![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
Nie zapomniał o urodzinach, które od lat spędzali wspólnie. Tym razem nie mógł jednak dotrzymać słowa i zjawić się w umówionym miejscu, o ustalonej wcześniej porze. Ich życie kręciło się obecnie wokół całkiem innych spraw. Podążali różnymi ścieżkami. Taki był efekt decyzji, które podjęli w ostatnich miesiącach. Latach? Dawno temu, to pewne. Słysząc słowa siostry, Theon skrzywił się. Uciekł spojrzeniem na bok.
- Wysłałem Ci butelkę wina. - zauważył, nie decydując się na to, żeby przenieść spojrzenie ponownie na siostrę. Tak jakby doskonale wiedział, że zwykłą butelką wina niczego się nie załatwi. Czasem potrzeba było czegoś więcej. Tutaj zaś zabrakło nawet zwykłego przepraszam, które znalazłoby się na dołączonym liściku.
Przepraszam oznaczałoby jednak przyznanie się do winy.
Błędu?
Oddał jej piersiówkę, kiedy już pociągnął z niej całkiem solidnego łyka. Nie umknęło jego uwadze, że w ciągu tych kilku chwil zaczęli już zwracać na siebie uwagę. Ojciec byłby dumny. Matka niekoniecznie. Na pewne sprawy spoglądali inaczej.
- Lepiej być bucem niż suką. - parsknął. Nie był w stanie się powstrzymać przed tym, żeby nie zareagować na jej słowa. I też nie był przy tym szczególnie cichy. Jakby kompletnie nie miało dla niego znaczenia, gdzie się znajdują. I że to nie ich dwójce przypadły główne role w spektaklu, który właśnie się rozgrywał.
Spojrzenia posyłane w kierunku bliźniaków przez innych uczestników pogrzebu, zdołały ich w jakimś sensie postawić do pionu. Dotrwali do końca ceremonii bez dalszych docinków, bez wywoływania awantury. Miał miejsce chyba jakiś cud w Wiltshire. Kiedy po wszystkim Geraldine postanowiła wmieszać się w tłum, nie ruszył za nią. Nie zamierzał przepraszać ani nic z tych rzeczy. Zamiast tego, tak samo jak pozostali, udał się w kierunku posiadłości Malfoyów. Przez jakiś czas czekał na zewnątrz, wychodząc z założeni, że kondolencje powinni złożyć wdowcowi razem. Od całej rodziny. Kiedy jednak Geraldine nadal się nie pojawiała, zdecydował się wejść do środka. Ominął Elliotta, który zajęty był wymienianiem uprzejmości z jakąś parą. Małżeństwem? Później zdąży powiedzieć mu coś odpowiedniego do okazji. Mieli na to zapewne sporo czasu.
Rozglądając się po pomieszczeniu, dostrzegł stoły zastawione jedzeniem, napojami... alkoholem! Tego ostatniego nigdy za wiele. Nie zastanawiał się nazbyt długo, wyciągając już po krótkiej chwili dłoń w kierunku whiskey sour. Na innych drinkach nawet nie zawiesił na dłużej oka. Szkoda było na to czasu.
Stojąc przy jednym ze stołów i popijając te nieszczęsne whiskey sour, wysłuchał pierw słów Elliotta, a następnie pozwolił się oczarować występowi wiolonczelistki. Nigdy nie był fanem muzyki klasycznej, ale to co właśnie widział; czego słuchał... było prawdziwie magiczne. Nie mógł oderwać od kobiety spojrzenia, z każdą kolejną minutą dając porwać się temu bardziej, mocniej. Był kompletnie nieświadomy tego, że wszystko to było w pewnym sensie... nienaturalne. Nieprawdziwe.
