Jego policzki zaczerwieniły się na kilka sekund, a może… może to światło tak na niego padło? A to jak nieudolnie poprawił sobie włosy to była kwestia wiatru i wcale się nie speszył na myśl o tym, że jego starania zostały zauważone? Nie wiedział jeszcze jak czuć się z faktem strojenia się bardziej na otwarcie lokalnej restauracji niż na spotkanie rodzinne, które odbywały się przecież niezwykle rzadko.
Kwestii Thomasa nie skomentował, chociaż swoje zdanie na ten temat miał. Zamiast tego skupił się na temacie piwa.
– Cholera, pewnego dnia obudzę się, a ty otworzysz własny browar. – Podrapał się palcem przy ustach. – Nie narzekam jak coś, że tak to ujmę, chyba onieśmiela mnie skala. – Jako że takich słów zbyt często nie używał, musiał zrobić to celowo, żeby się postawić w pozycji kogoś o wiele bardziej zakłopotanego niż w rzeczywistości. No ale to wciąż był przecież Alastor. – Od dawna się na mapie w Biurze nie pojawiło miejsce wymagające tak regularnych i solidnych patroli. Coś mi mówi, że nikogo nie zdziwi jak się wpierdolę na wszystkie do końca roku. – I był to żart oczywiście, czegóż innego się po nim spodziewać, ale każdy żarcik niósł w sobie ziarenko prawdy. Moody nawet w cywilu swoją pracę opuszczał rzadko. Idąc w kierunku schodów, głowę trzymał prosto, maszerował dumnie. Kątem oka doglądał jednak zebranych i analizował to, co działo się w środku. Kto przyszedł, a kogo zabrakło? Czy ci co postanowili przyjść, zachowywali się godnie? Nikt nie krzyczał, nikt nie wył do księżyca zapowiadając przepoczwarczenie się w potwora? Może… powinien to miejsce jeszcze jakoś dodatkowo zabezpieczyć? Rozważy to.
– To są przecież cuksy Dumbledore'a – zauważył, potrząsając saszetką. – Ale jaja. A on przyszedł w ogóle, czy zlał? – Gdyby przyszedł, to pewnie wynurzyłby się enigmatycznie zza zasłony, przekazał im informacje mówiące tyle co nic i wrócił do robienia chuj wie czego w zaciszu swojego gabinetu. Od dawna nie widział go w sytuacji towarzyskiej, nawet kiedy szło o spotkanie z przyjaciółmi przyjaciół.
Zasiadłszy przy stoliku, otworzył szerzej usta, bez cienia protestu wymieniając dropsy na ciasteczka.
– Kocham cię stary i twoje serce też. Trochę mnie świerzbi, żeby się przypierdolić do tego „wszystkiego”, ale wiesz co – kiedy to mówił pierwszy raz od dawna głos mu się złamał, a ostatni raz to chyba było jak myślał, że Mavelle zmarła przy tym drzewie i była taka zimna, bo nikt jej nie pomógł tak długo, aż zdarzyła się wyziębić w samotności – zamierzam dzisiaj wypić za twoje zdrowie i kolejne sukcesy, więc nie mam czasu na granie niedostępnego. – I po prawdzie dopiero teraz, kiedy Millie to ciasto zjadła, Moody znalazł chwilę na to, żeby przeczytać opis na opakowaniu. – Bertie – zwrócił się do niej bez cienia rozbawienia wypisanego na twarzy – nie pamiętasz, że ostatnio pojechał z nami nawet Malfoy?