• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele

[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#301
10.07.2024, 16:45  ✶  

Aaach, Victoria potrafiła być absolutnie słodka! To i na jej przeprosiny lekko uniósł kąciki ust, ale to był specyficzny uśmiech, bo zawierał w sobie małą kroplę melancholii. Przy aroganckiej pozie, jaką wykazywał, zapatrzony w tą pomiętą paczkę, mieszanka była całkiem... Saurielowa. Mógłby się na nią gniewać, do niedawna wybuchy złości były jedyną odpowiedzią, jaką miał na wszystko. Teraz już sam nie wiedział, jaką powinien mieć odpowiedź. Powinien się smucić? Gniewać dalej? A może mieć wyjebane i udawać, że rozwój emocjonalny to tylko bajka jak wszystkie te fałszywe fundusze wspierające hodowle smoków. Nie każdy musiał wiedzieć, że są fałszywe. On też nie musiał przed samym sobą próbować rozróżnić prawdy od fałszu.

- Daj spokój. - Machnął lekko ręką, po czym położył dłoń na jej ramieniu - zanim to ramię jej zaproponował, żeby poprowadzić ją do ogrodów. - Nic się nie stało. - Pomyślał o tym, że Victoria mogła sama zwątpić o co chodzi, a na pewno mogła poczuć się w jakiś sposób winna, skoro przepraszała. A może przepraszała tak po prostu? Już tego zagadnienia nie rozgrzebywał na czynniki pierwsze. Ale... fajnie było wtedy, kiedy wszyscy się fajnie bawili. Jakkolwiek banalnie to nie brzmiało. I on miał się tym przejmować? Czasami nawet potrafił. W chwilach jakichś refleksji. Ewentualnie jak wypił wystarczająco dużo i wszedł w odpowiedni nastrój z tym alkoholem, który nie był nastawiony na emocjonalne wypranie. Łatwo w końcu ranić wszystkich wokół, kiedy twoja empatia leżała i kwiczała. Gorzej, kiedy zastanawiasz się, co ta druga osoba czuje, nawet jeśli nie do końca empatyzujesz z tą jednostką. Skomplikowane? Naah. Nie do końca. To zawsze były chęć i pytanie: na czym ci zależy bardziej? Niekiedy szczęście drugiej osoby potrafiło stać się twoim szczęściem.

- W burdelach wiecznie krążą używki, wszyscy chleją, a potem ruchają się po kątach. Cokolwiek ich bawi. Kurwa, nawet znalazł się pojeb, co założył burdel z trupami. - Wzruszył ramionami, mrucząc te informacje bez jakiegoś większego entuzjazmu, ale nie to, że był nudny. Był... tak samo codzienny jak omawiany smak ciasta przy popołudniowej herbatce w wyższych sferach. Coś, co on widział na co dzień i być może Victoria też w pracy już się zetknęła, a być może nie - w końcu długo nie pracowała. - Na Ścieżkach zawsze coś gotują. I chuja mnie obchodzi, co sprzedają, póki trupy się nie sypią, a psy trzymają z dala. Ale jak odpalają u mnie, to mają też odpalać kasę. Chuja mnie obchodzi, czy na ulicy, czy w burdelu, czy wyżej na Nokturnie pod kamienicą numer sześć. - Dziwki, alkohol, koks - wszystko to było jedno pudełko. Haracze. Codzienne życie i codzienna praca, która ściągała go coraz mocniej, ale bujanie się do Ministerstwa było czymś, z czego chyba jednak by nie zrezygnował. Choć nad tym myślał. Więc tak, sam nie brał. Człowiek czuł się po tym koniec końców gorzej... i może byłoby z tego trudno wyjść, ale wciągnięcie się w cug nie-życia... cóż. Opanowanie swojego głodu - to na pewno pomagało. - Nad melodią. - Chociaż jedno z drugim płynnie się ze sobą zgrywało... - I nad krokami. - Dodał więc zaraz.

- Bo nie ćpam. - Zatrzymał się przy ławkach i zaciągnął dymem, robiąc kroczek na bok od Victorii, żeby klapnąć sobie na ławeczce. Uniósł na nią spojrzenie. Siedział pochylony, opierając łokcie na kolanach - niechlujnie, jak to on. Nawet w tym garniturze przy rozchełstanej koszuli nie sprawiał wrażenia grzecznego panicza z grzecznego domu. - Wooo... to brzmi... brzmi... - wspaniale. Każde kolejne słowo mówił ciszej. Automatycznie spojrzał na niebo. Na migoczące gwiazdy, które były w Londynie słabo widoczne, albo nie widać ich było wcale. Dzień. Testowanie wychodzenia na słońce... - To... mogę potestować. - Strzepnął popiół z papierosa.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#302
10.07.2024, 22:14  ✶  
Przy stoliku w obecności Camille i Anthony’ego.

Zauważając, że Camille chce mu coś powiedzieć i to dyskretnie, pochylił się. Różnica wzrostu robiła swoje, nawet jak kobieta posiadała obuwie na wysokim obcasie.

- Nie mam pojęcia. Ale też nie dziwię się, że postanowił udać się przebrać.
Odpowiedział Camille, kiedy zostali sami a szanowny Pan Shafiq postanowił ulotnić się z ważnego dla siebie powodu. Na weselach różne sytuacje mogą się każdemu przytrafić i jeżeli nawet wchodziło ubrudzenie ubrania, dobrzej jest mieć coś na zmianę.

Po udzieleniu jej odpowiedzi, spojrzał na jej oblicze, czując z bliska zapach jej perfum. Ten charakterystyczny zapach, który świadczył o jej obecności.

Odmówił słodkości, ze względu na swoje uczulenie na czekoladę. Nic by się nie stało, gdyby zjadł nieco więcej słodkiego, gdyż jego waga tego wymagała. Lecz odmawiał. Nie do końca też przekonało go zapewnienie ze strony Delacour o posiadaniu eliksiru neutralizującego dolegliwości. Może nie miał akurat teraz apetytu.

- Akurat nie laktoza u mnie jest problemem, a czekolada.
Wyjaśnił swojej partnerce, Kiedy zmierzali do stolika, gdzie zajęli swoje miejsca. A nie sądził, żeby jej eliksir na tę dolegliwość coś pomógł.

W pewnym momencie dostrzegł i on Shafiqa, kiedy Camille zaczęła do niego machać. Dając znać, gdzie obecnie się przenieśli. I choć pozostali przy stoliku, mieli wgląd na salę bankietową.

- Nic na to nie poradzimy. Lubi być w centrum uwagi.
Wyraził swoje zdanie na jej opinię, choć odnośnie zakładu się nie wypowiedział, bo nie zakładał się z nią. Nie było to potrzebne i nie było też o co.

Przyjął do wiadomości, jaki w smaku był tort, po czym spostrzegł, że Camille sięgnęła po ciasteczko z wróżbą. Nie zaglądał, jaką treść otrzymała.

- Od razu widać zmianę. Asystentka?
Odpowiedział na stwierdzenie odnośnie odzieży Anthony’ego, pytając konkretniej, kim była wspomniana przez niego panna Switchtone, kontynuując z nim rozmowę w języku francuskim.

Nawet Anthony sięgnął po ciasteczko z wróżbą. Laurence cicho westchnął, lecz z uśmiechem. Miał w rodzinie wróżbitę, bywał w miarę na bieżąco z jego artykułami. Ten czarodziej akurat jest jego szwagrem.

- Skoro Wy sięgnęliście, to też sprawdzę.
Choć nie planował. To jednak pozwolił sobie jedynie na zajrzenie do wnętrza ciasteczka. A więc sięgną po jedno ciasteczko, przełamał i sprawdził co jemu los napisał.

!ciastkazwróżbą
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#303
10.07.2024, 22:14  ✶  
Jesteś inspiracją.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#304
11.07.2024, 00:25  ✶  
Taras za salą balową

Przywykła do tych wybuchów złości, a kluczem było po prostu… dać im przeminąć. Nie dać się sprowokować, bo one często nie były wymierzone w nikogo konkretnego, po prostu następowały i… potem łagodniały. Znikały, jak fale, które rozbijają się łagodnie o brzeg, zabierając ze sobą zamki z piasku, zalewając dziury, pozwalając plaży się wyrównać. Gniew, jaki buzował w Saurielu, sam był jak ta woda – fala, która go obmywała i w końcu pozostawiała… co dokładnie? Spokój? Nic? Ciemnowłosa nie wierzyła, że to było nic. A przepraszała go szczerze; wierzyła w moc słów, swoich emocji, nie robiła względem Sauriela fałszywych ruchów, ani nie rzucała słów na wiatr. Kiedy mówiła, że jej przykro, to było jej przykro. Kiedy mówiła, że go przeprasza, to uważała, że jest za co. Kiedy mówiła, że jest dla niej ważny…

Próba zrozumienia uczuć drugiej osoby, nawet jeśli nieudana, zawsze była rozwojem. Bo była próbą, dobrą intencją, znakiem, że jeszcze się walczyło, że coś było istotnego… że ktoś był istotny, jego uczucia i emocje, że chciało się… brać w tym udział? Nawet jeśli tylko pośredni, bierny. Victoria starała się zrozumieć Sauriela i robiła co mogła, choć danych nie miała zbyt dużo, a on… wiele razy dał jej znać, że też się starał. O tym była przekonana – o tych staraniach, tak wtedy, gdy dopiero mieli zostać zaręczeni, jak i po tym, gdy już ona zgodziła się zostać jego żoną… a teraz? Czy były starania? Victoria sądziła, że tak: malutkie, ledwo widoczne, ale tym bardziej ważne, bo była naocznym świadkiem upadku i załamania czyjegoś świata. A jednak… a jednak. Miało nie być dziwnie. Czy było? Chyba nie. Było… było naturalnie, małe kroczki na piasku były stawiane i czasami pożerała je woda. A czasami leciutko je tylko obmywała.

– Myhym – mruknęła pod nosem. – Nie moja bajka – w żadnym calu nie jej bajka, ale Rookwood chyba doskonale o tym wiedział. Słyszała o tym burdelu i to nie tak, że nigdy do żadnego w sprawach związanych z pracą nie była. Wcale nie pracowała tak krótko jak Sauriel sądził: tak, niecały rok jako pełnoprawny auror z uprawnieniami, ale wcześniej trzy lata na stażu w biurze aurorów uczyła się przecież od innych i normalnie wykonywała zawód, bo jak inaczej przeszłaby szkolenie? A wcześniej dwa lata w BUM-ie. To było ponad pięć lat pracy jako pies, choć tak naprawdę nikt nigdy nie miał odwagi tak ją nazwać. Victoria nie była żadnym psem. – Okej, okej, rozumiem – rozumiała. Sauriel potrafił się bić, rozmawiali nieraz i co prawda w większości to były jakieś ochłapy (teraz wylał z siebie znacznie więcej, pewnie przez ten alkohol…), to coś tam z tego poskładała. Ale dopiero teraz miała cały obraz. I obchodziło ją tylko to, że sam nie brał tego syfu. Zaś to, co wyrwało się z jej ust, to był chyba… jakiś delikatny oddech ulgi.

Patrzyła na niego w ciszy. Wyglądał… tak, nie wyglądał jak grzeczny chłopiec, ale nigdy tego od niego nie oczekiwała, podobał jej się właśnie taki, prawdę mówiąc. Ale to jego zamyślenie, to jak spojrzał w niebo… pomimo tego, że powiedziała mu, że coś wymyśli – on zdawał się być naprawdę zaskoczony. Że próbowała? Nie wierzył, że to będzie tego warte, czy że faktycznie się tego podejmie? Jego zamyślona mina, nieco zamglone, może nawet tęskne spojrzenie… Victoria delikatnie wyciągnęła do niego rękę, by przejechać zimnymi palcami po jego przedramieniu, złapać go za dłoń – dla nabrania otuchy.

– Nie mogę obiecać, że wyjdzie za pierwszym razem. Ale mogę dać słowo, że zrobię cokolwiek trzeba, żeby się udało i że nie pozwolę, żeby to się wymknęło spod kontroli – trochę się tego testowania bała… ale z drugiej strony przy najmniejszym sygnale, że coś jest nie tak, zareagowałaby odpowiednio. Tu naprawdę nie było innego sposobu, jak po prostu próbować i ulepszać formułę, wyciągając odpowiednie wnioski. Wręcz nie wierzyła, że uda się za pierwszym razem. – Mam też kilka innych pomysłów, ale uznałam, że ten jest… że ten chciałabym zrobić na początku – był w ogóle ciekawy, co jej głowa w ogóle wymyśliła? Co nakreśliła w swoim dzienniku, jaki miała cel i ile o tym wszystkim myślała? Pomiędzy pracą, przeprowadzką i dumaniem nad jej własnym, wcale niemałym, problemem.

– Zatańczysz ze mną jeszcze? – facet powinien o to prosić, ale on już prosił, więc teraz ruch był po jej stronie. Tak, tamten taniec nie wyszedł jak powinien i Victoria chciała to naprawić. I chciała też dać Saurielowi znać, że nadal jest do tego chętna i nie była zrażona, a było pewne, że się poprawi. Chciał i wolał prowadzić, więc nie pchałaby mu się w paradę jeszcze raz. Uwielbiała tańczyć, ale tu nie chodziło o zabawę do rana z byle kim. Ona… chciała się po prostu bawić z nim. I tak jak on od początku chciał zatańczyć z nią, tak ona od początku chciała zatańczyć z nim. Nie wiedziała o jego chęciach, nigdy jej o tym nie mówił, tak jak nie powiedziała ona. Ale czy te intencje nie były wystarczająco wymowne?

à La Folie
And was it his destined part
Only one moment in his life

To be close to your heart?
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
malarka
Piwne oczy i brązowe włosy z miedzianym połyskiem, czasem z rozjaśnianymi pasmami lub po całości. Ma 165cm wzrostu, a sylwetkę szczupłą i chudą. Zawsze stara się prezentować, jakby była na właściwym miejscu. Zawsze zadbana, ładnie uczesana i ubrana. Wygląda na starszą niż jest w rzeczywistości, czy to przez zachowanie, ubiór czy ogólny wygląd - chce żeby brano ją na poważnie, jednak kiedy się rozluźni, podpatrzone u innych maniery łatwo znikają. Czasem kiedy mówi, słychać francuski akcent, który szczególnie wychodzi kiedy jest pod wpływem silnych emocji. Ciągnie się za nią zapach białego piżma, jaśminu i kwiatu bawełny.

Lyssa Dolohov
#305
12.07.2024, 07:05  ✶  
jemy ciasto z Ulyssesem, a potem parkiet

Widząc jego uśmiech, który zdawał się zupełnie nie pasować do jego twarzy, a jednak się tam pojawiający, sama uśmiechnęła się lekko. Łagodnie wręcz, jakby tego przelotnego wyrazu nie chciała niepotrzebnie płoszyć. A jednak, gdzieś w tym wszystkim tkwiła zwyczajna satysfakcja, że w jakiś pokrętny sposób udało jej się trafić w coś, co podziałało.
- A więc chyba mogłabym go obejrzeć razem z tobą - odpowiedziała, wyłapując tę ulotną sugestię, która kryła się za jego słowami. Po prawdzie jednak, w pierwszym odruchu chciała zwyczajnie prychnąć rozbawiona i wysłać go pod adres mugolskiej galerii, w której znajdowało się 'Fałszywe lustro'. Z jakiegoś powodu walczyła z samą sobą, z jednej strony unosząc się dumą, wcześniej urażoną przez jego słowa, a z drugiej czując jakąś dziwną satysfakcję z tego, że teraz stał przy niej i nie wyglądał jakby przy najbliższej okazji miał czmychnąć. No i jeszcze proponował jej spotkanie? I to w taki sposób o który by go nie posądziła, biorąc wcześniejszą obcesowość.

- Czasem aż za bardzo - mruknęła, ale na tyle że ją słyszał. Nie była aż tak przekonana, czy wyraźniej znaczyło od razu inaczej, ale nie zamierzała się z nim sprzeczać, bo wszystko tutaj sprowadzało się do semantyki. Pod koniec dnia nie ważne było jak wiele detali dostrzegali i zapamiętywali, bo i tak spoglądali na wszystko przez swoje własne szkiełka w charakterystycznym kolorze, które zabarwiło ich wychowanie, otoczenie, ludzie którzy się przy nich znajdowali.

Mimowolnie powiodła spojrzeniem w miejsce, gdzie sam patrzył. Brat panny młodej, tak? Może pod jakimś kątem byli nawet do siebie podobni, Lyssa w to nawet nieszczególnie wnikała, patrząc teraz na kobietę stojącą obok Perseusa, ale szybko skoncentrowała się bardziej na jej małżonku. On był ciekawszy. On opleciony był kolorami, podczas gdy ją otaczała dziwna, niewygodna dla Lyssy pustka. Zawsze kiedy zderzała się z oklumentą czuła się niezręcznie. Jakby ktoś odciął ją od czegoś, na co niekoniecznie do tej pory zwracała uwagę, bo na nici patrzyła raczej odruchowo i podświadomie.

- Drzemie w tobie ukryty talent. - przeczytała swoją karteczkę w geście solidarności, podsumowując ją troszkę złośliwym prychnięciem. Miała wiele talentów, tego była akurat pewna, z czego wiele zwyczajnie zaniedbywała. Dużo z tego co umiała spoczywało na barkach niesamowitej pamięci, ale reszta? Jej malarstwo czy chociażby trzecie oko kulały, bo w ich przypadku nie mogła polegać na samym zapamiętaniu schematów. Musiała wyćwiczyć ciało, a to buntowało się czasem i frustrowało ją tylko. - Cóż, skoro to los, to przecież nie mogę odmówić - odparła z przekornym uśmiechem, już nawet gotowa podać mu dłoń, ale zatrzymała się. Obejrzała w bok, koncentrując uwagę na moment na sylwetce ojca, który ewidentnie coś chciał jej teraz powiedzieć. Mimowolnie się spięła; ledwo zauważalnie prostując, czy niedbałym, niby to przypadkowym gestem wygładzając materiał sukienki. - Wybaczysz mi na moment? - niby to zapytała Rookwoode z uśmiechem, ale nie czekając na jego odpowiedź i zamiast tego podchodząc do Vakela. Nachyliła się ku niemu nieco, słuchając jego słów, a potem kiwnęła głową i życzyła mu miłego wieczoru. Obejrzała się jeszcze na niego przez ramię, kiedy każde z nich ruszyło w swoją stronę, ona do Ulyssesa, a on do Peregrinusa.

- Wybacz - uśmiechnęła się jeszcze do niego przepraszająco, znowu wykręcając głowę we wcześniejszym kierunku, ale Vakela już dawno nie było. Lepiej tak, niż żeby znowu przypadkowo teleportował się między nią, a jego partnera. - Mam nadzieję, że nie zdążyłeś się w tym czasie rozmyślić - podała mu rękę, ale na wspomnienie ostatniego tańca z Darcym, gdzie zawitał z zaskoczenia Dolohov, poczuła falę zażenowania, która zaczerwieniła jej policzki. Pozwoliła się poprowadzić na parkiet, a kiedy już się na nim znaleźli, zakołysać do rytmu muzyki. - Martwisz się o siostrę? - zapytała wreszcie, wracając do momentu kiedy wodził spojrzeniem za Vesperą. - Chyba nie ma o co, bo pan młody wydaje się w niej faktycznie zakochany - zerknęła na nowożeńców jeszcze raz, ale czerwona nić, połyskująca tak samo głęboką miłością jak i pożądaniem, znajdowała się na swoim miejscu. Ciekawe tylko, co na to wszystko panna młoda.


la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#306
13.07.2024, 11:19  ✶  

Wstydził się tych starań. Wstydził się wielu rzeczy i wiele uważał za głupie. Nie przyznałby tego na głos - zamiast okazywać zawstydzenie i pielęgnować to uczucie, zastanowić się nad nim i przepracować, łatwiej było je wykorzystać jako paliwo do zasilenia tego, co tak mocno go napędzało. Złości. Czemu więc się wstydził? Nie wiedział. Cały ten mankament z życiem między uczuciami polegał na tym, że kiedy coś bierzesz, musisz też coś dać. Transakcja wiązana i chociaż dla Victorii to nie było żadne zaciąganie długów, Sauriel nie potrafił inaczej - kredyt na twojej karcie mógł mieć ograniczony limit. Kiedy nienawidzisz zobowiązań uczysz się w końcu unikać wszystkiego, co je powoduje. Więc? Oto i mamy te wielkie EMOCJE. Mamy sens trwania i przetrwania w społeczeństwie i relacjach. Czym innego jest przyjaźń, a jeszcze czymś innym zakochanie. Tak, oto i więc sedno sprawy i źródło naszego wstydu. Miłość. Czy on mógł powiedzieć, że kochał Victorię tak, jak ona kochała jego? Nie miał na to odwagi. Miał odwagę na wiele rzeeczy, zbyt wiele rzeczy, ale na to - nie. Nawet przed samym sobą.

- I bardzo, kurwa, dobrze - gdyby oddychał to mówiłby właśnie na wydechu. Ale nie oddychał. Palenie papierosów było nawet bardzo złudnym pobudzaniem organizmu do pracy za pomocą samych mięśni, bo jego płuca przecież nie mogły w pełni przyswoić dymu i go wypuścić. Hej, na coś trzeba umrzeć! Rookwood przynajmniej nie umrze od gruźlicy - bo to nawet dla mnie jakiś jebnięty koszmar. Lepsze ruszające trupy niż... a zresztą. - Machnął znowu ręką. - Truć ci nie będę, piekielnie paskudne rzeczy się potrafią dziać tam na dole. - Widziała już pewnie wiele takich paskudności, co nie znaczyło, że musiał jej akurat w TEN dzień (TEN czyli jaki?) pobudzać wyobraźnię Lestrange. A ten dzień był... a raczej: noc... Cóż: ślub. Takie rzeczy łączyły ludzi w radości, a nie odlepiały od świata i ciężarem wbijały gwoździe do trumny. Hej, wystarczająco już ich zebraliśmy, może to pora wyrzucić kilka na złom? Z pewnością znajdzie się kilka z zamierzchłych czasów, które dawno temu powinny trafić do śmietnika. Człowiek potrafił mieć zadziwiająco brzydką manierę z "a może się przyda". Ay, może się przyda... Drugiemu pokoleniu za 150 lat. Przyda się do sprzedania jako antyk, przynajmniej przyszła rodzina, której już nie poznasz, będzie mieć. Albo przyda się jako element nakłaniający do zrobienia w końcu porządków na strychu.

Opuścił głowę w dół i podparł ją na dłoni ręki opartej łokciem na udzie. Przesunął palcami parę razy po włosach, nerwowo, zaczął unosić nogę w górę i w dół, opierając ją na palcach. Nerwowo. Ta nerwowość opisywała brak komfortu w odczuciach, które nagle wyciągnęła Victoria na stół. Oto danie główne - tyle z niewywoływania niechcianych emocji, tylko się nie spodziewał, że to przed nim zostaną wyciągnięte. Gardził takim posiłkiem, bo nie miał na niego sił. Nie chciał niczego odczuwać, a już na pewno nie żalu, smutku, nostalgii. Nie chciał myśleć o tamtym żałosnym dniu w parku ani o wszystkim, co go otaczało. Czy Victoria by mu pomogła? Kurwa, pomogłaby. Oczywiście. Nie musiała go do tego przekonywać - mógł na nią liczyć chyba ze wszystkim, mało to udowodniła? Pociągnąłby nosem, gdyby tylko był w stanie mieć katar. Może uroniłby łzę, gdyby jakąś posiadał. Nic takiego się nie działo. Khatarsis w takim wykonaniu nie miało prawa go dotknąć, więc po prostu tak siedział, nie mając ochoty podnosić głowy, ale w swojej ciszy dziękując jej za to, że jest, że się stara, że... pomimo tego wszystkiego ją ma.

W końcu się wyprostował i uśmiechnął do niej ciepło.

- Ay, Victorio. Chcę z tobą zatańczyć. - Powiedział zadziwiająco klarownym głosem jak na siebie. Wstał z tej ławki, zgasił peta i zaproponował jej znowu ramię, prowadząc ją do wnętrza. - A co do twojego eliksiru... najwyżej jak zacznę płonąć to rzucisz mi na łeb bańkę z wodą. - Jak z tego popularnego zaklęcia, którym dzieciaki bawiły się na śmingus-dyngus.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#307
14.07.2024, 00:21  ✶  
Taras za salą balową

Z początku też się wstydziła tych uczuć, też się ich bała i odsuwała je od siebie, no bo hej – ona? Analizująca wszystko, kalkulująca kobieta, która nigdy nie czuła wielkich zrywów serca miałaby się… zadurzyć w kimś tak mocno odstającym od jej jakichś tam wyobrażeń, które nabudowała w sobie przez lata, a na domiar wszystkiego, został jej wybrany przez rodzinę? Nie chciała do siebie dopuścić myśli, że to zauroczenie w ogóle istnieje, ani może być dużo silniejszym uczuciem. A potem trafiła do Limbo i dość dosłownie otarła się o śmierć i pozwoliła spojrzeć sobie na wiele spraw inaczej. Co, gdyby każdy następny dzień jej życia był tym ostatnim? Co jeśli… I tym sposobem wstyd i strach zostały gdzieś zepchnięte, zniknęły, zastąpione akceptacją takiego stanu rzeczy i próbą zrozumienia, jak to się w ogóle wydarzyło? Przestała się bać, przestała wstydzić, spojrzała prawdzie w oczy. I nie uważała, że to coś złego, że coś jej to odbiera, albo umniejsza, choć fakt, że nie było to uczucie odwzajemnione, kuł ją mocno, no bo… wzbraniała się całe życie, żeby ostatecznie pozwolić sobie na to nieśmiałe uczucie, by okazało się, że było ono niechciane i zostało to ściśnięte i odrzucone, a to nijak nie poprawiało samooceny czy pewności siebie. To bolało, tak jak patrzenie na to, jak ta ukochana osoba próbuje wymazać swoje istnienie z tego życia. Ale dlatego też starała się jakoś ścisnąć te swoje uczucia, może nie tyle je zdusić i z siebie wyrzucić, bo doskonale wiedziała, że nie ma się wpływu na wiele spraw związanych z uczuciami, zwłaszcza tak delikatnymi, ale zdawała się być znacznie ostrożniejsza; myślała sobie, że może z czasem to przestanie tak boleć, że jej przejdzie, jak nie będą nijak podsycane, bo wcale nie chciała sobie robić głupiej nadziei – choć gdyby była mądrzejsza, gdyby oboje byli, to w takim wypadku zerwaliby tę znajomość, a nie przychodzili razem na wesele. Ale byli tu razem, i siedzieli obok siebie z własnej i nieprzymuszonej woli, tak jak z własnej i nieprzymuszonej woli wdali się przy stole w ten lekki flirt.

Teraz zaś, gdy Sauriel zamilkł i spuścił głowę, nerwowo wplótł palce we włosy i zaczęła drgać noga, Victoria nie do końca była pewna, co ma zrobić, ani co się dzieje. To przez to, że w ogóle mu powiedziała o tym, że kończy pracę nad eliksirem? Dla niego – bo dla kogo innego, to dla niego zaczęła nad tym myśleć i pracować. Mogłaby mu powiedzieć, że on też jest jej inspiracją. Nie wiedziała jednak, co się dzieje – coś się stało, to było pewne, ale… ach, nie chciała go z tego wyrywać w żadnym razie gwałtownie, pytać ku własnej uciesze co się dzieje, żeby jej mówił. Jak będzie chciał… to sam jej powie, tak? Sam podzieli się swoimi myślami. Mogła tylko siedzieć obok niego, trwać w ciszy, niezrozumieniu i cierpliwości. To ta tęsknota za słońcem tak na niego wpłynęła? Poczucie, że tak wiele mu odebrano i jest szansa, by choć mały ułamek zwrócić? Nie chciała mu przerywać, zabierać tej cennej chwili… refleksji, czy czegokolwiek, nie miała prawa wtargnąć w jego zamyślenie, dlatego gdzieś pod koniec jego dziwnego milczenia, leciutko położyła dłoń na jego plecach, by delikatnie, jakby jej dłoń to były motyle, albo ćmie skrzydełka, przejechać po materiale jego koszuli. Tak, była obok, tak, pomimo wszystkiego, starała się. Starała się tym bardziej dlatego, że widziała, że dla niego to ogromny wysiłek i że potrzebował pomocy – przecież wołał o nią tego, jak sam to nazywał, żałosnego dnia. Dla niej nie było to żałosne. Dla niej było to po prostu rozdzierające serce.

I chyba dlatego tak ją zaskoczyło, kiedy nagle się wyprostował i uśmiechnął tak… tak inaczej niż zwykle. Tak ciepło, że nie mogła nie odwzajemnić tego uśmiechu – i też się do niego uśmiechnęła. Nie, nie był sam. I poczuła też, że zrobiło jej się ciepło na sercu od tego uśmiechu.

– Dziękuję – w tym wypadku nazwanie jej „Victorią” nie zabrzmiało wcale źle, ani nie sprawiło, żeby zaczęła się zastanawiać, co tym razem przeskrobała. Saurielowi było chyba trochę lepiej, może też odrobinę wytrzeźwiał? Sama też wstała i przyjęła jego ramię, dając się prowadzić na powrót do środka. Nie, zdecydowanie nie zapomniał o manierach i było mu z nimi dziwnie do twarzy. – Tak, o czymś w tym stylu myślałam. Za kilka dni powinien być gotowy… To przyjdź jak będziesz mieć czas w dzień. Zobaczymy co z tego wyszło – za kilka dni nie dlatego, że tyle czasu się go warzyło, a dlatego, że zużyła trochę zapasów na próbne wersje, z których nie była zadowolona, bo ciągle coś udoskonalała, i czekała na dostawę jednego ze składników.

Pani doktor
Don't touch my crown with your flithy hands
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne, krótkie włosy okalają wręcz niezdrowo baldą twarz. Patrzą na ciebie szarozielone oczy, zwykle wyrażające znudzenie, choć potafią czasem rozbłysnąć, gdy ich włąścicielka uzna coś za interesujące. Wąskie wargi rzadko kiedy zdobi usmiech, szczególnie ten szczery. Jest szczupła, doś wysoka, ma 170 centymetrów wzrostu. Zwylke ubrana elagancko, acz wygodnie. Woli spodnie od sukienek czy spódnic, z drugej strony częsciej dojrzy się ja w koszuli i marynarce niż w swetrze. Wybiera raczej ciemne oraz stonowane kolory. Wielbicielka delikatnej biżuterii, szczególnie tej wykonanej ze srebra i pereł. Unois się za nią zpach ziół, a także ciężkich perfum o nucie opium.

Annaleigh Dolohov
#308
15.07.2024, 19:13  ✶  
Razem z Rodolphusem podchodzi do Perseusza i Vespery

- Straciłam dziś apetyt po tym rosole, więc nie szkodzi. - Odpowiedziała, bo choć sama całkiem lubiła zjeść coś słodkiego, szczególnie do popołudniowej herbaty, tak w tym momencie jakoś nie miała zaufania do czegokolwiek co miało na tym weselu zostać podane.
Zabawne, jak bardzo potrafiła zrozumieć teraz niechęć Vakela do wspólnych posiłków z jej udziałem.
Cóż, widać kosmos jednak miał wobec niej plany, które niekoniecznie miały jej się spodobać.
Nie miała jednak zamiar znosić po cichu jakiejkolwiek zniewagi, która ją spotkała, a cała sytuacja z rosołem zdecydowanie się w jej oczach do takich zaliczała.
Każdy kogo mijała mógł zauważyć, że w jej zwykle lekko obojętnych i chłodnych oczach pojawiła się dodatkowo burza wściekłości. Zacisnęła usta w wąską linię, jedną z dłoni założyła na drugą. Szła szybko, z wysoko uniesioną głową wiedząc, że w tej chwili raczej mało kto zastąpi jej drogę. Wystarczyło spojrzeć na jej minę, by zdać sobie sprawę, że nie było to warte ewentualnego zachodu.
Stanęła przed nowożeńcami nawet nie siląc się na miły uśmiech. Jedynie spojrzała na kuzyna z miną, która zdradzała, że coś było nie tak.
- Perseusie, wiem, że to wasz szczęśliwy dzień i skupiacie się głównie na sobie, nie może jednak umknąć twojej uwadze, że dzieją się pewne niepokojące rzeczy, które zapewne są winą obsługi, która może sobie zbytnio pofolgowała - zaczęła, gdy tylko mężczyzna zwrócił uwagę na nią i Rodolphusa.
Coś w tle gdaknęło cicho.
Nie mogła zrozumieć, czemu nie sprawdzili lepiej tych ludzi, tak bardzo chcących zakpić z gości wesela, którzy przyszli tu świętować ze swojej własnej woli nową drogę życia gospodarzy. Gospodarzy, o których taki akt tak naprawdę ataku na gościa nie świadczył dobrze.
Miała na tyle sympatii do kuzyna, że chciała mu to uświadomić, zanim nie dojdzie do czegoś gorszego. Bo tego, że jutro miały się pojawić pierwsze nieprzyjemne plotki zapewne nie mieli zatrzymać.
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#309
15.07.2024, 23:56  ✶  
Elliott rozmawia chwilę z odczarowaną z kapibary Jagodą oraz Desmondem. Zostawia te dwójkę i ulatnia się w kierunku ogrodów, aby odetchnąć od tłumu.

Zaczęło mu się wydawać, że w pomieszczeniu ciągle przybywa ludzi. Prawdopodobnie dlatego, że pare ostatnich tygodni spędził w szkockiej samotnii, a z każdą godziną weselni, przyprawieni bąbelkowymi procentami weselni goście stawali się coraz głośniejsi.
W trakcie ich rozmowy w tle stało się tyle rzeczy, że Elliottowi trudno było skupić uwagę na rozmówcach. Prawdopodobnie dlatego na zmieniająca się w gryzonia Jagodę zareagował z opóźnieniem.

Gdy kobieta odzyskała znów swą ludzką postać, schował różdżkę w klapie jasnej marynarki. Posłał jej delikatny uśmiech, jedyny na jaki był w stanie się zdobyć. Wszystko zaczynało go znowu męczyć... Potrzebował się ulotnić.

- Całkiem w porządku, dziękuję, że pytasz, Desmondzie. - odpowiedział młodszemu mężczyźnie - Wybacz, że odpowiadam z pewnym opóźnieniem, ale sam rozumiesz, niegrzecznie zostawiać jedną z rozmówców w postaci niekoniecznie ludzkiej - zmusił się do uniesienia kącika ust do góry, aby podkreślić, że t cześć wypowiedzi miała być lekko humorystyczna.

- I tak, pomimo tiulu, myślę, że nie bawię się tak źle. Ty, natomiast, widzę całkiem dobrze czujesz się w rozmowie, więc nie będę miał wyrzutów jak zostawię was teraz samych sobie. Złapiemy się później. Życzę wam obydwojgu przyjemnej reszty wieczora - skinął lekko głową i w momencie, gdy goście delektowali się już tortem umknął na zewnątrz w stronę ogrodów.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
Diva
I felt my heart crack -
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Muzyk; kompozytor, pianista
Burza czarno-srebrnych loków, blade lico, gwiazdozbiory piegów. Oleander jest młodym mężczyzną o 183 centymetrach wzrostu i nienagannej posturze. Jego oczy zmieniają kolor w zależności od nastroju, dnia, pogody, miesiąca - lawiruje pomiędzy odcieniami z pomocą metamorfomagii. Dłonie ma smukłe, palce długie. Nosi biżuterię i kolczyki, ale zazwyczaj tylko wieczorami bądź na występy. Gustuje w perłach, złocie i szafirach. Na pierwszy rzut oka uśmiechnięty, pełny życia i pasji młody człowiek, który nie stroni od tłumów i rozgłosu.

Oleander Crouch
#310
16.07.2024, 01:58  ✶  
Przychodzi spóźniony, łapie drinka, nie pije go, podchodzi do Desmonda i Jagody, zaczyna rozmowę chcąc skupić uwagę tej dwójki na sobie.

Angielskie powietrze było świeże. Rześkość wieczora rozbijała się delikatnymi powiewami wiatru o warstwy jego pudroworóżowej, falbaniastej marynarki. Trudno było tak właściwie stwierdzić, że to co ma na sobie jest skrojone na kształt garnituru - mimo, że w istocie, właśnie tak było, na tym polegała cała kontrowersja stroju. Materiał opadał falami na ramiona, częściowo przykrywając dłonie. Luźny krój sprawiał, że góra ubrania zsuwała się z ramion dodając kreacji luźniejszego i bardziej letniego charakteru; górna część jego stroju przypominała bardziej narzutę niż faktyczne ubranie z rękawami. Spodnie, odrobinę przyćmione ilością falban górnej części kreacji, były w tym samym kolorze, a ich wysoki stan odcinał się pomarańczowym paskiem. Koszula, całkowicie ukryta pod warstwami pokaźnej marynarki-narzuty nie opinała się na klatce piersiowej, choć jej głęboki dekolt sięgał prawie do żeber i odsłaniał lekko zabrązowioną śródziemnomorskim słońcem skórę. Złote wisiorki z przeróżnymi kamieniami, odbijającymi resztkę sierpniowych promieni słonecznych, mieszały się z perłowym naszyjnikiem. Włosy, na pierwszy rzut oka pozostawione w nieładzie, były tak naprawdę bardzo dobrze dopracowane. Ich dół, jaśniejszy, prawie że biały, podkreślony był nutą pomarańczu, przechodząc w ciemniejszą cześć fryzury, która nie była już kruczoczarna, a ciepło brązowa.

Cóż - można by było powiedzieć, że nikt nie nauczył Oleandra dobrych manier, ale byłoby to nieprawdą, on po prostu nie chciał się do nich stosować. Spychał ich idiotyczne, ciasne ramy na dno szafy razem z nudnymi, szarymi ubraniami, które próbowała wcisnąć mu matka. Uśmiechał się zawadiacko pod nosem, gdy w jego głowie rozbrzmiewały słowa recytowane jej zachrypłym głosem 'nie należy na ślub przychodzić ubranym tak, aby przyćmić pannę młodą' - zawsze wtedy pytał - 'a co z panm młodym? jego już wolno?'.

Tak czy siak, skoro Vespera Rookw- Black brała ślub już któryś raz z rzędu, podobnie można powiedzieć o Perseusu, czy to naprawdę dla ich aż tak istotne? Mieli wcześniejsze śluby, aby ekscytować się strojami. Poza tym, posiadał jakąś resztkę manier - nie przywdział na siebie krzykliwych kolorów.

Przyszedł spóźniony, toteż przed wejściem musiał wygrzebać z czeluści falbaniastej marynarki pogniecione zaproszenie. Rozłożył je jakby właśnie przypomniał sobie, że schował za pazuchą resztkę batonika z porannego posiłku, na którego naszła go ochota. Ściągną z dłoni koronkową, białą rękawiczkę i podał pomięty papierek osobie sprawdzającej jego nazwisko na liście gości. Uśmiechnął się doń kokieteryjnie i dostając w odpowiedzi skonfundowane spojrzenie, tylko wzruszył ramionami.

Przez salę przeszedł prawie płynąc pomiędzy zmierzającym ku parze mlodej oraz tortowi gośćmi. Niezbyt interesowało go jedzenie, jeszcze nie teraz. Jego młody organizm nie znał jeszcze konsekwencji picia alkoholu na pusty żołądek w tak dokładny sposób jak rozumiały ten stan osoby, których wiek oddalony był znacząco od szkolnych lat. Złapał jeden z kieliszków z tacy stojącej na barze, niespecjalnie interesując się jakim alkoholem w tym momencie się uraczy - szkło miało nie dotknąć jego ust jeszcze przez dłuższą chwilę, gdyż rozpoznał w tłumie znajome, jasne włosy i równie charakterystyczny, ciężki i szorstki wełniany garnitur. Mimowolnie pomyślał o jego dotyku na nagiej skórze wnętrza dłoni - familiarnym, tak odprężającym. Ostatnie spotkania z Desmondem mógł odtworzyć tylko w snach i, chociaż wciąż powinien być na niego obrażony za to, co wydarzyło się w mroku londyńskiego, skromnego mieszkania Malfoya, to nie potrafił tak długo z nim nie rozmawiać. Nie słyszeć urywanych zdań, skrępowanych myśli wyrzucanych powoli pokracznymi sentencjami.

Podszedł do Desmonda i stojącej obok niego Jagody. Wraz z falbanami, teraz lekko opadającymi z ramienia, marynarki, przyszłych rozmówców uderzył świeży zapach perfum Croucha - jaśminu zmieszanego z suchymi liśćmi tytoniu i buńczuczą, ledwo wyczuwalną nutą granatu.

Uśmiechnął się perliście i pozwolił słowom popłynąć melodyjnie.

- Desmond, ty tutaj? Doprawdy, nie powinienem się dziwić. Przyjemna niespodzianka - odparł, być może nazbyt teatralnie oraz, w pewien sposób, grzecznościowo, acz faktem było, iż żadne inne powitanie nie przychodziło mu do głowy. Zwłaszcza, gdy dzieląca ich rozłąka wydawała się kraterem nie do przekroczenia, a przeżyte razem sny mostem wiszącym na ostatniej strunie starych skrzypiec.

Spojrzał na towarzyszkę Malfoya i spodziewał się poczuć zwyczajowe, kiełkujące w klatce piersiowej, ciężkie uczucie zazdrości. Z nieznanego sobie powodu wcale go nie poczuł. Nie dał po sobie poznać zaskoczenia swym własnym życiem wewnętrznym i kontynuował przywitanie.

- Wydaje mi się, że nie miałaś jeszcze przyjemności ze mną rozmawiać? Nieprzyjemności raczej też, pamiętałbym. Oleander Crouch. - przedstawił się i, niezbyt gentlemanśko, podał Jagodzie dłoń wyswobodzoną z koronkowej rękawiczki, jakby byli dziećmi w Hogwarcie, pierwszy raz spotykającymi się pod zawieszonymi przy sklepieniu Wielkiej Sali świecami.

- Trochę nudnawo na tym ślubie, hm? Ale z drugiej strony, to ślub, czego innego się spodziewać? - zapytał, właściwie to ich obydwojga, chociaż trochę retorycznie.

- Ah, wybacz. A jak właściwie się nazywasz? - dopytał, jakby ta kwestia całkowicie wypadła mu z głowy lub absolutnie nie obchodziła, trudno było stwierdzić po tak krótkiej wymianie zdań.

Choć od razu można było stwierdzić, że ten chłopak skupiony był przede wszystkim na sobie (oraz na tym, aby stać zaraz obok Desmonda), biła od niego nieokiełznana aura przyjaznej swobodności. Mogłoby się wydawać, że to człowiek, który powie ci prosto w twarz wszystkie rzeczy, których absolutnie nie chcesz słyszeć, ale zrobi  będzie ci się wydawało, iż robi to z czystej sympatii i w ostateczności będziesz mu dziękować, że je powiedział. Konfundował i wprowadzał zamęt - przynajmniej tak mu się wydawało, bo lubił przeceniać swój wpływ na otoczenie.


“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Albert Rookwood (1218), Alexander Mulciber (6083), Ambrosia McKinnon (1615), Anastasia Dolohov-Burke (617), Annaleigh Dolohov (2409), Anthony Shafiq (6007), Atreus Bulstrode (3084), Augustus Rookwood (739), Bard Beedle (3666), Bellatrix Black (2492), Charlotte Kelly (2620), Christopher Rosier (2427), Desmond Malfoy (1846), Eden Lestrange (3466), Edward Prewett (463), Elliott Malfoy (1813), Erik Longbottom (1949), Eutierria (84), Florence Bulstrode (4140), Geraldine Greengrass-Yaxley (2519), Imogen Rookwood (1243), Isaac Bagshot (1887), Jagoda Brodzki (1744), Jonathan Selwyn (3379), Laurence Lestrange (2525), Laurent Prewett (5350), Leviathan Rowle (855), Lorraine Malfoy (6846), Louvain Lestrange (2751), Lyssa Dolohov (4334), Maeve Chang (2325), Millie Moody (3702), Mirabella Plunkett (563), Morpheus Longbottom (3278), Oleander Crouch (1807), Pan Losu (1062), Peregrinus Trelawney (2890), Perseus Black (6962), Rodolphus Lestrange (3343), Rowena Ravenclaw (1625), Sauriel Rookwood (8726), Septima Ollivander (675), The Edge (3377), The Overseer (1574), Ulysses Rookwood (3477), Vakel Dolohov (4597), Victoria Lestrange (8990)

Wątek zamknięty  Dodaj do kolejeczki 

Strony (33): « Wstecz 1 … 29 30 31 32 33 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa