— To nie był atak mugolaków. Chciałbym nie mówić tego na głos, ale wątpię, aby chociaż połowa mugolaków była w stanie przebić podstawowe zabezpieczenia magicznych domostw, w mój ojciec i poprzedni władcy Warowni mieli paranoję. Obiektywnie był to przejaw ogromnej władzy magicznej i część mnie jest niechętnie pełna podziwu. Tak na prawdę większość z nas uratowało to, że nam się pod tyłkami pali nie tylko w spaloną noc.
Czy powiedział za dużo? Nie sądził, brzmiało to raczej jak żart z nazwiska i gorzka próba pogodzenia się z tragicznymi skutkami ósmego września. Jego rozkład dla Jenkins nie przynosił mu żadnej pociechy i sprawiał, że zastanawiał się bardzo długo nad tym czy w ogóle go wysłać do Ministry. Natomiast wyciekała w tym jego rządza władzy, ta dzika iskra w spojrzeniu, która sprawiała, że byłby beznadziejnym politykiem czy sędzią. Osoby z takim spojrzeniem stawały po drugiej stronie półokrągłych ław Wizengamotu, na krześle z kajdanami. Morpheusa od czarnoksięstwa dzieliło urodzenie w rodzinie, gdzie taka magia była głośno piętnowana.
— Odpuścić? Nie kłam, rośnie od tego nos, spójrz na mój — na chwilę puścił jej łopatkę, aby dotknąć końcówką serdecznego palca czubek jej nosa. Zupełnie jakby wszystko było żartem. Blichtr, eleganckie suknie, magiczne szaty, rękawiczki, tort, skwierczące ciała ofiar pożarów, pył, który osiadł na płucach, klątwy na domach, plakaty z twarzami zaginionych i skowyt tych, którzy odnaleźli tylko szczątki swoich ukochanych. Morpheus uznawał siebie za szczęśliwca w ostatecznym rozrachunku. Stracił jedynie Florence. Jedynie. Paskudne słowo.
— Ty nie umierasz, a pogrzeby nie są dla tych, których grzebią. Będziesz ptakiem, którego nie okręce pod ręką, na bankiecie po durnej sztuce. Nie będę mógł nękać cię listami ani kraść twoich dementorów z gabinetu. Ktoś spakuje twoje biurko. Może... Może to przez Tarot. Na pewno ci Alexander mówił, karta Śmierci nie jest końcem tylko transformacją. Przejściem z jednego stanu w drugi. W moim planie jest nawiedzać jakąś placówkę edukacyjną po śmierci.
Jakąś. Żart. Już wiedział jaką. Vakel go tak łatwo nie zegzorcyzmuje.
— Nie powinienem o tym mówić, wybacz. Za dużo myślę o śmierci ostatnio. Florence była taka młoda — jego życie miało być snem, a okazało się być koszmarem i zgodnie z jego imieniem, były momenty, gdy żył tylko gdy spał. Gdyby tylko mógł sprzedać swoją duszę, oddałby ją za wszystko.