Rozmowa toczyła się gładko na tematy tak pilne, co mało ważne i to Anthony'emu odpowiadało. Nie dotykały wartości i przekonań, nie dotykały spraw palących lub tych, które dopiero niedawno przestały się palić. Ktoś może nazwałby taką rozmowę pustą i bezwartościową, ale czasem dobrze było właśnie na to poświęcić swój czas.
Było to doświadczenie odprężające.
W swojej torbie trzymał dwa wieńce zrobione na okoliczność Mabon, przekazane mu przez Lazarusa oczywiście, bo sam najpewniej pochłonięty powstawaniem fundacji i nadchodzącym przypłynięciem azjatyckich towarów, zapomniałby o obowiązku wobec boginii.
W poprzednich latach całkiem prawdopodobne, że zwyczajnie zignorowałby ten obowiązek, po Lammas jednak i doświadczaniu na nim dziwnych prądów magicznych nie zamierzał pozbawiać siebie wszelkich profitów, które mogły wyniknąć z niezbyt obciążającej religijności.
A ludzi przy ołtarzu kłębiło się całe mrowie.
–Jak trwoga to do Boga. – powiedział cicho po polsku, ale szybko zreflektował się, że język, który użył nie był rodzimy. – Och Pani wybaczy. Przyszła mi ta myśl w związku z książką, którą niedawno czytałem. Tyle ludzi. Mabon nieoczekiwanie stało się tak popularnym sabatem – westchnął, sam przecież ulegał tej presji. Przecież to nie zaszkodziło. Przecież to mogło tylko pomóc.
Gdy dotarli do ołtarza wyciągnął jeden z wieńców...
Z powodu daltonizmu nie był zbytnio fanem sztuk wizualnych, nie takim jak muzyki, niemniej jednak docenił bardzo rzemieślniczy wytwór w swoich rękach. Piękne rzeźbienia. Pióra. Owoce. Susze. Nie dało się ukryć, że Lazarus zasłużył sobie we wrześniu na premię. Powiedzieć, że Shafiq był zadowolony z jego pracy to mało.
– Pani przodem. – Zachęcił Ceolsige, aby złożyła ofiarę jako pierwsza. Po części z uprzejmości, po części dlatego, że sam przez moment chciał nacieszyć oczy wieńcem, którego nie miał okazji wcześniej widzieć.