Im dłużej trwał występ, tym bliżej Stelli znajdywał się Theon. Odepchnął po drodze jakiegoś mężczyznę, część swojej whiskey wylał na kobietę. Nawet tego nie zarejestrował. Po prawdzie to na ten moment rejestrował naprawdę niewiele z tego, co działo się dokoła. Nie zmieniło się to, kiedy występ Stelli dobiegł końca. Zatrzymał się bezpośrednio przed nią. Na krótki moment. Utkwił w niej spojrzenie swoich niebieskich oczu. Nieco zamglone, jakby nieobecne.
Podjęcie decyzji nie zajęło mu dużo czasu. O ile można tu mówić o jej podjęciu. Czy na pewno był świadomy podejmowanych działań? W dalszym ciągu nie zwracając uwagi na to, co działo się dokoła, spróbował dostać się bezpośrednio do Stelli, chwycić ją za rękę, pociągnąć za sobą?
Zdenerwowało ją ogromnie to, jak potraktował ją brat. Nie potrafiła zrozumieć, że wybrał coś innego, niż spędzenie z nią ich wspólnego dnia. Tym bardziej, że na niego czekała - niczym idiotka. Miała do niego ogromny żal. Wcale tego nie ukrywała, dobrze, że wiedział, że został skreślony przez Geraldine. Zamierzała mu demonstrować swoje niezadowolenie, jakby to w ogóle miało coś zmienić. Czuła jednak, że podjął już decyzję, nie zadowalała jej, bo wybrał ich ponad nią. Wiedziała, że ona również będzie musiała się zdystansować.
- Tak, butelka wina, prezent jak dla kogoś obcego, mało zobowiązujący. - Wysyczała jeszcze przez zęby. To też ją okropnie zirytowało, potraktował ją kogoś nieistotnego, komu wysyła się prezent, bo tak wypada. Strasznie ją wkurzył i teraz jej zdenerwowanie ciągle rosło. Niepotrzebnie ją rozjuszył. Spojrzała na niego tylko z rozczarowaniem, kiedy usłyszała kolejny komentarz, zapewne pociągnęłaby dalej tę konwersację, jednak coraz więcej osób kierowało ku nim spojrzenia, a tego nie chciała. Uważała, że takie sprzeczki powinni załatwiać z dala od obcych, mogli jeszcze wyczuć, że ich rodzina nie miewa się najlepiej, a tego nie chciała. Zamilkła więc, choć w środku się gotowała. Miała ochotę stąd wybiec, żeby nie musieć na niego patrzeć, nie był to jednak odpowiedni moment. Walczyła ze swoimi uczuciami, aby nie narobić wstydu swoim rodzicom.
Udało jej się wyjść tak, że Theon nie zdążył za nią ruszyć. Miało to swoje zalety, oczywiście coś musiało też pójść nie tak, bo zgubiła się w tym nieszczęsnym lesie. Usłyszała głos i odwróciła się gwałtownie. Wyprostowała się niczym struna, kiedy zobaczyła kto ją tutaj zastał. - Dzień dobry Panie Malfoy. - Uśmiechnęła się do mężczyzny niepewnie. Nie spodziewała się, że będzie jej dane spotkać go w tym lesie, jak widać niewiele jeszcze wiedziała o życiu. - Moje kondolencje, musi być Wam ciężko w tej sytuacji, pochować synową w tak młodym wieku... - Próbowała jakoś w miarę kulturalnie to rozegrać, choć nie była mistrzynią savoir vivre. - Oczywiście chętnie wrócę z Panem do reszty gości, coś zwróciło moją uwagę, jednak musiało mi się przywidzieć. - Przecież nie powie mu, że się zgubiła w tym małym zagajniku, zwalała tę sytuację na swoje zdenerwowanie i kłótnię z bratem, tak, czy siak trochę jej było wstyd, że nie mogła się odnaleźć. - W najlepszym porządku. - Odparła jeszcze do Malfoya i razem udali się w kierunku posiadłości.
Weszli do środka. Geraldine kiwnęła jeszcze głową panu Fortiemu w podzięce za doprowadzenie jej całej i zdrowej na dalszą część ceremonii. Jakoś tak się złożyło, że przez ten spacer przez las nie zdążyła na występ wiolonczelistki, ogromna strata. Szukała wzrokiem brata, nie mogła jednak go dostrzec w tym tłumie, przynajmniej jak na razie, sięgnęła więc po trunek, kiedy szedł koło niej kelner z tacą. Alkoholu nigdy za wiele, musiała utrzymywać stan lekkiego podchmielenia, aby przeżyć tę uroczystość.
Jeśli chodzi o Roberta, nie określiłby tego mianem niechęci. Nie widział tego w ten sposób. W grę wchodziła raczej obojętność. Partnerka była mu potrzebna przede wszystkim dla budowania odpowiedniego wizerunku własnej osoby. Do tego dochodziło też kilka innych kwestii, ale to nie czas i nie miejsce, żeby się nad tym rozwodzić.
Nie podobała mu się reakcja Elliotta na zadane pytanie. I pewnie dało się to nawet przez moment wychwycić w spojrzeniu Roberta. Te jednak szybko stało się na nowo obojętne. Takie jak wcześniej. Nie widział niczego nieodpowiedniego w swoim zachowaniu. Może byłoby inaczej, gdyby swoją partnerkę szanował, ale... do większości kobiet odnosił się w ten sam sposób. Raczej nie było to coś, czego nie dało się nie zauważyć. Nieszczególnie się z tym krył, choć z drugiej strony - nie można powiedzieć, żeby zbyt często się z tym obnosił.
Choć pewne słowa bardzo chętnie wydostałyby się na wolność, Mulciber zdołał ugryźć się w język. Jedyne co zrobił, to pociągnął za sobą Henriettę, wchodząc do pomieszczeń, które nie były dla niego obcymi. Nie był przy tym delikatnym. Określić można byłoby to nawet mianem szarpnięcia. Kiedy oddalili się od Elliotta na wystarczającą odległość, zdecydował się skierować do małżonki kilka słów.
- Następnym razem zważaj na słowa. I nie zapominaj o swoim miejscu. - nie zabrzmiało to w żadnym razie łagodnie. Nie mówił też głośno. Starał się nie ściągać na siebie nadmiernej uwagi. Byłoby to co najmniej nie na miejscu, a jak już zostało wspomniane, Robert przykładał sporą wagę do tego, aby zachowywać się w odpowiedni sposób. Oczywiście był to sposób odpowiedni przede wszystkim w oczach jego samego, co nie zawsze było tak samo odbierane przez osoby postronne.
Nie widząc nigdzie nikogo, z kim mógłby zamienić tych kilka słów, zatrzymał się przy jednym ze stołów. Sięgnął po drinki. Jeden dla siebie, drugi wybrał z myślą o Henriettcie. Oczywiście nie bardzo zwracał uwagę na to, co przyszło mu podać małżonce. Nie miało to dla niego większego znaczenia. Poza tym nie miał zielonego pojęcia na temat tego, co rudowłosa lubiła, za czym nie przepadała. Nie uważał, żeby było mu to do czegokolwiek potrzebne. Swojej głowy nie zamierzał traktować niczym śmietnika i wypełniać informacjami pozbawionymi jakiegokolwiek znaczenia.
Wysłuchał toastu, cholera wie jak inaczej miałby określić słowa Malfoya, a następnie zainteresował się występem krewnej. Jego spojrzenie wyraźnie złagodniało, kiedy dane mu było wysłuchać utworu. Muzyka klasyczna była czymś za czym przepadał od zawsze. Cenił. Tak samo jak i samą Stellę, choć nie znaczy to, że na jej temat miał lepszą opinię niż to miało miejsce w przypadku innych przedstawicielek płci pięknej.
- Powinniśmy podejść, pogratulować Stelli występu. Jest niesamowita. - zadecydował, kolejny raz nieco zbyt mocno ciągnąc za sobą partnerkę. Tym razem nie do końca świadomie. Liczyło się dla niego tylko to, żeby podejść do prowizorycznej sceny, złożyć dziewczynie gratulacje, na które ta zasługiwała. Cud, że przy tym tym całym uroku wiły o Henriettcie tak po prostu nie zapomniał.
Gdyby nie skupiła na dłuższą chwilę wzroku na swoim kuzynie, najpewniej mogłaby dostrzec ten błysk w oczach Roberta, który wskazywał, że nie spodobała mu się odpowiedź Malfoya. Wówczas z całą pewnością możnaby się spodziewać na twarzy Henrietty lekkiego grymasu zadowolenia. Każda, nawet najmniejsza jego porażka, w jakiś sposób ją satysfakcjonowała. Choć oczywiście w pewnych granicach, bowiem co złego dla Roberta, tym mogło być równie złe dla ich rodziny. Niemniej — Lenore poświęciła dłuższą uwagę swego spojrzenia właśnie na Elliottcie, chwilowo traktując swego małżonka jedynie jako dodatek do jej osoby.
Gdy Robert szarpnął ją do przodu, spodziewała się tego. W końcu ani Malfoy ani jego żona nie okazali mu ani szacunku nie tańcząc w takt jego pytania. Gdy składał jej reprymendę, na twarzy Henrietty wyraźnie zagościł uśmieszek. W tym miejscu, wśród innych członków socjety, nie mógł jej niczego zrobić. Uśmiechała się więc z satysfakcją, a jednocześnie tak, by wyglądało to jak na rozmowę dwojga kochanków. Choć przecież nikt by ich nie podejrzewał choćby o skrawek jakichkolwiek uczuć! Afektem ich relacji były wręcz odczuwalne opary wzajemnej niechęci. Nie odpowiedziała mu też — jej spojrzenie i ten charakterystyczny układ warg były nazbyt wymowne w tej sytuacji.
Gdy znów ją pociągnął, tym razem ledwo nadążyła, albowiem Henriettcie w zamyśleniu o mało co nie wyleciał kieliszek z whisky. Trudno orzec czy rzeczywiście wiedział w jakich trunkach się lubuje — w jej pokoju można było dostrzec niejedną porządną butelkę single malta. Gdy Elliott wygłosił toast, upiła dwa niewielkie łyki, by posmakować alkoholu i ocenić co trzyma w swej dłoni. Niestety nie była aż takim koneserem, by od razu po zapachu i kolorze ocenić jaką whisky konkretnie ma w ręku. Toast był krótki, aczkolwiek na tyle, na ile dobrze znała swego kuzyna, to nie rzucał on zbytnio niepotrzebnie wypełniających słów.
Henrietta również wsłuchała się w utwór Stelli doceniając muzykę klasyczną. To chyba było jedyne, co ją łączyło z małżonkiem. Co zaś się samej Stelli tyczy, to nie miała wobec niej określonych odczuć. Była dla niej tak samo obojętna jak większość zgromadzonych tu person. Gdy znów została szarpnięta, na jej twarzy pojawił się wyraźny grymas irytacji. Kiedy więc podchodzili do Panny Avery, ta mogła opacznie zrozumieć jej reakcję na swój występ. Teraz dopiero można było powiedzieć, że nie jest zadowolona z sytuacji, w jakiej się znalazła.
Mocą wypitego drinka miała przemożną chęć zapytać Roberta kiedy jego kolej na pogrzeb, jednak miała na tyle taktu, aby powstrzymać się od tego zapytania w towarzystwie Stelli (lub kogokolwiek innego, kto znalazłby się zbyt blisko tej dwójki). Dlatego też odczekała aż będą względnie sami i mocniej zaciskając rękę na na ramieniu Mulcibera, by go do siebie przyciągnąć, spojrzała mu w oczy i rzekła spokojnie, acz wymownie. — Mężu mój, kiedy zaś twoja kolej na pogrzeb, hm? — To już chyba była ich codzienność — dawanie sobie przytyków, które każde z nich do jakiegoś stopnia tolerowało. Bo równie każde wiedziało, że jedno próbuje drugiego wyprowadzić z równowagi.