• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 10 Dalej »
[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki

[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki
constant vigilance
I have traveled far
beyond the path of reason.
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
auror
Wysoki na prawie dwa metry, brakuje mu pewnie mniej niż dziesięć centymetrów, ale ciężko to ocenić na oko. O krępej budowie ciała, z szeroką twarzą i wybitymi zębami. Skóra często pokryta bliznami. Krzywy nos, z pewnością kiedyś złamany. Włosy ciemne, oczy też. Nie należy do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbają.

Alastor Moody
#141
24.07.2026, 09:48  ✶  
@Bertie Bott @Millie Moody

Jego policzki zaczerwieniły się na kilka sekund, a może… może to światło tak na niego padło? A to jak nieudolnie poprawił sobie włosy to była kwestia wiatru i wcale się nie speszył na myśl o tym, że jego starania zostały zauważone? Nie wiedział jeszcze jak czuć się z faktem strojenia się bardziej na otwarcie lokalnej restauracji niż na spotkanie rodzinne, które odbywały się przecież niezwykle rzadko.

Kwestii Thomasa nie skomentował, chociaż swoje zdanie na ten temat miał. Zamiast tego skupił się na temacie piwa.

– Cholera, pewnego dnia obudzę się, a ty otworzysz własny browar. – Podrapał się palcem przy ustach. – Nie narzekam jak coś, że tak to ujmę, chyba onieśmiela mnie skala. – Jako że takich słów zbyt często nie używał, musiał zrobić to celowo, żeby się postawić w pozycji kogoś o wiele bardziej zakłopotanego niż w rzeczywistości. No ale to wciąż był przecież Alastor. – Od dawna się na mapie w Biurze nie pojawiło miejsce wymagające tak regularnych i solidnych patroli. Coś mi mówi, że nikogo nie zdziwi jak się wpierdolę na wszystkie do końca roku. – I był to żart oczywiście, czegóż innego się po nim spodziewać, ale każdy żarcik niósł w sobie ziarenko prawdy. Moody nawet w cywilu swoją pracę opuszczał rzadko. Idąc w kierunku schodów, głowę trzymał prosto, maszerował dumnie. Kątem oka doglądał jednak zebranych i analizował to, co działo się w środku. Kto przyszedł, a kogo zabrakło? Czy ci co postanowili przyjść, zachowywali się godnie? Nikt nie krzyczał, nikt nie wył do księżyca zapowiadając przepoczwarczenie się w potwora? Może… powinien to miejsce jeszcze jakoś dodatkowo zabezpieczyć? Rozważy to.

– To są przecież cuksy Dumbledore'a – zauważył, potrząsając saszetką. – Ale jaja. A on przyszedł w ogóle, czy zlał? – Gdyby przyszedł, to pewnie wynurzyłby się enigmatycznie zza zasłony, przekazał im informacje mówiące tyle co nic i wrócił do robienia chuj wie czego w zaciszu swojego gabinetu. Od dawna nie widział go w sytuacji towarzyskiej, nawet kiedy szło o spotkanie z przyjaciółmi przyjaciół.

Zasiadłszy przy stoliku, otworzył szerzej usta, bez cienia protestu wymieniając dropsy na ciasteczka.

– Kocham cię stary i twoje serce też. Trochę mnie świerzbi, żeby się przypierdolić do tego „wszystkiego”, ale wiesz co – kiedy to mówił pierwszy raz od dawna głos mu się złamał, a ostatni raz to chyba było jak myślał, że Mavelle zmarła przy tym drzewie i była taka zimna, bo nikt jej nie pomógł tak długo, aż zdarzyła się wyziębić w samotności – zamierzam dzisiaj wypić za twoje zdrowie i kolejne sukcesy, więc nie mam czasu na granie niedostępnego. – I po prawdzie dopiero teraz, kiedy Millie to ciasto zjadła, Moody znalazł chwilę na to, żeby przeczytać opis na opakowaniu. – Bertie – zwrócił się do niej bez cienia rozbawienia wypisanego na twarzy – nie pamiętasz, że ostatnio pojechał z nami nawet Malfoy?


fear is the mind-killer.
Architekt Ścieżek
my life would be so much easier if i wasn’t a piece of shit
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#142
24.07.2026, 13:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.08.2026, 21:35 przez The Edge.)  
@Nora Figg @Zenon Kozioł

Przekraczając próg damskiej łazienki, nie zastanawiała się nad tym w ogóle. Tak samo jak nie zastanawiała się nad chaosem pozostawionym za sobą przy trzyosobowym stoliczku. Dużo to pewnie o niej mówiło, ale nad tym również się nie zastanowi i nie wyciągnie żadnego sensownego wniosku – jedynym co się przecież liczyło podczas tej wędrówki w kierunku damskiej ubikacji były wewnętrzne doświadczenia i… cóż, odrażający miks zapachów, na który nikt inny zapewne nie zwracał uwagi, ale ona skupiała się na nim aż za bardzo i papierosy stały się ucieczką nie tylko od stresu, ale i potencjalnym zabijaczem wszystkiego, co próbowało walczyć o dominację w jej nosie.

Zwymiotowała tak głośno, że sama się wystraszyła czy ktoś w sali tego nie usłyszy i nie pomyśli, że to po jedzeniu. Na szczęście łazienka była pusta.

Gdzieś przed chwilą bardzo to spotkanie przeżywała. Na złość przyjebanemu dilerowi i ku uciesze swojego spragnionego nowych wypieków brzuszka, chciała głośno zaproponować Norze, że będzie dzisiaj u niej spała. Nawet jeśli to było paskudnie samolubne i nadużywało cudzej gościnności. No ale w tym stanie? Teraz, skupiona niemal całkowicie na sobie, siedziała na zamkniętej klapie ubikacji zaciągając się mocno i szybko, przeżywając co najwyżej widok samej siebie w wielkim lustrze wiszącym nad rzędem umywalek. Czy zawsze w takich momentach kręciło jej się w głowie? Może. Może nigdy tego nie zauważyła.

Dym bardzo grzecznie, oczywiście przez kierowanie go magią, zataczał koło nas sufitem i wylatywał na zewnątrz przez uchylone okienko. Nie było tu niby nikogo innego, ale wciąż – przez towarzystwo zapewne – niekoniecznie chciała innym gościom restauracji wadzić, nawet jeśli nikt nie oczekiwał od niej, że będzie zachowywała się lepiej niż zwykle. Objawiło się to nie tylko w darowaniu sobie zasmradzania sali i lobby (chociaż nie do końca rozumiała dlaczego ktokolwiek w tych czasach był zły za palenie w środku), ale i w tym, że kiedy usłyszała swoje imię, rozpalony papieros nie wylądował na podłodze lub za oknem, tylko w sedesie, gdzie zmoczony mógł zgasnąć. Kurwa, czuła się tak cholernie dziwnie.

Szybkim truchtem, nieudolnie poprawiając przykrótką spódniczkę, ruszyła w kierunku drzwi i otworzyła je, omal nie uderzając przy tym Zenka w nogę. Pierwszym instynktem okazało się sięgnięcie w kierunku własnych pleców, podwijając przy tym bluzę, ale kiedy po rozejrzeniu się wokół stwierdziła brak widocznego zagrożenia, pospiesznie opuściła materiał w dół.

– Huh? – Zmarszczyła brwi. Uniknęła kontaktu wzrokowego z pracownicą lokalu i pochyliła nad Zenkiem wyraźnie zbita z tropu. – Co się stało? Możesz wstać? Nora jest sama? – Oczywiście – chętnie i sprawnie podała mu rękę, żeby się mógł wygodniej podnieść. Wszystkie te zmiany w wyglądzie i zachowaniu, wszystkie te prowokacje, coraz lepsze metody występowania przykrywające jej właściwe myśli – wystarczyło aby przez sekundę poczuła się zagrożona, żeby w sposobie w jaki ułożyła nogi, w napięciu mięśni, mimice – w całokształcie jej osoby dało się znów dostrzec człowieka w pełnej gotowości do wykonania ruchu zmieniającego przebieg wydarzeń. Crow prawdopodobnie nigdy się nie zmieni. Prędzej zginie, niż straci tę część siebie.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
she who hunts alone
Enduring things is what you do best
Gritting your teeth and bearing them.
wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
Rejwach
Stosunkowo wysoka [175] kobieta o szczupłej, nieco wychudłej sylwetce. Ma długie, brązowe włosy i zwykle nosi je rozpuszczone, a na świat patrzy dużymi, zielonymi oczami.

Asena Greyback
#143
26.07.2026, 00:28  ✶  

Profesora Dippeta Asenka wspominała całkiem przyjemnie. Dobry był z niego człowiek. Taki, co nie zauważał wilkołaczych zapędów niektórych swoich uczniów. Niby pomagał im w tym wszystkim wujek, szczęśliwie nauczyciel, ale Greyback uważała że nikt nie był aż tak ślepy, żeby przez siedem lat ignorować fakt, że niektóre dzieciaki znikały podczas pełni.

— Cooo? Tałatajstwem? Rejwach jest twój, sam go takim sobie stworzyłeś — westchnęła, jakby ona wcale nie przyłożyła ręki do jego kształtu. — Powinieneś się cieszyć, że byśmy cię chcieli na zawsze. Ale okej, chcesz portret, niech będzie portret. Tylko zatrudnij jakiegoś poważnego malarza, a nie jakiegoś Picasso bo się nie będzie można z tobą dogadać — wykrzywiła się ostentacyjnie i siorbnęła swoją zupę. — A bo ja tam wiem? To jest całkiem dobre miejsce orientacyjne i punkt na mapie. Wiem że Nokturn to Nokturn, ale już bez przesady. Ta twoja bratanica czasem wpada, prawda? — wzruszyła ramionami. Jakby nie patrzeć, byli rodziną policyjną, a mieć sobie taki lokal no to był skarb. Dużo informacji można było z pijaczków wyciągnąć.

— Brzmi bajecznie. Ja uważam ogólnie, że powinniśmy się tak mega rozbudować. Wejście od dwóch stron, jedno w oryginalnym Rejwachu, drugie na tyłach, znaczy aktualnym Wiwernie. Dodatkowo cały rząd kamienic między tymi dwoma budynkami połączyć i byłaby taka budynkowa stonoga. Jeden wielki kompleks barowy, który trząsłby nie tylko Nokturnem, ale całym magicznym Londynem. Co ty na to? — uśmiechnęła się, chyba zachwycona swoim pomysłem i podobnie ożywiona do niego.




Open hand or closed fist would be fine
Blood is rare and sweet as cherry wine
cupcake
Let's groove tonight
Share the spice of life
wiek
37
sława
VII
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
celebryta, cukiernik, kucharz
Wysoki mężczyzna, mający ok 183 cm wzrostu, niebieskie oczy i blond włosy. W towarzystwie przyjaciół i zaciszu własnego domu zapuszcza brodę, którą goli na poczet zdjęć do gazet i wydarzeń towarzyskich. Jowialny człowiek, który zazwyczaj uśmiecha się do wszystkich niezależnie od sytuacji.

Bertie Bott
#144
26.07.2026, 01:00  ✶  

Bott niestety, nie znał ani Caina, ani Florence. Znaczy, tę drugą udało mu się poznać na potańcówce na plaży, ale było to tak przelotne, że blondyn nigdy nie odważyłby się z pełnym przekonaniem oświadczyć, że w jakimkolwiek stopniu udało mu się z nią zaznajomić. Niemniej jednak, jej śmierć była dotkliwa. Paliła gdzieś pod skórą, bo była wynikiem Spalonej Nocy. Może nieszczęśliwym wypadkiem, a może i celowym działaniem, ale nie było to aż tak istotne, bo Bertie miał wrażenie, że jej rodzinę męczyłaby ona tak samo. On sam stracił zaledwie miejsce do spania i odnosił się do tego z rezerwą, bo wystarczyło zatrudnić jakiegoś klątwołamacza i pozwolić jemu zająć się problemem. I tak tam bywał, i tak wciąż znajdowały się jego zwierzęta, tylko na noc musiał znajdować sobie inne miejsce. Nie wyobrażał sobie, jak to było stracić kogoś bliskiego. Gdyby tak Alastor albo Millie, zniknęli z jego życia podczas Spalonej… nie był pewien czy wiedziałby, jak sobie z tym poradzić.

— Dla rodziny specjalna zniżka — uśmiechnął się do kobiety lekko, słysząc jej zapewnienia. Gotowy był przyjąć ich oboje z otwartymi ramionami, codziennie i do końca życia. — Browar? Zabawne że to mówisz, bo w karcie znalazło się specjalnie opracowane przeze mnie piwo. Eksperymentowałem trochę z raptuśnikiem… Piwo natomiast, cóż, zawsze wydawało mi się bardziej do mnie pasować, jak takie widno. Wiecie, bardziej swojsko — po jego minie było widać, ze nawet się trochę rozmarzył i nawet jeśli Alastor sobie żartował, to niezbyt daleko leżało to od rzeczywistości. — Nie ma co się onieśmielać, naprawdę. Ja robię jedzenie, a wy pilnujecie, żeby nikt okropny nie przyszedł i popsuł szczęścia innych. Wszystko i wszyscy mają swoje miejsce — poklepał Moodiego po plecach. Zdecydowanie czuł się bezpieczniej wiedząc, że jego najlepszy przyjaciel nosił odznakę. — Może ja ci powinienem przygotować takie lunchowe paczki? Wtedy ci nie będzie wypadało tak zwyczajnie nie przyjść! — zaśmiał się głośno.

— Dumbledore? Nie, nie widziałem. A myślę, że kogoś takiego nie dałoby się przeoczyć… — jak na zawołanie Bertie rozejrzał się nieco zmieszany, no bo co by było, gdyby Profesor Dumbledore faktycznie spróbował zawitać w jego skromne progi? Ale tego nigdzie nie było widać. — Nie no co ty Miluś, po tym się bardziej głową myśli, a nie tak rwie jak w gorącej wodzie — wyjaśnił cierpliwie.

— Nic nie szkodzi, moja droga. Daliśmy tam taką ładną draperię i wszystko wygląda jak powinno — a Bertie na pewno nie wyglądał, jakby się tym przesadnie przejmował. A potem zaśmiał się, widząc że zjadła bezę i ta zaczęła działaś, obdarzając ją nieco roślejszą postawą. — Hm? No pamiętam i co z nim? — zapytał, zerkając na Alastora nieco niepewnie, nie rozumiejąc skąd nagle ta powaga.

constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#145
31.07.2026, 22:10  ✶  
– Lunchowe paczki to jest absolutnie wybitny pomysł, też chce – Miles jak pasożyt przyssała się do słodkiej jak czekoladowe żaby krwi Bertiego, choć w tym konkretnym momencie nie mówiła serio, skupiając się na swojej obecnej… kreacji. Luźne materiałowe spodnie zatrzeszczały przypominając obecnie bardziej rybaczki, guziczki koszuli puściły bez jęknięcia za to z głośnym pimpnięciem, odsłaniając męską szeroką klatkę piersiową, a Moody poderwała się z miejsca i przeczesała szeroką ręką jasne jak snopy siana włosy.

– Ja pierdole Bott, z tej perspektywy świat wydaje się… wydaje się… – odetchnęła pełną piersią, ona skóra zdarta z matki konus nawet w obcasach. Stanik nie oberwał od tej przemiany, bo na szczęście przy jej ujemnych miseczkach żadnego nie trzeba było. Zamiast tego, mrucząc przyjemnym basem walnęła rozmawiających mężczyzn po męsku w barki – Weźcie no wstańcie, niech Wam chociaż raz spojrzę prosto w twarz! – w głosie Millesowego Botta pobrzmiewały cekiny rozbawienia, gdy czekając na ich powstanie oglądała się to z prawa to zlewa, dłonie kładąc tym razem na opiętych materiałem pośladkach. – Ta dupa Bertie… ja nie wiem jak Ty to robisz, sama bym chciała taką mieć. – żachnęła się ze śmiechem, bo no rąk by nie położyła na przyjacielu brata, ale kto jej zabroni eksplorować własne ciało ofiarowane słodką bezą możliwości. – Nie martw się, nie pójdę robić Ci trzody między ludźmi – dodała mrugając porozumiewawczo do gospodarza. To był ważny dzień i Moody bywała szalona, ale umówmy się - od sierpnia brała regularnie leki i miała też sporo innych miejsc by swoje nadwyżki energetyczne uziemniać. Jakże żałowała, że chłopcy nie mogą zobaczyć jej w tym stanie. Pewnie by - w przeciwieństwie do niej samej - narzekali.
– Dawaj Alek, siłujemy się na rękę! Ale bez dawania mi forów! – tak komuś jebnąć jak się ma dwa metry… Doskonałe. Ale pewnie unikanie było by trudniejsze. Cóż… nie ma nic za darmo.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#146
01.08.2026, 19:51  ✶  
Prawda była taka, że nieważne, jak to pan Longbottom marzył sobie wspierać prosty lud, to czasem od niektórych sytuacji i osób miał ochotę się odsunąć jak najdalej. Pod płaszczami skrzywdzonych przez życie biedaków nieraz siedziały jebnięte skurwysyny albo niemożebni debile. Tarpaulin nie odwracał się przez to od biedy, lecz pierwsze lata na Nokturnie skutecznie wybiły mu z głowy romantyczny obraz klas niższych, a próby jej zgeneralizowania porzucił już zupełnie.
— Taki stworzyłem, to taki mam. No prawda. Ale żeby to było lepsze od Pól Elizejskich, na których na mnie czeka siedemdziesiąt dwie dziewice? Głupi by wybrał Rejwach. — Popukał się w głowę, chichrając się do michy, czym eksponował malowniczą przerwę między zębami. — Zostanę z wami tak długo, jak no mi się uda. Nie bój żaby. Bratanica nic nie dostanie. Z całą miłością do Bren, to ty lepiej tym miejscem będziesz bujać.
Gdyby poszło w Nokturn, że właścicielem baru są teraz aktywni funkcjonariusze, nikt by im już tam nie przychodził. Cały czar polegał na tym, że Clemens Longbottom był gliną upadłym, przesiąkłym urazą do władzy, która go źle potraktowała, a więc szukającym zemsty, tudzież okazji do zagrania im na nosie.
— Widzisz, nie mogę odejść, bo musisz się jeszcze wiele nauczyć — prychnął, gdy opisała mu wymarzony kompleks barowy. — Jesteś sprytna, toś mi pokazała z tym BroomDashem — z którym wkrótce na pewno coś ruszymy (herezja wruć aktywność) — ale jak już nabędziemy rząd kamienic, trzeba będzie zdywersyfikować działalność. Trzeba w jednej otworzyć taki punkt ksero na przykład. Nie ma w całym Magicznym Londynie zasranego punktu ksero. Prorok prowadzi monopol na prasy drukarskie. Mugole to normalnie idą i mają takie sklepy, gdzie ci przedrukowują gazetę, jak chcesz mieć drugi egzemplarz. A u nas jak w lesie. I takich okazji musimy szukać.
Nad takimi oto oderwanymi od rzeczywistości planami biznesowymi spałaszowane zostały zupki, które po opróżnieniu talerzy zastąpiono raz-dwa drugim daniem.


piw0 to moje paliwo
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#147
02.08.2026, 14:19  ✶  
"…Ostatnio kupił jakieś zwoje do swojej kolekcji, bodajże z XI wieku i może się zgodziłam, bo pomyślałam, że zechcesz je zobaczyć…"
Aaron westchnął, nie odważył się jednak skomentować na głos, że Philip będzie patrzył na dotykanie średniowiecznych zwojów równie przychylnie, co na dotykanie jego córki.
— O krucjatach? — spytał tęsknie, wiedząc, że sprawi tym Lorien przyjemność. Lubił ich wewnętrzne żarty, które dla postronnych nie miały sensu, bo kryły się za nimi godziny rozmów o wszystkim i o niczym. Zbudowana nie wiedzieć kiedy intymność, której oboje pożądali. 

Nie odzywał się, gdy Lorien roztaczała przed nim opowieść o włoskiej części swojej rodziny: poświęcił się słuchaniu, obserwowaniu jej reakcji na własną opowieść. Dał jej przestrzeń, w której mogła wznieść podwaliny swej mitologii. Przyglądał się ozdobnikom, jakie wplatała w swoje anegdotki okiem architekta: w taki sam sposób popatrywał na detale rzymskich świątyń, gdy wspólnie przemierzali Włochy. Gdy kręciła tak zaaferowana główką, chcąc niechcąc skupiał uwagę na jej ptasiej szyi, długiej jak kolumna. Te w stylu korynckim były najbardziej zdobnymi. Zawijasy liści akantu były historiami, które snuła, pięknymi, pełnymi czułości, Aaron kierował jednak wzrok w stronę podstawy kolumny, badał znaczące ją żłobienia. Sentymentalne powieści służyły często odwróceniu uwagi. Badał zatem stabilność struktury jej rodziny. Byli trochę oderwaniu od rzeczywistości, ale większość czasu wydawali się o nią dbać. Tym bardziej nie mógł zrozumieć, dlaczego pozwolili jej wyjść za kogoś pokroju Roberta Mulcibera. Dlaczego nie interesowali się jej życiem na tyle, żeby wiedzieć, że ma kłopoty. Aaron nie był może zbyt blisko ze swoimi dziećmi, ale zawsze był obok, prawda? Zawsze był gotowy pomóc.
Nie do końca wiedział przez to, co myśleć o Prewettach. Na swój sposób dało się ich lubić. Na swój sposób byli natomiast jedną z wielu zadufanych sobie rodzinek czystej krwi, która bardziej dba o wspomnienia dawnej wielkości niż o dobrostan bliskich. Aarona nie interesował ornament, lecz fundament.

— Jesteś inna przy nich — stwierdził. — Myślę, że w dobry sposób. Jak gdybyś przypominała sobie coś, co o sobie dawno temu zapomniałaś. Być może wszyscy zachowujemy się tak w otoczeniu rodziny. Trudno wypośrodkować wtedy między sobą w stanie regresu, a sobą budowanym przez lata z dala od cudzego wpływu. Ja zawsze tego unikałem. A jednak mam różdżkę po dziadku. Mówiłem ci o tym kiedykolwiek? Noszę u pasa ponad stuletnią różdżkę. Wciąż jeszcze pozostaję pod wrażeniem, że moc rdzenia nie uległa wyczerpaniu. Kto wie, jak starą jest tajemnica, którą w sobie nosisz? Znasz mnie, nie lubię całej tej gadki o czystości krwi. A jednak wierzę w bagaż przekazywany prawem dziedziczenia. W znaczenie wychowania, wpojonych wartości. Nawet wtedy, gdy decydujemy sami o sobie, wybieramy podług kodeksu, na którego kształtowanie ktoś kiedyś wpłynął. Lubię myśleć, że wciąż żyję, bo nie był mi nigdy ciężarem. Im wcześniej się zaakceptuje to, kim się jest, tym jest łatwiej. Wiedziałaś, że starożytni wierzyli, że Etna jest miejscem pochówku giganta Enceladusa, a wybuchy wulkanu przypisywali próbom jego uwolnienia się z więzienia, do jakiego wtrącili go bogowie? Jakiś tam poeta… Longbottom? Nie, jakoś inaczej. Longfellow? Longfellow! Napisał o tym wiersz. Zadedykował go ofiarom drugiej włoskiej wojny o niepodległość, wszystkim tym, którzy zginęli pod austriackim jarzmem — wyjaśnił Aaron, uśmiech wciąż słyszalny w jego głosie. — Nawet poeci widać do czegoś się czasem przydają…

Porozumiewawczo mrugnął do Lorien, rozwiewając złudzenia na temat swojej nieoczekiwanie odkrytej wrażliwości do sztuk pięknych, gdy beznamiętnie wgryzł się w pieczeń z wołowiną, którą zręcznie opracowywał nożem i widelcem. W przeciwieństwie do swojej towarzyszki ochoczo zmiatał jedzenie z talerza.

— Tak przynajmniej czytałem — stwierdził, pozując na nonszalancję. Prawda była taka, że trochę było mu głupio, że nic nie wiedział o takich poważnych tematach jak włoska poezja przy rodzinie Lorien, więc coś tam próbował poczytywać. Skutki były raczej mizerne, a jednak udało mu się widać zapamiętać co nieco, gdy znał odpowiedni kontekst historyczny. 


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#148
02.08.2026, 15:41  ✶  
Lorraine ściągnęła brwi w pogardliwej manierze właściwej zepsutym arystokratkom, zagubionym we własnej kapryśności: umiała w tym z wielką naturalnością naśladować swoje bardziej zamożne kuzynki, które nawykły do patrzenia na ludzi z góry. W takich chwilach przypominała najbardziej swojego ojca. A może swoją matkę? Była przecież śliczna nawet wtedy, gdy wykrzywiała w zdegustowaniu usta, śliczna na ten dziwny, nieco zwierzęcy sposób, sposobem bycia przypominając wilę, którą była. A może po prostu kobietę z rodu Malfoy, bo te miały naturę równie zmienną: noszony na palcu srebrny pierścień z emblematem rodu, włosy w kolorze platyny oraz otaczająca ją aura samozadowolenia wystarczały jako dowód. Lorraine Malfoy nie wydawała się wcale zakłopotana tym, że zwrócono jej uwagę. Spojrzała na biednego kelnera z góry, niespecjalnie dbając o to, czy wie, kim jest, czy nie. To nigdy nie miało znaczenia.

— Mój? — zaśmiała się krótko, ostro, słysząc pytanie mężczyzny. Rozejrzała się teatralnie wokół siebie, jak gdyby dopiero co kota zauważyła. — Nie, nie jest mój. Nie wszyscy należą. A koty już najmniej — ucięła temat, nie patrząc nawet w stronę kelnera, jak gdyby zaistniały problem wcale jej nie dotyczył.

A potem kot przemówił.

"Ministerialna Inspekcja Sanitarna. W związku z prowadzonym postępowaniem wyjaśniającym zażądam podania próbki serwisu mięsnego do kontroli…" Koci ogon zakołysał się majestatycznie. "…Oraz napojów alkoholowych."

Całe szczęście, że Lorraine była świetną aktorką, bo inaczej wybuchłaby śmiechem. Nigdy nie spodziewałaby się, że przydarzy jej się coś takiego… Zachowała jednak doskonale zblazowaną, nieco znudzoną minę, która wyrażała absolutną obojętność wobec tego, co właśnie miało miejsce. Jak gdyby nigdy nic sięgnęła po oferowane przy wejściu słodycze sygnowane nazwiskiem restauratora.

!Słodycze Bertiego
+ ulubieniec tłumów 2, na ściągnięcie uwagi ludzi: niech słuchają, jak kelner kłóci się z kotem o to, czy w restauracji są myszy, czy nie, i jaka to ona nie jest biedna, bo się gryzoni boi (charyzma)
Rzut PO 1d100 - 43
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 64
Sukces!

— Ach — westchnęła rozdzierająco, nie dbając o to, jak głośno mówi, jak wiele spojrzeń przyciąga. Bladość jej twarzy tylko potęgowała efekt. Lorraine wyglądała na zdegustowaną zarzutami wysuniętymi przez kota. — A więc na bogini ducha winnych klientów zrzucacie problem infestacji gryzoni? Mam nadzieję, że inspekcja sanitarna was zamknie! Moje serce! Słabo mi! Straszliwie boję się myszy i szczurów. Macie pewność, że moja nogą już nigdy tutaj nie postanie!

Zaczęła wachlować się ręką, udając, że jej duszno, a jakaś usłużna dusza czuwająca przy drzwiach zaoferowała się z ramieniem, pomagając jej wyjść na świeże powietrze. Na odchodnym Lorraine rzuciła jeszcze krótkie spojrzenie w stronę kota, znikając, zanim ktokolwiek zdołał coś jeszcze jej zarzucić.


Postać opuszcza sesję


Yes, I am a master
Little love caster
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#149
02.08.2026, 15:41  ✶  

Księżycowe rogaliki


Wybrana przez Ciebie torebka, po otworzeniu okazała się zawierać paczuszkę księżycowych rogalików. Zapakowane w folijkę i obwiązane kokardką, wypełnione są słodkim nadzieniem i oblane polewą, której faktura przypomina plamy na księżycu. Każdy z nich ma na spodzie odciśnięty symbol łyżeczki i nazwę lokalu. Do paczuszki została także załączona karteczka informująca o właściwościach otrzymanych słodkości.

Księżycowe rogaliki (Zjedzenie rogalika natychmiastowo napełnia determinacją i sprawia, że czarodziej nie czuje doskwierającego mu bólu, nie ważne jak dużego. Działa przez fabularną godzinę. Efekt jednorazowy, termin ważności do końca roku 1972.)
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#150
03.08.2026, 11:57  ✶  
Crow zawsze do niego przychodził. A potem znikał w nocy jak Batman. Śmierdział petami. Zenek zdziwił się jedynie, kiedy wyszedł z łazienki i nie miał na sobie skórzanych spodni. Był tylko nylon.
Wodził po konturach przekąski. Rogale pod naciskiem przyległy do opakowania. Kruszyły się, ale to tak poznał ich kształt. Uśmiech szedł im w górę lub w dół, jak banan. Albo jak księżyc, na boku.
Głos dziewczyny był słodki. Widział kątem oka kelnerkę wywracającą oczami.
Widok nóg przysłaniały mu ręce, wyciągające się w jego kierunku. Wystawały spod bluzy: najpierw nadgarstki, potem wnętrza dłoni i kłykcie. Wrócił do nadgarstków. Nie były to kobiece przeguby.

Chciał się podeprzeć, naprawdę chciał. Chociażby nie miał nic innego do roboty pod tym kiblem. Wyciągnął ręce. W jednej z nich miał rogaliki. W rozwartą dłoń trafiła paczuszka. Nikt jej nie chwycił. Rogale upadły smętnie między nich. Banany niewątpliwie przybrały wtedy wyraz smutku.
Zenek splótł swoje dłonie z tymi należącymi do Florki. A że wydało się to niesamowicie podniosłe, kelnerka na nich patrzyła, a Zenek się wcale nie unosił, to przesunął dłonie właśnie na te przeguby. Pociągnął lekko, bo Florka była w stanie jakiegoś alarmu i nie chciał jej niepokoić. A poza tym nadal śmierdziała tymi petami. Zapach wdzierał się w jego przestrzeń coraz wyraźniej.
— Czy możemy już tak nie robić? — zaczął cicho. Ledwo co się napił, a i tak chrypiał. Powinien iść do lekarza.
Wszedł wzrokiem po zamku welurowej bluzy (albo zwykłej, Zenek nie prowadził katalogu tekstur) i zadarł głowę pod dramatycznym kątem. Przełknął ślinę, co poruszyło całą grdyką.
— Nora czeka. — jeździł kciukami po przegubach, na których się zawiesił z braku rogalików do miętoszenia. Chyba szukał pulsu. Zadzieranie głowy w poszukiwaniu twarzy było nie do zniesienia, więc powrócił wzrokiem do poziomu dłoni. — Czy możemy być dla siebie mili? Dla Nory?
Udało mu się wyczuć podskakiwanie rytmu na skórze.
— I dla mnie też.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (5596), Alastor Moody (1331), Anthony Shafiq (1567), Asena Greyback (2293), Astoria Avery (1536), Atreus Bulstrode (2261), Baba Jaga (2379), Basilius Prewett (1050), Benjy Fenwick (11801), Bertie Bott (1108), Brenna Longbottom (2437), Christopher Rosier (4646), Émile Mulciber (1567), Kożuch (1361), Lorien Mulciber (4450), Lorraine Malfoy (1742), Lukas Nott (2405), Lydia Black (1505), Millie Moody (1040), Nora Figg (2764), Pan Losu (1831), Prudence Fenwick (9289), The Edge (4442), Victoria Lestrange (5450), Woody Tarpaulin (2961), Zenon Kozioł (4196)


Strony (18): « Wstecz 1 … 13 14 15 16 17 18 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa