• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[22 Marca, Pogrzeb Simone Malfoy] Wiltshire, rezydencja Malfoyów

[22 Marca, Pogrzeb Simone Malfoy] Wiltshire, rezydencja Malfoyów
corbeau noir
— light is easy to love —
show me your darkness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Gdyby Śmierć przybrała ludzką postać, wyglądałaby jak Perseus; wysoki i szczupły, o kredowym licu oraz zapadniętych policzkach. Pojedyncze hebanowe kosmyki opadają na czoło mężczyzny; oczy zaś, czarne jak węgiel z jadeitowymi przebłyskami, przyglądają się swym rozmówcom z niepokojącą natarczywością. Utyka na prawą nogę, w związku z czym jego stały atrybut stanowi mahoniowa laska z głową kruka.

Perseus Black
#31
03.02.2023, 19:52  ✶  
rzucam na drina, post będzie potem

Rzut 1d10 - 6


[Obrazek: 2eLtgy5.png]
if i can't find peace, give me a bitter glory



Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#32
03.02.2023, 21:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.02.2023, 21:36 przez Theon Travers.)  

Nie zapomniał o urodzinach, które od lat spędzali wspólnie. Tym razem nie mógł jednak dotrzymać słowa i zjawić się w umówionym miejscu, o ustalonej wcześniej porze. Ich życie kręciło się obecnie wokół całkiem innych spraw. Podążali różnymi ścieżkami. Taki był efekt decyzji, które podjęli w ostatnich miesiącach. Latach? Dawno temu, to pewne. Słysząc słowa siostry, Theon skrzywił się. Uciekł spojrzeniem na bok.

- Wysłałem Ci butelkę wina. - zauważył, nie decydując się na to, żeby przenieść spojrzenie ponownie na siostrę. Tak jakby doskonale wiedział, że zwykłą butelką wina niczego się nie załatwi. Czasem potrzeba było czegoś więcej. Tutaj zaś zabrakło nawet zwykłego przepraszam, które znalazłoby się na dołączonym liściku.

Przepraszam oznaczałoby jednak przyznanie się do winy.

Błędu?

Oddał jej piersiówkę, kiedy już pociągnął z niej całkiem solidnego łyka. Nie umknęło jego uwadze, że w ciągu tych kilku chwil zaczęli już zwracać na siebie uwagę. Ojciec byłby dumny. Matka niekoniecznie. Na pewne sprawy spoglądali inaczej.

- Lepiej być bucem niż suką. - parsknął. Nie był w stanie się powstrzymać przed tym, żeby nie zareagować na jej słowa. I też nie był przy tym szczególnie cichy. Jakby kompletnie nie miało dla niego znaczenia, gdzie się znajdują. I że to nie ich dwójce przypadły główne role w spektaklu, który właśnie się rozgrywał.

Spojrzenia posyłane w kierunku bliźniaków przez innych uczestników pogrzebu, zdołały ich w jakimś sensie postawić do pionu. Dotrwali do końca ceremonii bez dalszych docinków, bez wywoływania awantury. Miał miejsce chyba jakiś cud w Wiltshire. Kiedy po wszystkim Geraldine postanowiła wmieszać się w tłum, nie ruszył za nią. Nie zamierzał przepraszać ani nic z tych rzeczy. Zamiast tego, tak samo jak pozostali, udał się w kierunku posiadłości Malfoyów. Przez jakiś czas czekał na zewnątrz, wychodząc z założeni, że kondolencje powinni złożyć wdowcowi razem. Od całej rodziny. Kiedy jednak Geraldine nadal się nie pojawiała, zdecydował się wejść do środka. Ominął Elliotta, który zajęty był wymienianiem uprzejmości z jakąś parą. Małżeństwem? Później zdąży powiedzieć mu coś odpowiedniego do okazji. Mieli na to zapewne sporo czasu.

Rozglądając się po pomieszczeniu, dostrzegł stoły zastawione jedzeniem, napojami... alkoholem! Tego ostatniego nigdy za wiele. Nie zastanawiał się nazbyt długo, wyciągając już po krótkiej chwili dłoń w kierunku whiskey sour. Na innych drinkach nawet nie zawiesił na dłużej oka. Szkoda było na to czasu.

Stojąc przy jednym ze stołów i popijając te nieszczęsne whiskey sour, wysłuchał pierw słów Elliotta, a następnie pozwolił się oczarować występowi wiolonczelistki. Nigdy nie był fanem muzyki klasycznej, ale to co właśnie widział; czego słuchał... było prawdziwie magiczne. Nie mógł oderwać od kobiety spojrzenia, z każdą kolejną minutą dając porwać się temu bardziej, mocniej. Był kompletnie nieświadomy tego, że wszystko to było w pewnym sensie... nienaturalne. Nieprawdziwe.

Im dłużej trwał występ, tym bliżej Stelli znajdywał się Theon. Odepchnął po drodze jakiegoś mężczyznę, część swojej whiskey wylał na kobietę. Nawet tego nie zarejestrował. Po prawdzie to na ten moment rejestrował naprawdę niewiele z tego, co działo się dokoła. Nie zmieniło się to, kiedy występ Stelli dobiegł końca. Zatrzymał się bezpośrednio przed nią. Na krótki moment. Utkwił w niej spojrzenie swoich niebieskich oczu. Nieco zamglone, jakby nieobecne.

Podjęcie decyzji nie zajęło mu dużo czasu. O ile można tu mówić o jej podjęciu. Czy na pewno był świadomy podejmowanych działań? W dalszym ciągu nie zwracając uwagi na to, co działo się dokoła, spróbował dostać się bezpośrednio do Stelli, chwycić ją za rękę, pociągnąć za sobą?



Odkryj wiadomość pozafabularną
Gdyby ktoś chciał Theona odciągnąć od Stelli - zapraszam.
Rzut 1d10 - 9
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#33
03.02.2023, 22:14  ✶  

Zdenerwowało ją ogromnie to, jak potraktował ją brat. Nie potrafiła zrozumieć, że wybrał coś innego, niż spędzenie z nią ich wspólnego dnia. Tym bardziej, że na niego czekała - niczym idiotka. Miała do niego ogromny żal. Wcale tego nie ukrywała, dobrze, że wiedział, że został skreślony przez Geraldine. Zamierzała mu demonstrować swoje niezadowolenie, jakby to w ogóle miało coś zmienić. Czuła jednak, że podjął już decyzję, nie zadowalała jej, bo wybrał ich ponad nią. Wiedziała, że ona również będzie musiała się zdystansować.

- Tak, butelka wina, prezent jak dla kogoś obcego, mało zobowiązujący. - Wysyczała jeszcze przez zęby. To też ją okropnie zirytowało, potraktował ją kogoś nieistotnego, komu wysyła się prezent, bo tak wypada. Strasznie ją wkurzył i teraz jej zdenerwowanie ciągle rosło. Niepotrzebnie ją rozjuszył. Spojrzała na niego tylko z rozczarowaniem, kiedy usłyszała kolejny komentarz, zapewne pociągnęłaby dalej tę konwersację, jednak coraz więcej osób kierowało ku nim spojrzenia, a tego nie chciała. Uważała, że takie sprzeczki powinni załatwiać z dala od obcych, mogli jeszcze wyczuć, że ich rodzina nie miewa się najlepiej, a tego nie chciała. Zamilkła więc, choć w środku się gotowała. Miała ochotę stąd wybiec, żeby nie musieć na niego patrzeć, nie był to jednak odpowiedni moment. Walczyła ze swoimi uczuciami, aby nie narobić wstydu swoim rodzicom.

Udało jej się wyjść tak, że Theon nie zdążył za nią ruszyć. Miało to swoje zalety, oczywiście coś musiało też pójść nie tak, bo zgubiła się w tym nieszczęsnym lesie. Usłyszała głos i odwróciła się gwałtownie. Wyprostowała się niczym struna, kiedy zobaczyła kto ją tutaj zastał. - Dzień dobry Panie Malfoy. - Uśmiechnęła się do mężczyzny niepewnie. Nie spodziewała się, że będzie jej dane spotkać go w tym lesie, jak widać niewiele jeszcze wiedziała o życiu. - Moje kondolencje, musi być Wam ciężko w tej sytuacji, pochować synową w tak młodym wieku... - Próbowała jakoś w miarę kulturalnie to rozegrać, choć nie była mistrzynią savoir vivre. - Oczywiście chętnie wrócę z Panem do reszty gości, coś zwróciło moją uwagę, jednak musiało mi się przywidzieć. - Przecież nie powie mu, że się zgubiła w tym małym zagajniku, zwalała tę sytuację na swoje zdenerwowanie i kłótnię z bratem, tak, czy siak trochę jej było wstyd, że nie mogła się odnaleźć. - W najlepszym porządku. - Odparła jeszcze do Malfoya i razem udali się w kierunku posiadłości.

Weszli do środka. Geraldine kiwnęła jeszcze głową panu Fortiemu w podzięce za doprowadzenie jej całej i zdrowej na dalszą część ceremonii. Jakoś tak się złożyło, że przez ten spacer przez las nie zdążyła na występ wiolonczelistki, ogromna strata. Szukała wzrokiem brata, nie mogła jednak go dostrzec w tym tłumie, przynajmniej jak na razie, sięgnęła więc po trunek, kiedy szedł koło niej kelner z tacą. Alkoholu nigdy za wiele, musiała utrzymywać stan lekkiego podchmielenia, aby przeżyć tę uroczystość.

Rzut 1d10 - 7
Odkryj wiadomość pozafabularną
dajcie drina
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#34
03.02.2023, 22:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.02.2023, 08:30 przez Robert Mulciber.)  

Jeśli chodzi o Roberta, nie określiłby tego mianem niechęci. Nie widział tego w ten sposób. W grę wchodziła raczej obojętność. Partnerka była mu potrzebna przede wszystkim dla budowania odpowiedniego wizerunku własnej osoby. Do tego dochodziło też kilka innych kwestii, ale to nie czas i nie miejsce, żeby się nad tym rozwodzić.

Nie podobała mu się reakcja Elliotta na zadane pytanie. I pewnie dało się to nawet przez moment wychwycić w spojrzeniu Roberta. Te jednak szybko stało się na nowo obojętne. Takie jak wcześniej. Nie widział niczego nieodpowiedniego w swoim zachowaniu. Może byłoby inaczej, gdyby swoją partnerkę szanował, ale... do większości kobiet odnosił się w ten sam sposób. Raczej nie było to coś, czego nie dało się nie zauważyć. Nieszczególnie się z tym krył, choć z drugiej strony - nie można powiedzieć, żeby zbyt często się z tym obnosił.

Choć pewne słowa bardzo chętnie wydostałyby się na wolność, Mulciber zdołał ugryźć się w język. Jedyne co zrobił, to pociągnął za sobą Henriettę, wchodząc do pomieszczeń, które nie były dla niego obcymi. Nie był przy tym delikatnym. Określić można byłoby to nawet mianem szarpnięcia. Kiedy oddalili się od Elliotta na wystarczającą odległość, zdecydował się skierować do małżonki kilka słów.

- Następnym razem zważaj na słowa. I nie zapominaj o swoim miejscu. - nie zabrzmiało to w żadnym razie łagodnie. Nie mówił też głośno. Starał się nie ściągać na siebie nadmiernej uwagi. Byłoby to co najmniej nie na miejscu, a jak już zostało wspomniane, Robert przykładał sporą wagę do tego, aby zachowywać się w odpowiedni sposób. Oczywiście był to sposób odpowiedni przede wszystkim w oczach jego samego, co nie zawsze było tak samo odbierane przez osoby postronne.

Nie widząc nigdzie nikogo, z kim mógłby zamienić tych kilka słów, zatrzymał się przy jednym ze stołów. Sięgnął po drinki. Jeden dla siebie, drugi wybrał z myślą o Henriettcie. Oczywiście nie bardzo zwracał uwagę na to, co przyszło mu podać małżonce. Nie miało to dla niego większego znaczenia. Poza tym nie miał zielonego pojęcia na temat tego, co rudowłosa lubiła, za czym nie przepadała. Nie uważał, żeby było mu to do czegokolwiek potrzebne. Swojej głowy nie zamierzał traktować niczym śmietnika i wypełniać informacjami pozbawionymi jakiegokolwiek znaczenia.

Wysłuchał toastu, cholera wie jak inaczej miałby określić słowa Malfoya, a następnie zainteresował się występem krewnej. Jego spojrzenie wyraźnie złagodniało, kiedy dane mu było wysłuchać utworu. Muzyka klasyczna była czymś za czym przepadał od zawsze. Cenił. Tak samo jak i samą Stellę, choć nie znaczy to, że na jej temat miał lepszą opinię niż to miało miejsce w przypadku innych przedstawicielek płci pięknej.

- Powinniśmy podejść, pogratulować Stelli występu. Jest niesamowita. - zadecydował, kolejny raz nieco zbyt mocno ciągnąc za sobą partnerkę. Tym razem nie do końca świadomie. Liczyło się dla niego tylko to, żeby podejść do prowizorycznej sceny, złożyć dziewczynie gratulacje, na które ta zasługiwała. Cud, że przy tym tym całym uroku wiły o Henriettcie tak po prostu nie zapomniał.


Rzut 1d10 - 9

Rzut 1d10 - 9

Rzut PO 1d100 - 20
Akcja nieudana


Odkryj wiadomość pozafabularną
drink dla Roberta, Henrietty, rzut na to czy udało mu się "obronić" przed urokiem Stelli
Sneaky Lord
i am the architect
of my own destruction
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzy 170 centymetrów wzrostu. Jest normalnie zbudowany, chociaż odkąd jego siostra pracuje w Dziurawym Kotle, zyskał mały, piwny brzuszek. Nierówno obcięte, kręcone, ciemne włosy. Sporadycznie kilka blizn na twarzy. Ubiera się w ciemne kolory, najchętniej chodziłby tylko w czarnych koszulach i płaszczach. Poranione dłonie wskazują na to, że nie boi się fizycznej pracy.

William Fletcher
#35
06.02.2023, 01:54  ✶  
Billy naprawdę nie lubił pogrzebów. Już sama idea tego, że ludzie zbierali się w kółku i klepali po plecach, próbując w ten sposób zaleczyć smutek, wywoływała u niego niestrawność. To przekłamane wmawianie sobie, że będzie lepiej, a zmarły jest teraz lepszym w miejscu, było stekiem bzdur. Typ umarł, niby jak kurwa miał być teraz w lepszym miejscu? Jasne, ceny w Londynie nie były szczególnie przyjemne, gdy przychodziło do kupowania mieszkań, ale naprawdę wszystko było lepsze od kilku kawałków drewna wrzuconych do dziury z ziemią. Mając do wyboru wkurwiającą, upierdliwą staruszkę, a bandę robaków, której jedynym celem jest wyjedzenie ci oczu i reszty organów — Fletcher bez wahania wziąłby to pierwsze. Babka długo nie pożyje, a fajnie zachować ciało we względnej, niezepsutej całości. Jakoś tak poręcznie.
Mniej więcej z tych powodów, przeważnie unikał takich imprez, przekładając ponad nie te nacechowane pozytywnie. Urodziny, zaręczyny, wesela — wszystko to, gdzie mógł się za darmo nawpierdalać i upić, a goście nie patrzyli krzywo, gdy o północy odprawiał na środku parkietu najdziksze kombinacje ruchowe, które akurat przychodziły mu do głowy. Spróbował tego ze dwa razy na stypie i co tu dużo mówić, został wyproszony. Jasne, większy wpływ mogło mieć to, że wbił się na krzywy ryj i ktoś w końcu to odkrył, ale pozostawanie poza radarem prawdziwych gości mogło pomóc.
Co więc robił na stypie po Simone Malfoy? W sumie to sam dalej się zastanawiał. Zaproszenie, które otrzymał, zdecydowanie nie miało trafić do niego. Skąd o tym wiedział? Cóż, wynika to z dokładnej i wnikliwej analizy treści listu. Tak konkretniej to napisanego wielkimi literami nazwiska "Lestrange". I jasne, Billy mógłby zabawić się w dobrego samarytanina i oddać przesyłkę do właściwego adresata, ale po krótkim zastanowieniu, które trwało mniej więcej pięć sekund uznał, że tego nie zrobi. Ostatnimi czasy naprawdę mocno chodziła za nim jakaś solidniejsza impreza z wyżerką, a to zdawało się idealną okazją. Malfoyowie byli w końcu bogaci, a co za tym idzie, ich stypa pewnie nie będzie w dziurawym kotle, tylko jakieś odjebanej chacie ze skrzatami i wszystkimi innymi bajerami. Dobre wino, szampa... a nie, to było raczej do świętowania. W każdym razie — zacne alkohole i przednie przekąski.
Dokładnie te dwie rzeczy zmotywowały go do tego, żeby wygrzebał z dna szafy mocno zagnieciony garnitur, który pachniał dokładnie tak, jak wyglądał. Na szczęście starczyły dwa-trzy prania, solidne prasowanie i w końcu wyglądał jako tako. Może nie wzięliby go w tym za młodego, zamożnego paniczyka, który jeździ po Londynie na kucyku, ale na pewno też nie za menela, który rzyga Ci na buty podczas proszenia o kilka sykli na piwo.
Początkowo chciał uniknąć samego pogrzebu, ale uznał, że jeśli się tam uda, łatwiej przyjdzie mu wtopić się w tłum. Przysiadłszy na tyłach, chylił nieco głowę, żeby tym razem nie spostrzeżono go zbyt wcześniej. Naprawdę chciał spróbować wina, które pili ludzie z górnego pokładu statku zwanego życiem.
Jak było? Dokładnie tak, jak zapamiętał. Nudy i smęty. Płacz starych bab przepleciony z przynudzaniem jakiegoś pastora. Było tak nudno, że w pewnym momencie po prostu się wyłączył ze słuchania o dokonaniach zmarłej. Dla niego sprawa była krótka. Ktoś był, teraz go nie ma — no chuj, bywa i tak.
Dopiero wtedy, gdy znaleźli się w samej posiadłości, jego zainteresowanie wzrosło. Jeśli tak wyglądały pogrzeby bogaczy, naprawdę kurwa mocno chciałby zobaczyć ich wesela. Przecież tutaj galeony dosłownie wylewały się ze wszystkiego. Już sami goście odjebali się tak, jakby mieli zaraz iść na rewię mody. Rzucił swojemu garniturowi kilka niepewnych spojrzeń. Poprawił kilka zmarszczek i nierówności, raz jeszcze zawiązał krawat, chcąc go nieco wyprostować, po czym wtopił się w tłum.
Przybierając wszelkie dostępne siły, spróbował aktywować zdolności, z których praktycznie nigdy nie korzystał.
Dobre maniery.
Nie miał zamiaru próbować bawić się we właściwe trzymanie kieliszków czy sztućców. W sumie to unikał tego typu sytuacji. Jeśli ktoś go zaczepił, wymienił kilka krótkich zdań, wyrażając swój wielki smutek z powodu zmarłej, po czym czmychał dalej. Po drodze zgarniał kolejne drinki i mniejsze porcje jedzenia. Trzymając się ścian, celowo unikał ludzi, którzy wyglądali na bardziej bogatych od reszty. Zakładał, że to właśnie oni najłatwiej mogliby wyczaić, że coś w nim im nie pasuje.
Zaczął się też przyglądać niektórym kobietom, oceniając ich biżuterię. Cholera, te wszystkie ozdóbki były tak ładne, ale przede wszystkim wyglądały cholernie drogo. Gdyby tylko jakąś zwinął, wyciągnąłby z tej imprezy nie tylko pełen brzuch, ale też solidny mieszek galeonów.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#36
07.02.2023, 00:23  ✶  
Ociągała się trochę i wyszła z kaplicy gdzieś przy końcu, przy okazji zerkając na mapkę, jaką dostała od jakiegoś skrzata, żeby w ogóle wiedzieć, gdzie ma się kierować. Właściwie to wystarczyło pójść za resztą żałobników, ale Victoria wolała po prostu sama wiedzieć, gdzie ma w razie czego pójść, jak już się wszyscy rozejdą – bo w to, ze tak będzie, nie wątpiła. Nie planowała tutaj wcale długo spędzić czasu, ot tyle, ile wypadało i zostawić pogrążoną w żałobie rodzinę w spokoju. Nie potrzebowali przecież do tego tłumu ludzi brzęczących im nad uszami, kiedy najpewniej wolało się zostać samemu… chociaż każdy przeżywał żałobę po swojemu, na co dowodem było to, że stoły były zawalone jedzeniem, w tym również słodkościami. Że był alkohol, którym goście mogli się poczęstować… Że znajdowała się tutaj orkiestra i muzyczka – brakowało jeszcze tylko tańczących par i stypę można by pomylić z jakimś balem.
- Moje najszczersze kondolencje, Elliocie. Od Alexandra i Isabelli również, nie mogli się zjawić, ale mama kazała przekazać, że gdybyś czegoś potrzebował… ty, albo twoja rodzina, to byś się nie krępował – nie miała w życiu może wielu interakcji z Elliottem, ale Isabellę Lestrange musiał kojarzyć z pracy, w końcu pracowali w tym samym Departamencie. Dzisiaj tutaj posłana była jednak sama Victoria – teraz już bez kwiatów, bo zostawiła je wcześniej przy urnie. I być może nawet Victoria była tutaj jedną z nielicznych osób, której kondolencje były szczere – choćby przez wgląd na to, że rok temu doznała podobnej straty, na kimś, kogo nie kochała, nawet nie lubiła… ale jednak. Nie chciała młodego wdowca za długo zajmować swoją osobą, więc posłała mu jeden współczujący uśmiech i weszła w głąb rezydencji, tym razem już się rozglądając, czy nie spotka tutaj kogoś znajomego – bo była pewna, ze ktoś się znajdzie.
Jak na przykład jej droga kuzynka z mężem. Albo – kogo zauważyła już chwilę później – rudowłosa Henrietta, jeszcze jakiś czas temu zamężna z członkiem jej rodziny. Teraz… Już sama nie wiedziała jak powinna ją nazywać. Nadal rodziną? Już zupełnie obcą? Była teraz w końcu żoną jakiegoś innego mężczyzny. Mężczyzny, który, na co wszystko wskazywało, za jakiś bliżej nieokreślony czas, będzie i jej rodziną. Więc… Panie ponownie zostaną spokrewnione, choć jeszcze bardziej jak piąta woda po kisielu. Nieważne.
Przystanęła akurat przy stole z alkoholami, kiedy wiolonczelistka zaczęła grać i zdecydowanie przykuła swoją osobą uwagę Victorii. Na tyle, że na moment przestała zwracać uwagę na otoczenie. Kiedy skończyła, Victoria sięgnęła po kieliszek z alkoholem.


Rzut 1d10 - 7

Odkryj wiadomość pozafabularną
Rzucam na drineczka~
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Henrietta Mulciber-Slughorn
#37
07.02.2023, 22:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.02.2023, 20:57 przez Henrietta Mulciber-Slughorn.)  

Gdyby nie skupiła na dłuższą chwilę wzroku na swoim kuzynie, najpewniej mogłaby dostrzec ten błysk w oczach Roberta, który wskazywał, że nie spodobała mu się odpowiedź Malfoya. Wówczas z całą pewnością możnaby się spodziewać na twarzy Henrietty lekkiego grymasu zadowolenia. Każda, nawet najmniejsza jego porażka, w jakiś sposób ją satysfakcjonowała. Choć oczywiście w pewnych granicach, bowiem co złego dla Roberta, tym mogło być równie złe dla ich rodziny. Niemniej — Lenore poświęciła dłuższą uwagę swego spojrzenia właśnie na Elliottcie, chwilowo traktując swego małżonka jedynie jako dodatek do jej osoby.

Gdy Robert szarpnął ją do przodu, spodziewała się tego. W końcu ani Malfoy ani jego żona nie okazali mu ani szacunku nie tańcząc w takt jego pytania. Gdy składał jej reprymendę, na twarzy Henrietty wyraźnie zagościł uśmieszek. W tym miejscu, wśród innych członków socjety, nie mógł jej niczego zrobić. Uśmiechała się więc z satysfakcją, a jednocześnie tak, by wyglądało to jak na rozmowę dwojga kochanków. Choć przecież nikt by ich nie podejrzewał choćby o skrawek jakichkolwiek uczuć! Afektem ich relacji były wręcz odczuwalne opary wzajemnej niechęci. Nie odpowiedziała mu też — jej spojrzenie i ten charakterystyczny układ warg były nazbyt wymowne w tej sytuacji.

Gdy znów ją pociągnął, tym razem ledwo nadążyła, albowiem Henriettcie w zamyśleniu o mało co nie wyleciał kieliszek z whisky. Trudno orzec czy rzeczywiście wiedział w jakich trunkach się lubuje — w jej pokoju można było dostrzec niejedną porządną butelkę single malta. Gdy Elliott wygłosił toast, upiła dwa niewielkie łyki, by posmakować alkoholu i ocenić co trzyma w swej dłoni. Niestety nie była aż takim koneserem, by od razu po zapachu i kolorze ocenić jaką whisky konkretnie ma w ręku. Toast był krótki, aczkolwiek na tyle, na ile dobrze znała swego kuzyna, to nie rzucał on zbytnio niepotrzebnie wypełniających słów.

Henrietta również wsłuchała się w utwór Stelli doceniając muzykę klasyczną. To chyba było jedyne, co ją łączyło z małżonkiem. Co zaś się samej Stelli tyczy, to nie miała wobec niej określonych odczuć. Była dla niej tak samo obojętna jak większość zgromadzonych tu person. Gdy znów została szarpnięta, na jej twarzy pojawił się wyraźny grymas irytacji. Kiedy więc podchodzili do Panny Avery, ta mogła opacznie zrozumieć jej reakcję na swój występ. Teraz dopiero można było powiedzieć, że nie jest zadowolona z sytuacji, w jakiej się znalazła.
Mocą wypitego drinka miała przemożną chęć zapytać Roberta kiedy jego kolej na pogrzeb, jednak miała na tyle taktu, aby powstrzymać się od tego zapytania w towarzystwie Stelli (lub kogokolwiek innego, kto znalazłby się zbyt blisko tej dwójki). Dlatego też odczekała aż będą względnie sami i mocniej zaciskając rękę na na ramieniu Mulcibera, by go do siebie przyciągnąć, spojrzała mu w oczy i rzekła spokojnie, acz wymownie. — Mężu mój, kiedy zaś twoja kolej na pogrzeb, hm? — To już chyba była ich codzienność — dawanie sobie przytyków, które każde z nich do jakiegoś stopnia tolerowało. Bo równie każde wiedziało, że jedno próbuje drugiego wyprowadzić z równowagi.

Widmo
The bodies in my floor all trusted someone.
Now I walk on them to tea.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Eunice Malfoy
#38
16.02.2023, 23:08  ✶  
Być może to był wpływ alkoholu. Być może znienacka zbyt mocno uderzył do głowy, co jednak wydawało się być ciut wątpliwe – raptem łyk i od razu jakieś takie inne postrzeganie świata? Może to jednak po prostu wychodziło z niej zmęczenie. I inne rzeczy również. W każdym razie, wszystko nagle zaczęło się wydawać być zupełnie nie takie, jak powinno.
  Dlaczego?
  Dlaczego nie mogła się teraz wyzbyć wrażenia, że cały ten pogrzeb jest jakąś całkowitą farsą, która nie powinna mieć miejsca? I to nie dlatego, że Simone zbyt wcześnie odeszła. Ot, jakby w tym wszystkim istniało jakieś drugie dno. Absmak w ustach nasilił się, kierując myśli w stronę mało przyjemnych wniosków. Ale nie, to chyba jeszcze nie teraz, powinna wytrzymać jeszcze chwilę, dwie…
  … a nawet i cały koncert. Z szacunku dla zmarłej pozostała na tyle długo, żeby wysłuchać ulubionego utworu w wykonaniu Stelli, która dość niespodziewanie przykuła uwagę Eunice bardziej niż sama się tego spodziewała. Nie zauważyła, kiedy dała się pochłonąć granej muzyce. Nie zauważyła, kiedy Avery stała się praktycznie jedynym, co się w tej chwili liczyło. Nie zauważyła – co najmniej aż do chwili, gdy urwała się melodia.
  I powróciło to nieznośne uczucie absurdu, zdające się z każdą chwilą coraz bardziej kłuć w oczy. Coraz mniej chciała się tu znajdować, coraz bardziej pragnęła stąd się ulotnić. Kolejny łyk trunku.
  - Wybacz, jednak idę – zwróciła się krótko do Perseusa – I naprawdę nie musisz mi towarzyszyć – zapewniła jeszcze męża, po czym się ulotniła, odstawiając gdzieś po drodze nieszczęsne white negroni, którego nie raczyła dopić.
  Cóż, miała dużo czasu na przemyślenia, dlaczego nagle wszystko okazywało się „nie tak”.

Postać opuszcza sesję
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#39
13.08.2024, 18:42  ✶  
— Zdecydowanie wolę naszą chałupę — stwierdził przyciszonym głosem. — Nawet jeśli czasem wygląda, jakby powinna regularnie przechodzić dokładne remonty.

Z każdym kolejnym rokiem spędzonym pośród socjety, coraz bardziej doceniał to, że Longbottomowie nie wniknęli w magiczną arystokrację tak bardzo, jak by mogli, gdyby tylko zależało im na dotarciu do lepszych koneksji i większego posłuchu pośród rodów czystej krwi. Może i teraz uchodzili za lekko zdziwaczałych bojowników o ''lepszy, sprawiedliwy świat'', ale przynajmniej młode pokolenie wychowywało się w normalnych warunkach i nie żyło przez lata w cieniu wielkich figur, drogich antyków i chwilami strasznych obrazów.

Nic dziwnego, że są, jacy są, skomentował bezgłośnie na myśl o Eden i Elliocie, którzy spędzili tutaj pierwsze lata swojego życia. Czy byle wyjście z sypialni na śniadanie lub wieczorne przyjęcie rodzinne było dla nich wyzwaniem? Czy ich maniery były poddawane ciągłej analizie? Czy w ogóle pozwalano im po prostu cieszyć się dzieciństwem i wczesną młodością, gdy zjeżdżali ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie z powrotem do rodzinnej posiadłości? Erik pokręcił głową. To nie był najlepszy czas na takie rozważania.

— Siostrzyczko, nie uważasz, że to nieco obłudne, aby zrzucać całą winę za ten niemożliwy do przewidzenia ciąg przyczynowo skutkowy na wile? — Uniósł wymownie brew. — Nikt nie mógł przewidzieć, że nasi goście aż tak ulegną jej czarowi.

Skinął w końcu pokornie głową. Nie miał wątpliwości, że incydent bobrowy będzie się za nimi ciągnął przez najbliższe tygodnie. Nora dosyć niechętnie wyściubiła nos z progu swojego mieszkania w Londynie, aby dołączyć do niego podczas obchodów Ostary, a media i tak pozostawały dosyć... Życzliwe. Mogło być dużo, dużo gorzej i w gruncie rzeczy sytuacja dalej była rozwojowa. Jeśli nadchodzące miesiące nie będą obfitowały w spektakularne spotkania magicznej socjety, jak i wystawne wydarzenia towarzyskie, to możliwe, że incydent z bobrem i laską Perseusza Blacka stanie się tematem numer jeden w magicznych mediach. Erik westchnął ciężko.

— Mówimy oczywiście o zakazie występów stricte w Warowni, prawda? — upewnił się, szukając potencjalnej luki w regulaminach swojej ukochanej krewniaczki. — Wiesz, gdybyśmy po prostu wynajęli salę na jakąś prywatną uroczystość, to na pewno uniknęlibyśmy części zaproszeń. Poza tym nie słyszysz, jak ona pięknie gra? W naszej rodzinie raczej mało kto jest się w stanie pochwalić takim talentem.

Bo kto w gruncie rzeczy mógł się w ich rodzinie pochwalić takim zestawem umiejętności? Większość Longbottomów nie była zbytnio zainteresowana sztukami pięknymi, a już na pewno nie występami na scenie. Erik musiał bardzo się wysilić, aby wyobrazić sobie w takiej sytuacji kogokolwiek z domu. Może młoda Lucy, która czasem podśpiewywała sobie podczas rodzinnych przyjęć lub wuj Morfeusz, który obecnie przebywał za granicą... Chociaż ten drugi raczej wolał modlić się publicznie do bóstw z kontynentu.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#40
26.08.2024, 19:44  ✶  
– Nie nazwałabym jej chałupą – powiedziała Brenna, równie cicho, i uśmiechnęła się lekko. Warownia była może mniejsza niż posiadłość Malfoyów, ale w gruncie rzeczy wcale nie wiele, i urządzana przez całe pokolenia prezentowała się w jej oczach nie mniej imponująco niż to miejsce. Po prostu… była bardziej przytulna. Mogło to być traktowane zarówno jako zaleta, jak i wada, a zdaniem Brenny zwyczajnie pasowało do tych, którzy tam mieszkali: i chodziło zarówno o Longbottomów, jak i Crawleyów.
Doceniała piękno i elegancję Malfoy’s Manor, i nie czuła się tu nie na miejscu, ale ani trochę nie żałowała, że ich dom wygląda inaczej. Tak samo jak pewnie żaden Malfoy nie chciałby nawet zostać w posiadłości Longbottomów dłużej niż kilka godzin podczas balu.
Brenna mimowolnie zastanowiła się, co myślała o tym miejscu Simone Malfoy. Czy cieszyła się wizją tego, że kiedyś może zostać panią tego miejsca? A może ją to przytłaczało? Brenna pamiętała ją jako kobietę bardzo spokojną, i podczas wesela Malfoyów zdawała się idealnie wpisywać w rodzinę, kolejny klejnot rodowy, błyszczący na sali balowej. Ale w rodach czystej krwi tak wielu nosiło maski, i to niekoniecznie te śmierciożercze…
Simone była piękna, młoda i być może szczęśliwa, a teraz odeszła. I chociaż Brenna nie znała jej dobrze, przejmowało ją to żalem.
Naiwnie wierzyła, że przynajmniej niektórzy z tu zgromadzonych, w tym wdowiec także żałują. Zwłaszcza Elliott, nawet jeżeli nie byłoby to małżeństwo z miłości. Żyli w końcu razem parę lat i kobieta była matką jego syna: Brenna współczuła więc i jemu, i jego małemu synkowi, któremu nie będzie nawet dane zapamiętać matki.
– Nie lubię chyba po prostu, gdy coś nadmiernie manipuluje moim umysłem – przyznała po chwili zastanowienia. I tak popatrzyłaby na Stellę: grała dobrze, a poza tym tego wymagała grzeczność. Tak samo, jak uważnie słuchałaby koncertu ich dalekiej powinowatej podczas balu. Czar willi nie pozostawał jednak wyboru, musiałeś patrzeć, a Brenna chyba lubiła mieć wybór i żałowała, że nie zdołała opanować oklumencji, chociaż kiedyś próbowała – ot nie była w stanie zamknąć swojego umysłu. I o ile podczas balu to jeszcze było dopuszczalne, chociaż doprowadziło do rozproszenia i cóż, przemiany w bobra, to na pogrzebie zdawało się Brennie trochę niestosowe. – Ale na taką skalę to okazało się też trochę niebezpieczne. W każdym razie, nie, nie mówię tylko o Warowni. Raczej hm… no nie zorganizuję więcej takiego występu na żadnej z naszych imprez.
Erik mógł to oczywiście zrobić, a ona nie zamierzała się z nim sprzeczać ani walczyć, gdyby miał ochotę taką zabawę z występem willi wyprawić, ale Brenna – chociaż kojarzyła Stellę Avery jako bardzo miłą i utalentowaną dziewczynę – zdecydowanie nie chciała powtórki z rozrywki. Incydent bobrowy nie poruszał jej pod względem tego, że krzywo na nich patrzyli inni czystokrwiści, ale już smuciło ją, że Nora Figg czuła się z tego powodu źle. Przyszła tam na ich zaproszenie, mieli zadbać, aby dobrze się bawiła, a zamiast tego Brenna wyprowadzała ją całą we łzach.
– Słyszę i jest z pewnością niesamowita w tym, co robi – przyznała bez oporów. Brenna umiała docenić artystów, tym bardziej, że sama żadnych artystycznych umiejętności nie posiadała. W ich rodzinie bodaj tylko Mavelle miała pewne zacięcie, konkretnie ku malarstwu. Brenna zawsze uważała, że brak jej do tego talentu, owej iskry bożej, ale też trochę cierpliwości, no i po prostu… nie było jej pisane.
Niektórzy grali na wiolonczeli, śpiewali na scenie, tworzyli wspaniałe dzieła sztuki, byli tymi wybitnymi jednostkami, przyciągającymi spojrzenia, gdzie by się nie ruszyli.
A inni po prostu krążyli w mundurach w bezimiennym tłumie, przeciętni członkowie społeczeństwa, bez których jednak to nie mogłoby funkcjonować. Brenna doskonale wiedziała, że się w tej masie mieści i w sumie to odbiega od większości o tyle, że jej skrytka w Gringottcie była o wiele bardziej zasobna.
Zamilkła, przesunęła spojrzeniem po ludziach zgromadzonych na sali. Nie tykała drinków – nie piłaby nawet, gdyby nie miała zaraz biec na dyżur, ale ten był całkiem wygodną wymówką, dla której nie wznosiła toastów. Czekała na odpowiedni moment, gdy inni wypiją ich parę, gdy zajmą się rozmowami, i gdy już nikt nie zauważy jej nieobecności, nie skomentuje, że Longbottomówna za wcześnie wyszła ze stypy. Wbrew pozorom Brenna w takich miejscach bardzo starała się zawsze postępować w zgodzie z przynajmniej pewnymi podstawami dobrych manier.
– Będę się zbierać. Gdyby ktoś pytał, mam wieczorny dyżur – szepnęła w końcu Brenna, pochylając się ku Erikowi. A chociaż wiedział, że siostra tego dnia wybiera się do Ministerstwa Magii, i tak posłała mu przepraszający uśmiech, bo z racji na to, że żadne z nich jakoś z nikim się nie związało (właściwie u niej to nic dziwnego, ale już że Erik z nikim się nie spotykał było zaskakujące, przy tym ile miał wielbicielek…) często przychodzili na tego typu wydarzenia razem i zawsze starała się zostawać na nich tak długo, jak jej brat. No chyba że któraś kuzynka albo przyjaciółka trochę za dużo wypiła albo doświadczała osobistego dramatu, i trzeba było służyć ramieniem do wypłakania się albo stabilniejszego poruszania się. – Do zobaczenia jutro rano w Warowni.
Podniosła się zza stołu i wyszła z sali, na progu rzucając ostatnie spojrzenie na bawiących się, by potem skierować się do wyjścia z posiadłości, poza zasięg zaklęć antyteleportacyjnych. Gotowa aportować się stąd do Warowni, gdzie ciemna, typowa dla czystokrwistych szata, zostanie zamieniona na szary mundur, a potem przejść z tego światka wyższych sfer do tego, gdzie królowały sprawy kryminalne.
Nikt poza Erikiem pewnie nawet nie dostrzegł ani jej wyjścia, ani tego, że w ogóle tutaj była.
Postać opuszcza sesję


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Annaleigh Dolohov (1022), Bard Beedle (272), Brenna Longbottom (2069), Eden Lestrange (543), Elliott Malfoy (3183), Erik Longbottom (2476), Eunice Malfoy (1063), Geraldine Greengrass-Yaxley (1230), Henrietta Mulciber-Slughorn (1100), Lorraine Malfoy (998), Martin Crouch (959), Micah Bagshot (520), Perseus Black (391), Robert Mulciber (1263), Rowena Ravenclaw (389), Stella Avery (396), Theon Travers (1350), Vakel Dolohov (496), Victoria Lestrange (812), William Fletcher (720)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa