- Chyba powinnam czuć się obrażona – stwierdziła po tym, jak w pierwszym odruchu się rozkaszlała – ciekawe, czy tylko maskowała w ten sposób swoją prawdziwą reakcję czy też słowa Rookwooda spowodowały, że naprawdę się zakrztusiła z powodu wizji związania się z nim małżeńskim węzłem. O Matko… ciekawe, jak długo potrafiliby ze sobą wytrzymać? Ewentualnie: jak długo rodzina Ulyssesa byłaby w stanie wysiedzieć w jej obecności? Ha, dobre pytanie...
- Och, wiesz… problem niebycia kobietą da się łatwo rozwiązać, naprawdę, jest taka piękna klątwa, całkiem niedawno o niej nawet czytałam, więc jeśli byście zechcieli… nie oceniam, naprawdę – rzuciła bardzo lekko, niby wręcz od niechcenia. Tak. Skoro płeć najwyraźniej była tu przeszkodą, a nie wiek (co w sumie mogło dziwić, biorąc pod uwagę, iż tak naprawdę Leta oraz Cal byli w tym samym wieku. Albo nie tyle dziwić, co raczej wzbudzać oburzenie, że co to za dyskryminacja!), to naprawdę istniały środki temu zaradzające. Najwyraźniej, o ile jednak nie robiła właśnie towarzyszy w balona. Bo o odmłodzenie to jednak trochę ciężko… - Z drugiej strony, jeśli trzeba, to można sfałszować nawet całe drzewo genealogiczne, więc… mówisz, że ile lat mam sobie odjąć? – czy mówiła serio? Oczywiście że nie.
Czy było to do zrealizowania? Cóż, papier wszystko przyjmie, a taki, co wyszedł z rąk Crouchów to nawet wyglądał bardzo, bardzo wiarygodnie…
- I owszem, dałoby się, jak najbardziej – przytaknęła jeszcze Calowi. Ich droga jakoś poprowadziła w pobliże Abbot; Crouch złapała swój wianek, posyłając uśmiech kobiecie, z której rąk go odebrała i usadziła na łepetyniea – I nie, Cal, nie patrz się tak na mnie, nie mam zamiaru nikomu oddawać dziś tego wianka, zresztą nie wiem, na co ktoś by się miał niby wspinać… na kamienie? – oświadczyła, nawet nie czekając na jakikolwiek komentarz ze strony Shafiqa. Cóż. Nie da się ukryć, maj był dość… męczący. A wszystko dlatego, że namówiła Jamila na chwilę zabawy i wniesienie wianka na słup...
!wianki