


Lost in the serenity
Found by the water
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#195
31.01.2026, 23:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2026, 23:57 przez Hannibal Selwyn.)  

Na scenie z Cordelią

Hannibal wyszedł na scenę zza kulis i spotkał się z Cordelią pośrodku. Spojrzał na nią i zanim odwrócili się do widowni, by ukłonić się na powitanie, posłał jej na powitanie lekki uśmiech. Dublerka nie miała okazji zagrać z nim ani razu gdy “Upiór” był wystawiany w teatrze Selwynów, ale przećwiczyli duety wybrane na dzisiejszy wieczór na próbach. Czuł się więc w jej towarzystwie całkiem swobodnie, nawet, jeżeli doskonale zdawał sobie sprawę, że to na nim będzie spoczywał główny ciężar uciągnięcia tego występu.
Przed wyjściem na scenę pozbył się marynarki i półprzejrzystej koszuli, ale czarne koronki podkreślające linie jego ramion, pleców i torsu zostały na swoim miejscu, podobnie jak maska z dwiema parami rogów (wcielał się w końcu w upiora, czyż nie?) i omotana wokół nadgarstka nitka z nanizanymi drobnymi rubinami, czarnymi w cieniu, ale krwawo odbijającymi światło reflektorów - jedyny kolorowy element jego stroju.

Nim rozbrzmiała muzyka, cofnął się na granicę plamy światła pozostałej po przygaśnięciu dodatkowego oświetlenia. Stamtąd rozpoczął pierwszą strofę All I ask of you, łaskawie oddając Cordelii tę chwilę w centrum uwagi publiczności, nim krok po kroku zaczął się do niej zbliżać, nieuchronnie ściągając oczy widzów także na siebie.
Głosy pary wokalistów wypełniły salę. W dzisiejszym repertuarze znalazły się dwa duety, które Hannibal miał całkiem na świeżo, a które cieszyły się popularnością po sierpniowym sukcesie “Upiora w Operze”. Eliksir wypity na samym początku imprezy dawno przestał działać, ale tak naprawdę Selwyn już go nie potrzebował. Niespodziewany występ dla Gabriela i Lucy (i właściwie każdego w zasięgu słuchu) posłużył mu jako dodatkowa rozgrzewka i teraz jego mocny, wysoki głos rozbrzmiewał, nie gubiąc ani jednej nutki.

Krążyli wokół siebie bliżej i bliżej, odgrywając na scenie odwieczny taniec drapieżności i niewinności, niebezpieczeństwa i pragnienia. Upiór, mroczny, złowieszczy i cyniczny, łagodniał momentalnie, gdy stawał twarzą w twarz ze swoją ukochaną - ujarzmiony, a może tylko doskonale udający, bo w końcu nie tak łatwo było zmienić jego naturę.

Finał piosenki zastał ich niemal przytulonych. Hannibal robił co tylko możliwe, by nie zagłuszać  wyraźnie słabszego wokalu Cordelii, przez co ich wspólna partia wybrzmiała łagodniej, niż by chciał. Och, gdyby na scenie towarzyszyła mu Elisabeth, tak jak w The Globe, mógłby dać z siebie wszystko, a potem wspólnie łapać oddech w chwili ciszy pomiędzy tym, jak milkł ich śpiew, a zrywającą się na widowni burzą oklasków - za każdym razem zdającej się trwać wieczność i zawsze za krótkiej.

Tkwił tu z Cordelią, której głównym atutem był nieposzlakowany czarodziejski rodowód.

Trudno. Nie na darmo był aktorem.
Wyśpiewywał więc pieśń o rodzącej się miłości, pozwolił Cordelii ująć swoją twarz w dłonie, czułym gestem objął palcami jej nadgarstki… i gdy niemal wsparci o siebie czołami wyznawali sobie uczucie i obiecywali nawzajem przyszłość, myślami był gdzieś daleko.


Następnym punktem programu były arie solowe i Hannibal nie musiał wreszcie dzielić się sceną. Energia drżała w jego piersi i domagała się ujścia. Wlał ją w pełne uczucia wersy Nessun dorma, gorące w gardle, słodkie na języku i wibrujące w powietrzu ponad głowami widowni. Teraz, kiedy nie musiał brać pod uwagę możliwości towarzyszącej mu artystki, bez problemu górował nad akompaniamentem zamaskowanego pianisty, bo przecież w teatrze zwykł śpiewać w towarzystwie całej orkiestry.

Śpiewał, jakby naprawdę zamierzał sprawić, że nikt nie zaśnie.

Dopiero skończywszy, pozwolił, by zadziałało zaklęcie wzmacniające - drobniutki, uroczy czar, sprawiający, że jego pogłębione po występie oddechy wybrzmiały głośniej w zapadłej ciszy. Cztery wdechy przez usta. Cztery nieco drżące wydechy, kiedy niewidzącym wzrokiem błądził jeszcze gdzieś pod sufitem sali balowej. Przełknął ślinę, zamrugał i dopiero wtedy spojrzał na publiczność, z poważną miną oczekując na reakcję.


//Przewagi: Muzyka, Występowanie, Zawada: Primadonna
Diva
I felt my heart crack -
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Muzyk; kompozytor, pianista
Burza czarno-srebrnych loków, blade lico, gwiazdozbiory piegów. Oleander jest młodym mężczyzną o 183 centymetrach wzrostu i nienagannej posturze. Jego oczy zmieniają kolor w zależności od nastroju, dnia, pogody, miesiąca - lawiruje pomiędzy odcieniami z pomocą metamorfomagii. Dłonie ma smukłe, palce długie. Nosi biżuterię i kolczyki, ale zazwyczaj tylko wieczorami bądź na występy. Gustuje w perłach, złocie i szafirach. Na pierwszy rzut oka uśmiechnięty, pełny życia i pasji młody człowiek, który nie stroni od tłumów i rozgłosu.

Oleander Crouch
#196
01.02.2026, 02:11  ✶  
Jestem błękitny, rozmawiam z Dei, krytykuje występy, wychodzimy do ogrodu różanego.

Pragnąć to być; wyciągał dłoń w kierunku ognia, doskonale znając jego właściwości - płonąca skóra zdawała się sprawiać problem dopiero, gdy jej widok gorszył spojrzenia; out of sight, out of mind.

Trigger Warning: dysmorfia, dysforia i seks (Odkryj)
W płynnej nonszalancji uniósł kąciki wiśniowych ust. Choć mocniejsze uderzenia serca poczęły odbijać się w uszach, osaczać, wyciszać tło, wciągać pod wodę, nie stracił rezonu; w momentalnej panice, niebieski odcień skóry z chwilowej sztuczki, miał się przemienić w codzienność. Choć niewidoczna, wraz z błękitem pod skórę wpełzła barwa zwątpienia, odbicie lustrzane niechcianej prawdy, zdeformowanych obrazów, które nawet spod wyćwiczonego pędzla wychodziły karykaturalne. Zasłonięte tafle luster, przyciemniona łazienka, mgła pary wodnej  - znów był w londyńskim mieszkaniu, w echu wiedeńskich hoteli. Głowa pulsowała od pustyni rozpusty wczorajszej nocy, dotyk obcych rąk, derealizacja ciepła. Widział siebie i zamykał oczy, rdzawe loki sięgały obojczyków, zanieczyszczona zarostem twarz, pękatość. Był za wysoki, nie, nie, był za duży, smukłe lustro dyktowało odpowiedni kształt, androgeniczność, nieosiągalny standard, wyśniony ideał; koszmarną zjawę. Kim był? Rudą zmorą produkcji matki i ojca, czy pięknością o alabastrowej karnacji, wyszlifowaną własnymi dłońmi? A może ledwo przekraczającą pełnoletniość dziewczyną czekającą na kolejnego adoratora w cudzym mieszkaniu? Zawieszonym pomiędzy koncepcją pożądania, a sztuką chłopcem. Człowiekiem o wielu twarzach, bo swoją zgubił. A może nigdy jej nie posiadał? Drapał się po policzkach, rozrywając skórę, chcąc dotrzeć do ust i oczu - znów zakopał je głęboko pod warstwami pudru, choć te cudze zdobiły nogi, ramiona, klatkę piersiową i pośladki. Tren złaknionych spojrzeń, splecione złotą nicią gałki oczne skrzętnie doglądał we własnej szafie, dopuszczając do siebie zbyt często i chętnie. Kąpał się w uwielbieniu, a jednocześnie... Ramiona były za szerokie, za mało kobiece. Wszystko było nieodpowiednie, brzydkie, niedoskonałe, niewystarczająco przyciągające wzrok. Nie chciałby na siebie spojrzeć, gdyby zobaczył się na ulicy. Resztki brokatu na policzku, rozmazane wspomnienia śmiechu, o jedno pociągnięcie pędzlem za dużo - zanurkował w mydlinach, pogrążając się w przyspieszonym rytmie bijącego serca, jedynego metronomu, za którym nie nadążał.

Czy mógł winić Desmonda za wyrysowaną na zazwyczaj zobojętniałej twarzy odrazę? Przecież to nie w tym sęk, resztka stłamszonego rozumu nie przebiła się przez narastająca panikę tak samo efektywnie, jak dłoń naznaczyła kieliszek rysą. Pęknięte szkło nie rozsypało się po parkiecie, bo siła nacisku była za słaba. W zaskakująco pewnej nonszalancji pozbył się uszkodzonego naczynia, w sprawnym wyćwiczeniu odwracając głowę od niedoskonałości, skupiając się na anielskiej piękności otaczających zamaskowaną buzię blond kosmyków.

- Mogłabyś częściej tak mówić - skłamał bez zająknięcia - Ale czym byś się wtedy wyróżniała z tłumu podobnie brzmiących propozycji? - nie było takich demonów, które związałyby język Croucha. Tylko pocałunki były nagradzane złotem, cała reszta musiała cieszyć się srebrem i mosiądzem.

Zachichotał, rozbawiony własnym żartem.

- To nic osobistego, jakbyś chciała na pewno bym się z tobą całował. Być może, raczej tak, ale - wzruszył lekko ramionami - wolę z tobą rozmawiać, po co milczeć, jak ma się dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia? - komplement był być może zawoalowany, ale Crouch liczył, że na tyle dobitny, aby został zrozumiany.

- A licytacja to forma bardzo przeciąganej gry wstępnej? - znów zażartował, tym razem odnosząc się do wypowiedzi Malfoyówny na temat małżeństw. Zaraz jednak, jak na zawołanie, sceneria zmieniła się, a wieczór miał być urozmaicony o część artystyczną, co pachniało mu organizacją festiwalu bardziej niż wykwintnego balu. Oleander nie uniósł okrycia twarzy, ale zacisnął usta w tak charakterystycznym geście, że tylko obcy mu ludzie nie rozpoznaliby, że pod maską wywrócił oczyma.

Jeszcze w etapie planowania balu, odmówił wzięcia udziału w odbywającym się występie. W końcu znany jest z tego, że chadza na ciekawe randki, a nie kompromisy - nie miał zamiaru rezygnować z występu solowego na koszt kogokolwiek, zwłaszcza syna właściciela Teatru. Nie omieszkał wspomnieć, że następnym krokiem w karierze, dla tych co na takie występy się zgadzają, jest prowadzenie kajeciku z listą nowożeńców, którzy zapraszają cię jako podrzędnego grajka. Artysta zachwyca i zadziwia, cyrkowiec zabawia, pomyślał słysząc wyczytywane nazwiska. Przekleństwo własnego nazwiska, wzbudzającego szacunek w ławach Wizengamotu odgarnął wraz z kosmykami włosów.

- Myślę, że to dobry moment, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Mają tu ogród różany, widoczność o tej porze zapewne jest średnia, ale wolę to niż stanie w bezruchu i oglądanie licytacji, a potem tych wypocin - nie ozdabiał wypowiedzi, chcąc przekazać Dei swoją faktyczną intencję.

- Chciałaś kiedyś kogokolwiek pocałować, czy skradłem to pragnienie jako pierwszy i to w błękicie? - otuliwszy się materiałem, gdy wkroczyli do ogrodu, odsłonił rządek perlistych zębów w uśmiechu.

// [1/2] - bycie niebieskim


“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦
Czarodziejska legenda
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#197
01.02.2026, 11:12  ✶  
Śpiew Cordelii nie był bynajmniej zły, fałszywy czy zbyt słaby – i właśnie to czyniło go tak łatwym do zaakceptowania przez publiczność. Jej sopran był jasny, poprawnie prowadzony, gładki jak wypolerowany kryształ, który jednak w tym momencie nie został wystawiony na światło wystarczająco ostre, by okazać się kawałkiem profilowanego szkła. Każdą frazę budowała z przesadną starannością, jakby bardziej zależało jej na kontroli niż na emocji; dźwięki wznosiły się dokładnie tam, gdzie powinny, i milkły bez ryzyka, bez drżenia, bez tej niebezpiecznej szczerości towarzyszącego jej Selwyna, która zdradzałaby coś więcej niż solidne przygotowanie. Wysokie nuty osiągała czysto, lecz ostrożnie, cofając się o pół kroku tam, gdzie prawdziwe gwiazdy pozwalałyby sobie na skok w próżnię.

Było w jej głosie też coś chłodnego — nie lodowatego, raczej śnieżnego, choć może to była kwestia jej sukni: ładny zimowy pejzaż, odległy, ale niezdolny stopnieć na skórze słuchacza. Operowała dynamiką tak, jak uczą, z podręcznikowym wyczuciem kulminacji zadanego przez korepetytora, bez własnego instynktu, który każe czasem złamać regułę, by wydobyć prawdę z muzyki. Kiedy śpiewała o miłości, robiła to z przekonaniem osoby, która doskonale wie, jak miłość powinna brzmieć — niekoniecznie jak brzmi naprawdę. Jej maska, trzymana nonszalancko na patyku, poruszała się wraz z gestami dłoni, podkreślając teatralność każdego wejścia w frazę. Cordelia śpiewała do sali, nie do partnera. Śpiewała do rodów, nazwisk i spojrzeń znad kryształowych kielichów.

Towarzyszący im pianista z kolei nie wychylał się nadto, tworząc idealne tło do rozgrywających się w miłosnych duetach romansów. Nigdy zbyt wybijające się, nie przyciągające uwagi, nie zapadające w pamięć. Ot, taka była jego rola, i przyjmował ją bez cienia żalu, który mógłby odmalować się na połowie odkrytej twarzy. Ostatecznie - cała trójka była profesjonalistami, choć każdy zdawał się być tym profesjonalistą o nieco innej specjalizacji i doświadczeniu.

Czarodziej
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Skup, sprzedaż, pośrednictwo.
Wysoka na 175cm i szczupła kobieta o długich blond włosach luźno okalających nieco podłużną twarz o chłodnej cerze, błękitnych oczach i rubinowych ustach. Ubrana zazwyczaj schludnie i klasycznie w długą spódnicę i pasującą koszulę, którą okrywa tradycyjną szatą. Całość najczęściej w barwach czerni i zieleni z deseniami czerwieni i fioletu oraz kontrastującym eleganckim dodatkiem. Jej uroda idealnie współgra z melodyjnym głosem, bezbłędną dykcją oraz naturalną gracją ruchów. Niezależenie od miejsca i sytuacji sprawia wrażenie jakby zawsze była właściwą osobą we właściwym miejscu.

Ceolsige Burke
#198
01.02.2026, 19:20  ✶  
W towarzystwie Anthony'ego po licytacji.

Nagłe zniknięcie stolika z fantami przyjęła z niemym uznaniem dla sprawności organizatorów. Szybko, czysto, bez zbędnego bałaganu – dokładnie tak, jak lubiła. Gdy zapowiedziano recital, jej uwaga naturalnie popłynęła w stronę sceny. Resztki rozbawienia finałem licytacji powoli ustępowały. Miał skierować ich ku ogrodom, ale zapowiedź prowadzącego przytrzymała ją na chwilę. Zapowiedziane nazwiska wywołały tylko delikatne, mimowolne uniesienie brwi. Mimo rozmachu, to w sumie kameralne wydarzenie towarzyskie. Przyjemniej zachwycać się występem krewnych.

– Z żalem muszę przyznać, że ominęła mnie premiera w The Globe – mruknęła do Anthony'ego, a w jej głosie brzmiała nuta autentycznej ciekawości. – Słyszałam jednak, że Upiór zbierał zasłużone laury. Chyba nie zaburzy nam planów zostanie tu chwilę dłużej? - zapytała melodyjnie, nie spodziewając się odmowy.

Jednocześnie, kurtuazyjnie powitała zapowiadanych artystów oszczędnymi oklaskami. Delikatnie uderzyła smukłymi palcami prawej dłoni w otwarte wnętrze lewej. Dystyngowany, i elegancki gest zanim jej dłoń spoczęła pod ramieniem Shafiqa.

Kiedy Hannibal Selwyn wkroczył na scenę, kącik ust Ceolsige uniósł się w delikatnym, niemal niedostrzegalnym uśmiechu. Odsłaniająca siatka koronki, rogi. Specyficzny rodzaj pewności siebie, który zdawał się balansować na granicy arogancji. Było w tym wyczucie stylu, który potrafiła docenić. Zuchwałość wymagała odwagi, a ubrana w odpowiednią formę, stawała się atutem.

– Trzeba mu oddać – szepnęła, pochylając się nieznacznie ku srebrnej masce Shafiq'a, by nie zagłuszać pierwszych taktów muzyki – że potrafi nosić swoje demony z pewną... dystyngowaną elegancją. Niewielu to potrafi, nie popadając w śmieszność.

Gdy rozbrzmiała muzyka, umilkła, pozwalając, by dźwięki wypełniły przestrzeń. Duet był poprawny, momentami nawet zachwycający, idealnie skrojony pod atmosferę balu, gdzie każdy ukrywał twarz. Gesty Cordelii, zwłaszcza ta maska na patyku, którą operowała z emfazą godną divy, wywołały w Ceolsige krótkie, wewnętrzne rozbawienie. Było w tym coś uroczo pretensjonalnego, co jednak pasowało do konwencji opery.

Jednak w miarę jak utwór zbliżał się do finału, a głosy wokalistów splatały się w obietnicach bezpieczeństwa i schronienia przed mrokiem, uśmiech Ceolsige zbladł, stając się cieńszy i bardziej formalny. Nieproszona myśl przemknęła przez jej umysł. Palce jej dłoni, spoczywającej na przedramieniu Anthony'ego, zacisnęły się odrobinę mocniej, a ramię zesztywniało. Był to krótki odruch, który odszedł wraz z blednącą w jej myślach ideą. Czymś co finalnie nie zdołało się zdefiniować w konkretną myśl. Mimochodem rozejrzała się po okolicznych maskach i postaciach.

Samotny wokalista na scenie szybko ponownie skupił jej uwagę. Nessun dorma. Odczuć się dało zmianę w nastroju. Jakby rozwiała się mgła, której obecności nie można było dostrzec, dopóki nie znikła. Była tylko siła, technika i emocja. Ceolsige poczuła ten specyficzny rodzaj satysfakcji, który towarzyszył jej zawsze, gdy obserwowała profesjonalistę w swoim żywiole. Czy to był złodziej otwierający skomplikowany zamek, czy śpiewak operowy sięgający po najwyższe nuty. W jego głosie była prawda, której brakowało wcześniej. To budziło szacunek i pewien zachwyt mający oddźwięk w budzonych przez występ emocjach.

Gdy wybrzmiała ostatnia nuta, a cisza zawisła nad salą, Ceolsige nie wyrwała się pierwsza do oklasków. Odczekała dwa uderzenia serca, pozwalając, by wrażenie osiadło, po czym uniosła dłonie. Uderzyła otwartymi wnętrzami o siebie – dystyngowanie, powoli, ale głośno i wyraźnie, oddając honor wykonaniu.

– Nie sądzisz, Anthony – zwróciła się do towarzysza, gdy brawa zaczęły cichnąć, a ona sama odzyskała pełną swobodę ruchów – że oglądanie tak bezkompromisowego profesjonalizmu jest czymś... niezwykle odświeżającym? Zwłaszcza w czasach, gdy tak wielu zadowala się półśrodkami.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#199
07.02.2026, 13:43  ✶  
Obserwacja końca licytacji oraz oglądanie przedstawienia.

Kobieta na szczęście wielkiego problemu nie robiła i zgodziła się zostać ponownie sprawdzoną, lecz już przy samym wejściu sali balowej. Laurence skinieniem głowy podziękował ochroniarzowi, który zapewnił, że przekaże mu finał całej sprawy z podejrzaną kobietą. I oczywiście, kim był jej partner. To także zastanawiało, czy faktycznie z kimś była, czy kłamała.

Gdy ochrona z kobietą się oddaliła, Laurence wtedy dostrzegł, że kuzyn mu dosłownie zniknął w tłumie. Westchnął zrezygnowany. "Tak łatwo Ci nie odpuszczę Rodolphus." – odpowiedział sobie w myślach, jakby te chciał kuzynowi przekazać. Nie znajdzie go na tej sali, znajdzie go w innej części domu, w innym miejscu. Choćby nawet w Ministerstwie Magii. Lepiej dla niego, żeby okazało się prawdą, że kobieta faktycznie włamała się na bal nie posiadając osobistego zaproszenia.

Uwagę skierował na scenę, gdzie trwała jeszcze ostatnia część licytacji, wzrokiem po chwili szukając znanych sobie osób. Bez szans, kiedy wszyscy nosili maski.

- Tutaj jesteś.
Usłyszał znany sobie głos Carmille, która podeszła z boku do niego.
- Zdjąłeś maskę?
Zapytała. A on spojrzał na dłoń, w której ją trzymał. Lecz zaraz przyłożył na oczy, aby drugą ręką pomóc sobie ją założyć.
- Na chwilę musiałem.
Odparł krótko, poprawiając maskę na twarzy. Najchętniej to by jej nie zakładał.

Użyczył po chwili ramienia swojej ukochanej i wspólnie przeszli się bliżej zebranych gości, obserwujących końcówkę licytacji. Następnie ogłoszono spektakl, który także postawili wspólnie obejrzeć. Laurence jednak nie w pełni się skupiał na przedstawianej sztuce, co jakiś czas rozglądając się po otoczeniu, czy aby na pewno wszystko jest w porządku i pomimo incydentów drinkowych, oraz z nieproszoną kobietą, nic więcej się nie odstawia.

Oddawał oklaski wraz z gośćmi, kiedy zaprezentowano aktorów, jak i na sam koniec przedstawienia. To samo czyniła Carmille, która mu towarzyszyła. U niej dostrzegł duże zainteresowanie spektaklem, jakby dawno nie była na czymś takim. Może powinien częściej z nią gdzieś wychodzić? Gdyby tylko czasy, w jakich żyją, były spokojniejsze, bezpieczniejsze…



Posiadana Maska
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#200
07.02.2026, 19:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.02.2026, 11:54 przez Anthony Shafiq.)  
Razem z Ceolsige, rozmyśla o licytacji, słucha z Ceolsige koncertu. Po drodze jak idą do ogrodu, zaczepia Jonathana.

Licytacja dobiegła końca, a on zmuszony został przełknąć niezbyt przyjemne refleksje na kilka tematów. Pierwsze - nie udało mu się zdobyć prezentu dla Jonathana, co było w podwójny sposób nie przyjemny, bo przecież obiecywali sobie wspólne wyjście do teatru i oh, czyż nie byłoby słodszego przynaglenia niż magiczna lornetka umożliwiająca im śledzić każdy detal sceny w loży, która absolutnym przypadkiem była oddalona od oczu postronnych w sposób właściwy i ostateczny?

Drugie - na licytacji nie pojawił się żaden smoczy przedmiot, co uważał za bardzo przykre. Zakładał, że w skarbcu Lestrangów znalazłaby się niejedna zabawka albo zrobiona z jakiegoś smoczego surowca, albo odpowiednio zdobiona i dopiero gdy licytacja przeminęła zdał sobie sprawę z tego, jak w napięciu czekał do ostatniego przedmiotu, na ten jeden właściwy. Tymczasem...

Po trzecie, było w tych eliksirach i przedmiotach zmieniających tożsamość posiadacza coś upiornego i Shafiq z trudem odsunął od siebie myśl, że cała ta licytacja nie jest po to, aby urozmaicić życie erotyczne czystokriwstych czarodziejów tylko... no właśnie, tylko co? Chaos. Zamęt. Czynienie okazji do tego, by móc podszyć się pod kogoś i... cóż zrobić? Przedłużenie balu maskowego, gdy maską staje się cudza twarz. Przyszła mu myśl, że nie był na bieżąco z najnowszymi zabezpieczeniami Ministerstwa. Ale to... mogło poczekać do poniedziałku.

Po czwarte... kupił tylko jedną zabawkę. Chciał ją oddać to prawda, ale o ileś lepiej byłoby kupić dwie. Tak... właściwiej. Odpowiedniej. Wywołało to swędzenie w jego głowie, którego nie miał jak podrapać, sama myśl o tym zdawała mu się mało elegancka właśnie. Dobrze, że odbiór przedmiotu miał mieć miejsce po balu, jak to tak niesymetrycznie mieć wypełnioną tylko jedną z kieszeni?

Odchrząknął i skupił się na muzyce, która wypełniała konsekwentnie przestrzeń balowej sali. Koronki zdobiące Hannibala nie dziwiły go zbytnio, młodzieniec znany był ze swoich kontrowersyjnych wyborów w wielu kwestiach, cóż jednak kontrowersje obyczajowe, gdy czarodziejską societę o wiele bardziej interesowało pochodzenie kochanka czy kochanki, aniżeli fakt, że tychże było sporo. Głos Selwyna był znajomy, jego warsztat nie zaskakiwał, dawał uczucie ponownie oglądanej pięknej rzeźby i było w tym uczuciu coś przyjemnego. Uziemniającego. Nie mógł tego powiedzieć o głosie Cordelii, której ścieżkę muzycznej kariery znał i nie do końca pochwalał. Brak Oleandra na scenie go w pewnym sensie zdziwił, choć być może tego dnia młodzian wolał się bawić, aniżeli rozmyślać o - jakby nie było - pracy. Tajemniczy pianista nie wzbudzał w nim większego zainteresowania, w przeciwieństwie do nieco mocniej zaciśniętej na przedramieniu dłoni jego towarzyszki.

Może gdyby nie wojna.

Może gdyby nie spalony Londyn.

Cały recital napełnił go smutkiem, w którym wdzięczny był za maskę pozwalającą mu odpuścić na moment, na krótką chwilę wewnętrzne opanowanie.

– Między elegancją a śmiesznością jest pewne spektrum w którym widziałbym te decyzje wizażowe. Niemniej, ciekaw jestem czy dziedzic Selwynów miał jakieś informacje, jako performer o skutkach niektórych powitalnych eliksirów. Czyż nie latały tu przed momentem anielice? Może chciał jakąś upolować, w imię opowieści, która nie musi być wypowiedziana, aby zaistnieć w świadomości rozmówcy – odpowiedział Ceolsige, zachowując neutralność, ba! szczyptę rozbawienia, niewielką jego iskrę w niespokojnym sercu.

Muzyka się skończyła, Anthony również wyraził wdzięczność artystom - zgodnie ze zwyczajem - klaszcząc, co miało być substytutem uścisku wdzięczności. Robiąc to jednak, miast skupić się na scenie, pozwolił sobie rozejrzeć się w poszukiwaniu znajomego złotego oblicza.

Miał iskrę. Chciał choć na moment ogrzać się przy gwieździe.

Czy to był właściwy czas? Tak się zdawało. Dwie atrakcje jedna po drugiej, pewnie koło północy podadzą mięsiwo.

– Zechciałabyś Pani powrócić do naszego pierwotnego planu przechadzki po zaklętym ogrodzie?– zaproponował, rękawiczką gładząc dłoń, którą miała oplecioną przez jego przedramię. – Nie jestem znawcą kwiatów by móc szafować wyrokami, ale kiedy bywałem już w tym ogrodzie... przeklęty czy nie, niesie w sobie wiele walorów estetycznych pozwalających ochłonąć po emocjach licytacji i recitalu.

I gdy uzyskał jej zgodę, tak wyznaczył trajektorię ich niespiesznego spaceru, by ściągnąć wzrokiem Jonathanana, licząc że zgodnie z prośbą Anthony'ego sprzed balu, podąży za nimi do ogrodu. Lepszej okazji, by móc zweryfikować aurę panny Burke raczej nie znaleźliby tego wieczora.


Zawada: Nerwica Natręctw
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Albert Rookwood (820), Anthony Shafiq (1550), Astoria Avery (2600), Atreus Bulstrode (3714), Baba Jaga (1429), Basilius Prewett (215), Brenna Longbottom (4076), Cedric Avery (211), Ceolsige Burke (1532), Charlotte Mulciber (1529), Christopher Rosier (4157), Dearg Dur (927), Deirdre Malfoy (997), Elliott Malfoy (1589), Gabriel Montbel (1661), Hannibal Selwyn (1963), Jonathan Selwyn (453), Lana Dolohov (670), Laurence Lestrange (3774), Laurent Prewett (1629), Leviathan Rowle (2123), Lucy Rosewood (1380), Lyssa Dolohov (1545), Mirabella Plunkett (3432), Morpheus Longbottom (2810), Oleander Crouch (1688), Pan Losu (1777), Robert Albert Crouch (794), Rodolphus Lestrange (2205), Urd Nordgesim (1079), Vakel Dolohov (4968), Victoria Lestrange (5081), Zachary Burke (1417)


Strony (22): « Wstecz 1 … 18 19 20 21 22 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa