I’m looking for the sword
Vienne miała wiele marzeń, które snuła na przestrzeni dorastania, zahaczając o mnogie zainteresowania – była w końcu dzieckiem osobliwym, ale o jasno ukierunkowanych pasjach i życzeniach z nimi związanych. Zwykle od rodziny otrzymywała puste prezenty, które raptem nieznacznie zahaczały o jej faktyczne upodobania – jako jedna z mniej udanych córek, poświęcana jej była uwaga wybiórczo, a słodycze pełniły zwykle funkcję uniwersalnego podarka; one jednak nie cieszyły ją w żadnej mierze.
Jej największym marzeniem od zawsze były książki, które pochłaniała jako dziecko nieomal natychmiastowo; jedyna, jaką dostała, była literatura dziecięca, która już ośmioletniej dziewczynkę interesowała jak zeszłoroczny śnieg. Wynalazła sobie książkę, która usytuowała się na podium marzeń – było to jedno z nekromanckich zakamarków dzieł, której z oczywistych względów otrzymać nie mogła.
Snuła więc marzenia o tych lekturach, co roku otrzymując prezenty nawet nie stojące obok jej faktycznych zainteresowań. Drugą gwiazdką z nieba, którą bardzo chciała otrzymać, był atlas gwiazd, bo choć w astronomii nigdy nie przodowała – uwielbiała zaczytywać się w mnogości konstelacji – tego prezentu również się nie doczekała.
Święta kojarzyły jej się z rozczarowaniem i już jako nastolatka nie czekała na prezent, gdyż te nigdy nie były nawet w najmniejszej mierze trafione.
I wanna be a heretic.
Raz na przykład, mając lat 11, poprosił o szczura do Hogwartu.
Marcus Malfoy zacisnął zęby i wręczył pierworodnemu… sowę, twierdząc, że rano szczura zeżarła. Nieszczególnie to Baldwina ukontentowało, więc sową nakarmił węża kolegi z dormitorium.
Szczura, o imieniu Rozalinda I, dostał niedługo potem w prezencie od swojej siostry stryjecznej Lorraine.
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
Ile w małym Woodym wywołało to badziewie frustracji. A jak starszy brat dostał prawdziwą dorosłą miotłę przed nim, to już w ogóle nie przestawał suszyć głowy i szukać sposobu, żeby starego przekonać, że jest na tyle duży, żeby zasłużyć na własną DOROSŁĄ MIOTŁĘ przed ukończeniem 11 r.ż.
A dajcie spokój, znacie świętoszka Godryka. Figa z makiem, nic Clemy nie dostał przed czasem i bujał się tylko wścieknięty na tym kijaszku dla bobasów wokół choinki w Warowni przez kilka lat z rzędu.
Odkąd Morpheus jako dziecko dostał diagnozę o cukrzycy, jedyny prezent o jakim marzył, to góra słodyczy, którą mógłby jeść bez żadnych konsekwencji.
Każde święta były dla niego trudne, dopasowywanie dawki insuliny do sabatowego obżarstwa, tłustych potraw i ogólnego nadmiaru, stanowiło nie lada wyzwanie, więc myśl o wspaniałych czekoladkach lodowych, piernikach z lukrem oraz różnorodnych słodkościach stanowiła priorytet w marzeniach Yulowych. Nie marzył o przedmiotach, ponieważ wszystko, czego pragnął, miał. Kiedy był młodzieńcem, w okolicach Yule żartował do swojego partnera, Vasilija, że jego całusy mu wynagradzają brak cukru konfekcyjnego. Jako dorosły zapoznał się z Bertim Bottem, co zaskutkowało słodyczami, które są słodkie i nie powodują wyrzutu cukru do organizmu, ale w dorosłości to już nie to samo.
Więc nie, Morpheus nigdy nie dostał swojego prezentu.
the moon started to burn
Why is the sky melting away?
Ale pewnego razu, gdy była dumną ośmiolatką - usłyszała o świętym Mikołaju. Wydawało jej się to szalenie podejrzane, że jakiś gruby facet z brodą (i to nie ich pokładowy kucharz) przychodzi i daje prezenty. Ale napisała w liście, że chciałaby druzgotka w akwarium. List schowała pod poduszkę. Jedyne co, to pokazała go mamie, co by mama się nie zdziwiła jak pan Mikołaj przyjdzie i trzeba przygotować mu słodkie ciastka.
Mikołaj co prawda nie przyszedł, ale cała załoga została postawiona na baczność. Myślicie, że to takie łatwe wyłowić w oceanie Indyjskim druzgotka w środku nocy? Ano nie. To stworzenia słodkowodne. Więc połowa teleportowała się szukać jakiegoś w Gangesie.
Gdy mała Navi się obudziła przy jej materacu stało… no może nie akwarium, ale spore wiadro z młodziutkim druzgotkiem.
Dziś Pimpek nie jest już Pimpkiem, a starym Pimpuszem, ale wciąż jeszcze żyje. Pływa w jej wannie, przenoszony do tego samego wiaderka, w którym go dostała tylko na czas wizyt gości, którzy nieszczególnie mają ochotę się z nim kąpać.
— gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
h o b b y-h o r s i n g
ale zamiast łba konia na kiju sprzedawali smocze łby.
Jakie to było szkaradne, jakie tandetne. Urągało wszelkiej godności szlachetnego zwierzęcia, godności człowieka i prostej estetyce.
Gdy z jakiegoś placu zabaw Helunia przyniosła do domu głęboką potrzebę posiadania hobby-smoka, rodzina złapała się za głowę. Przecież to paskudztwo to potwarz dla smoka, no spójrz, dziecko, czy naprawdę widziałaś kiedyś smoka, który by miał takie wyłupiaste kaprawe oczy? Daj spokój, nie będziesz z czymś takim chodzić, wstyd.
Co było katastrofą, bo jak to INNE DZIEWCZYNKI MAJĄ SMOKA, A ONA NIE MA. I nie ma znaczenia, że za oknem na podwórku biegają smoczogniki, pięć kroków za dom i można wypatrywać prawdziwych smoków. Nie — Hela potrzebowała tego wypchanego smoka na kiju jak powietrza.
Dostała. Ale zdegustowanie maszkaronem pozostało.
Tak samo jak on na jakimś strychu.