• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[Jesień 72, 30.09 Ekstaza Merlina - impreza towarzyska]

[Jesień 72, 30.09 Ekstaza Merlina - impreza towarzyska]
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#191
30.11.2025, 18:26  ✶  

— To nie był atak mugolaków. Chciałbym nie mówić tego na głos, ale wątpię, aby chociaż połowa mugolaków była w stanie przebić podstawowe zabezpieczenia magicznych domostw, w mój ojciec i poprzedni władcy Warowni mieli paranoję. Obiektywnie był to przejaw ogromnej władzy magicznej i część mnie jest niechętnie pełna podziwu. Tak na prawdę większość z nas uratowało to, że nam się pod tyłkami pali nie tylko w spaloną noc.

Czy powiedział za dużo? Nie sądził, brzmiało to raczej jak żart z nazwiska i gorzka próba pogodzenia się z tragicznymi skutkami ósmego września. Jego rozkład dla Jenkins nie przynosił mu żadnej pociechy i sprawiał, że zastanawiał się bardzo długo nad tym czy w ogóle go wysłać do Ministry. Natomiast wyciekała w tym jego rządza władzy, ta dzika iskra w spojrzeniu, która sprawiała, że byłby beznadziejnym politykiem czy sędzią. Osoby z takim spojrzeniem stawały po drugiej stronie półokrągłych ław Wizengamotu, na krześle z kajdanami. Morpheusa od czarnoksięstwa dzieliło urodzenie w rodzinie, gdzie taka magia była głośno piętnowana.

— Odpuścić? Nie kłam, rośnie od tego nos, spójrz na mój — na chwilę puścił jej łopatkę, aby dotknąć końcówką serdecznego palca czubek jej nosa. Zupełnie jakby wszystko było żartem. Blichtr, eleganckie suknie, magiczne szaty, rękawiczki, tort, skwierczące ciała ofiar pożarów, pył, który osiadł na płucach, klątwy na domach, plakaty z twarzami zaginionych i skowyt tych, którzy odnaleźli tylko szczątki swoich ukochanych. Morpheus uznawał siebie za szczęśliwca w ostatecznym rozrachunku. Stracił jedynie Florence. Jedynie. Paskudne słowo.

— Ty nie umierasz, a pogrzeby nie są dla tych, których grzebią. Będziesz ptakiem, którego nie okręce pod ręką, na bankiecie po durnej sztuce. Nie będę mógł nękać cię listami ani kraść twoich dementorów z gabinetu. Ktoś spakuje twoje biurko. Może... Może to przez Tarot. Na pewno ci Alexander mówił, karta Śmierci nie jest końcem tylko transformacją. Przejściem z jednego stanu w drugi. W moim planie jest nawiedzać jakąś placówkę edukacyjną po śmierci.

Jakąś. Żart. Już wiedział jaką. Vakel go tak łatwo nie zegzorcyzmuje.

— Nie powinienem o tym mówić, wybacz. Za dużo myślę o śmierci ostatnio. Florence była taka młoda — jego życie miało być snem, a okazało się być koszmarem i zgodnie z jego imieniem, były momenty, gdy żył tylko gdy spał. Gdyby tylko mógł sprzedać swoją duszę, oddałby ją za wszystko.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#192
01.12.2025, 04:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2025, 05:07 przez Elliott Malfoy.)  
Taniec z Laurettą.

Pociągnięcia smyczków zgrane z krokami, szelestem materiału i gwarem rozmów przewodziły feerii barw sali balowej. Taniec, alegoria codzienności, jej zaprzeczenie, gdy w błyskach cennych kryształów dłonie składają się ceremonialnej jedności; intymność chwili, o którą nikt nie prosił, przymuszenie obyczaju, na którym polegali i, w którym kolejne pokolenia składały swoje przysięgi, uginając kark pod ciężarem dziedzictwa drogocennych obrączek.

Nieosiągalna cisza; ostry zarys wyszytego złotą nicią uśmiechu oślepiał blaskiem wyrafinowania, jego zaostrzone krawędzie wystawały ze spowitego w mętnej gęstwinie zatrucia poczucia winy. Ciężki materiał marynarki ocierał się o jedwabny pas smokingowy, gdy w sztywniejszej, choć wyćwiczonej manierze prowadził kobietę; socjeta ignorowała jej doświadczenie, tradycja podporządkowywała pod rytm kroków Elliotta, zamykając w klatce konwenansów - obowiązywały ich zasady parkietu bankietowego, a nie teatralnego. Wykrochmalona biel koszuli pragnęła zaczerpnąć oddechu tak samo jak i jej właściciel; oddany w ręce drużby ciemny materiał i wilgotny chłód początku roku wdarły się wspomnieniem miarowo wiedzionego znajomym rytmem walca angielskiego. Lauretta miała w sobie ambicje i zdecydowanie, jej wyostrzone makijażem rysy dodawały zadziornego temperamentu, który Elliott bardzo dobrze znał z zachowań siostry, choć Eden nie potrzebowała żadnych uwypukleń swojej osobowości. Simone, natomiast, była chwilą minioną niemej zgody, jej giętkie ciało uginało się pod naciskiem dłoni jak świeża glina, prowadzona w pierwszym, weselnym tańcu, opadała w ramiona z naturalnością pragnienia. Trzepot czasu, ostateczny ruch skrzydeł ptaka ze skręconym karkiem pochowanego pod białym całunem sukni ślubnej; nieistniejący karmazyn skapujący jak trucizna boskiej kary na czoło, spływający na niestrudzone pracą dłonie, naznaczający je niezmywalnym rubinem winy. Taniec był dla niego rzadkością, podążał za muzycznym układem socjety wzorem rozrysowanym ojcowską ręką, pomimo prowadzonej rozmowy, nie mających wagi słów opuszczających usta, umysłem wojażował po terenach znacznie bardziej wyboistych od wypolerowanego parkietu.

Twarz matki, oszlifowany kryształ z błyskiem białych zębów ukoronowany karmazynową szminką uśmiechu, nieobecne zwierciadło spojrzenia odbijające beznamiętną nienawiść ojcowskich rysów. Ich ręce złączone w tańcu, ciała stykające się ze sobą w muzycznej sekwencji nie mogły wypełnić pustki i sztuczności, które w oczach młodego Elliotta jednoczyły rodzicielskie sylwetki w skostniały zarys instytucji życia zaplanowanego od kołyski aż po grób. Tak samo on teraz, w fasadzie dobrej zabawy, złączony w parę z kobietą, która na scenie, pomimo swego dumnego tytułu Ekstazy, przysłonięta była atletycznością występu strudzonego Merlina.

Obraz związku z kobietą był ukoronowaniem oddania własnego losu w cudze ręce, gdy inne opcje, tajemne spotkania i dreszcz emocji, odbijały się w chłodnym spojrzeniu błyskiem ekscytacji, przyozdabiały ostrość nieprawdziwego uśmiechu o delikatne ciepło tego, co mogłoby być. Ale czemu miał przedkładać prywatną niechęć na niczemu winną duszę? Jej osobę i piękno też należało docenić i fakt, że to właśnie one postawiły go przed nigdy wcześniej nieruszanym w tym kontekście dylematem, czy poddał się dziedziczonej nienawiści powielając schemat ojcowskiej goryczy?

Rozmowa płynęła kompletnie odrębnym torem niż szalejący nurt jego myśli, toteż postanowił dąć w nią nieco więcej zaangażowania.

- Skoro zdążyłem pochwalić już występ i zapewne całkowicie ośmieszyć się w tańcu, pozwól, że zapytam, skąd taki wybór ścieżki życiowej? - pytanie z pozoru błahe, dla bardziej otwartych rozmówców zapewne banalne, choć w wypadku uciskających ich krótkie spotkanie konwenansów, z których obydwoje zdawali sobie sprawę, mogło być odebrane z zaskoczeniem. Elliottowi nie zależało na tyle, aby ubolewać, jeżeli konwersacja miała się urwać z ostatnim dźwiękiem walca, ale w ramach odkupienia za myśli, do których Panna Selwyn nie miała dostępu, postanowił połechtać jej ego odrobiną zainteresowania czymś więcej niż występem i piękną kreacją.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#193
01.12.2025, 12:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2025, 13:02 przez Aaron Andrew Moody.)  
Taniec z Geraldine, dużo myśli o Millie, Lorien, Morpheusie.

Aaron pozwolił sobie poddać się powolnemu, kołyszącemu rytmowi rozmowy przypominającej walca, którego tańczyli. Geraldine wdzięcznie dotrzymywała mu kroku, on nieco mniej wdzięcznie dotrzymywał kroku Geraldine... Towarzystwo było przyjemne, a gadka się kleiła, ale nie łudził się, że dowie się od dziewczyny czegoś istotnego o Millie. Sam ją tego przecież nauczył. Stała czujność, Mills. Nawet najbliższym nie zdradzała wiele na swój temat, pilnując, aby jej życie pozostało wyłącznie jej życiem. Większości to wystarczało, bo chociaż Millie bywała porywcza, często mówiąc zbyt dużo, zbyt popędliwie, niewielu zwykło brać to na poważnie. Na jej szczęście, a może na nieszczęście. Przyzwyczaiła wszystkich do tego, że brak jej dyscypliny i powściągliwości, w której Aaron upatrywał cnotę. Millie nazywała go przez to nieczułym. Nie uważał jednak, aby właściwym było zwalanie na innych swoich uczuć, nadmiernie głębokich przemyśleń, problemów. Nie dość, że radzenie sobie z nimi kształtowało charakter, oszczędzało jeszcze rozczarowania, które tak często było udziałem Millie, zawsze łatwo zniechęcającej się, gdy coś jej nie wychodziło. Bo ludzie, uważał Aaron, byli w gruncie rzeczy rozczarowujący. Niedbali. Czy Geraldine, z którą rozmawiało mu się tak miło, wiedziała cokolwiek o relacji Mills z ojcem? Czy zwróciła kiedykolwiek uwagę na to, jak błyszczą jej oczy, gotowe ciskać piorunami na samo wspomnienie rodzinnego domu? Nie. Inaczej nie rozmawiałaby z nim tak miło. Ale znów być może to była jego paranoja. Może nie widział tego nikt inny poza Aaronem. Może wmawiał to sobie, powodowany poczuciem winy.

Nie, skarcił się w myślach, przecież nie był niczemu winny.

Nie przejmował się, że jego pytania były niesubtelne. Jakiż rodzic bywa subtelny, gdy chodzi o dziecko? Zrzucić mógł to wszystko na karb nieobycia, towarzyskiej niezręczności, byleby otrzymać odpowiedzi, których potrzebował. Niewielu wyciągnęłoby na temat jego pytań inne wnioski, bo zwyczajnie... Nie były dla nich ważne. "Dlaczego myślisz, że cały świat musi kręcić się wokół ciebie?", pytał wiele razy Millie. Czy naprawdę nie rozumiała, że chce oszczędzić jej rozczarowania ludźmi, którzy może nie byli z natury źli, ale zwyczajnie samolubni, nastawieni na wykorzystanie? Niewielu wyciągało jakiekolwiek wnioski, przyglądając się temu, co dzieje się wokół, bo zwyczajnie nie było to dla nich ważne. Co mógł zrobić ojciec, który nie chciał, żeby jego naiwna córka dała się oszukać? Zwieść pozorem przyjaźni, fałszywej miłości, zostać zranioną przez świat, który potrafił tylko ranić? "Dla mnie ty zawsze będziesz najważniejsza", mówił Millie, ale ona nigdy mu nie wierzyła. Był jej ojcem, wiedział więc, jak ją przejrzeć.

Tylko dlaczego musiał wiedzieć to też Morpheus Longbottom?

Niedyskretnie obrócił głowę w jego stronę, nie ukrywając wcale, że obserwuje jego i Lorien, z którą delikatnie sunął po parkiecie. W przeciwieństwie do Morpheusa nie posiadał daru trzeciego oka, nie mógł więc przewidzieć kroków Geraldine tak jak jasnowidz przewidywał kroki Lorien. Ciekawe, czy gdyby był na jego miejscu, potrafiłby przewidzieć gorączkę Madeleine, gdy była chora. Przewidzieć jej potrzeby, gdy... Aaron musiał się bardzo mocno skupić, żeby nie zgubić rytmu, chociaż myślami był zupełnie gdzie indziej. Poczuł jak dementorek Lorien poruszył się w kieszeni jego marynarki, nie wytknął jednak główki spod ciężkiej klapy. Musiało uspać go leniwe kołysanie walca.


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Czarodziejska legenda
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#194
01.12.2025, 20:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2025, 22:00 przez Dearg Dur.)  

Elliott Malfoy


On nie musiał znać jej. Ona znała jego.

Trudno nie znać Kanclerza Skarbu, nie kiedy marzy się o luksusie, na który nie było człowieka wcześniej stać. Atreus Bulstrode mimo atencji i komplementów, którymi oblewał ją podczas tego spotkania, był jej mecenasem, ale zdecydowanie nie był nią zainteresowany w żaden sposób związkowy. Tymczasem pan wdowiec…

Nie żeby Lauretta ostrzyła na niego zęby.

Nie żeby nie rozważała, gdzież podziały się jej pilniki.

- Och, proszę nie być dla siebie takim surowym. - Jej głos był ciepły i dźwięczny, jak widowiskowa suknia, na którą się zdecydowała. - To dla mnie wielki zaszczyt tańczyć z tak ważną personą - dodała, a uśmiech łagodził jej rysy. Nie zmieszała się też na kolejne pytanie, prawda była taka, że artystom zwykle zadawano wciąż te same pytania, a oni powinni być zobowiązani do posiadania tych samych odpowiedzi. Dekada za dekadą. Wiek za wiekiem.

- My Selwyn sztukę mamy we krwi. Jesteśmy przeznaczeni scenie, więc pozostaje mi mieć wdzięczność, że wuj opiekuje się nami i dba o to, by ta scena była niezachwiana. - skromność, szacunek, rodzinne wartości. Lauretta dokładała wszelkich starań, zwłaszcza teraz, po swoim wielkim sukcesie. Miała bowiem w pełni świadomość, że jeden dziadek, który przehulał połowę majątku, jedna nietrafiona ciotka, która uciekła z połową drugiego w siną dal za cyganami… Miała świadomość, że kwiaty dzisiejszego sukcesu są cięte, a łaska publiczności jeździła na pstrym koniu. Ale ten strach nie mógł pomieszać kroków ich walca. Nie gdy tańczyła z kanclerzem. Nie gdy jego żona odeszła, pozostawiając po sobie interesujący wakat. - A czy ja mogę spytać… z którego aktu taniec podobał się panu najbardziej? Choreograf miał różne pomysły, by ruchem oddać to, co utkane było w scenariuszu. Pod koniec przedstawienia gesty Merlina i moje są niemal bliźniacze, gdy na początku sztuki naprzemiennie próbujemy znaleźć się w ruchu. Podłapywać gesty. Zupełnie jakby pragnienie wielkości również musiało poddać się okolicznościom. - Dbałość o detal, zaspokajanie potrzeb nie tylko oczu, ale też przecież intelektu. Bardzo chciała go zaciekawić. Bardzo chciała, by znów przyszedł do teatru. Posiadanie mecenasa było wielkim szczęściem. Ale zawsze można było mieć dwóch mecenasów. Szczęście tylko w takich chwilach wzmagało.- Poddać się przestrzeni. Jeśli tylko znów Pan zdecyduje się obejrzeć spektakl, proszę zwrócić uwagę. Wątpię aby dyrektor zdjął go z afisza w tym i następnym sezonie.
Czarodziejska legenda
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#195
01.12.2025, 21:09  ✶  

wszyscy


Kwartet umilkł. Magowie ukłonili się w pas wiedźmom, które prowadzili w tym rozlosowanym tańcu, kupionym za złociste galeony, które już kolejnego dnia miały potoczyć się ku artystycznej braci.

Dyrektor teatru The Globe po raz ostatni zabrał głos, dziękując wszystkim za przybycie i hojne darowizny. Czas było się rozejść, czas było odpocząć.

Ministra w asyście aurorów teleportowała się, najpewniej do swojej świetnie mającej się rezydencji, która ni jak nie ucierpiała podczas Spalonej Nocy. Większość gości jednak korzystała ze swoich nóg, a pod drzwi wejściowe teatru podjeżdżały już zamówione wcześniej karoce. Większość smakołyków zniknęła z blatu udekorowanych stołów jeszcze w trakcie bankietu. Gdy jednak wielmożni goście opuszczali już zdobne złotem i marmurem foyer, za ich plecami pojawiło się kilka osób spośród których rozpoznać można było bohaterów drugiego i trzeciego planu przedstawienia. Teraz ubrani zdobnie, choć o wiele skromniej, wraz z muzykami grającymi przez cały wieczór dotarli do stołów i zaczęli częstować się tym co zostało. Grupka kilkuletnich dzieci, z pewnością jeszcze nie uczęszczających do szkoły, pomimo późnej godziny dopadła do makiety i w głos zaczęła się zachwycać detalami, chwaląc pod sufit Marco dell’Abracio za jego talent transmutacyjny. Dopiero karcące spojrzenie dyrektora uciszyło latorośle, nestor rodu jednak nie poświęcał im zbyt wiele czasu, omawiając z dzisiejszym kwestorem spisującym datki oraz szefową chórzystów, mającą pojęcie o to któż tych pieniędzy potrzebuje najbardziej plany o wiele bardziej przyziemne niż strawa duchowa.

Rozmowy gości jeszcze niosły się echem. Podpite śmiechy. Sekrety szeptane prosto do ucha par, które uformowały się na tym konkretnym przyjęciu. Plotki jednak, podobnie jak i stukanie obcasów odchodziło w dal, coraz ciszej i ciszej. Kurtyna na scenie od dawna już spała. Teraz powoli nadchodził czas na resztę teatru…
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#196
01.12.2025, 21:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2025, 21:34 przez Cynthia Flint.)  
Z Anthonym na Parkiecie

Taniec był jednocześnie rozmową, a i przekroczeniem pewnej granicy intymności, co zawsze ją zastanawiało. Fascynowało. Wszystkie ruchy na pierwszy rzut oka wyuczone do perfekcji, wizja kolejnych kroków samodzielnie pojawiała się przed oczami przy kolejnych dźwiękach muzyki, a jednak za każdym razem do tego spektaklu można było przenieść coś nowego. Słowo, obietnicę, pokusę. Chociaż omiotła wzrokiem sale w poszukiwaniu Louvaina, który zniknął gdzieś w tłumie, chwilę później skupiła uwagę na swoim niespodziewanym towarzyszu, obdarzając go krótkim i grzecznym uśmiechem na przywitanie. Jej jasne oczy przemknęły po twarzy Anthonyego, ale trudno było znaleźć w tym coś głębiej, niż typową uprzejmość i dozę ludzkiej ciekawości, przynajmniej na pierwszy rzut. A prawda była taka, że w głowie Cynthii kręciły się już trybiki, próbujące przypomnieć jej o tym, co wiedziała lub słyszała na jego temat.

Anthony Shafiq był przystojnym i popularnym czarodziejem, więc plotek było wiele. Tylko w których tkwiło ziarno prawdy? Niewątpliwie był obeznany towarzysko, ich ruchy były dograne, jakby wcześniej już mieli ze sobą w tańcu styczność, ale wszystko to było sztuką kamuflażu i tym, że większość rodzin z popularnym w ich świecie nazwiskiem przygotowywała swoje latorośle w ten sam sposób.
- Chwilowa odskocznia pozwala nabrać odrobinę nowej perspektywy. Jestem pewna, że zebranym tutaj zrobi to doskonale. - przyznała z delikatnym skinięciem głowy, przez co jasne pasmo włosów połaskotało jej odkrytą szyję i ramiona. Prowadził pewnie, cały walc szedł zaskakująco lekko i każdy, kto przyglądałby się grupie tańczących ludzi, uznałby, że wcześniejsze tragedie były tylko złym snem. Każdy się uśmiechał, rozmawiał, pił, jakby naprawdę szarą i pokrytą popiołem rzeczywistość zostawił za drzwiami teatru. Jej wzrok raz jeszcze przesunął po zebranych dookoła, jak i parach w centrum sali, dostrzegła nawet Atreusa z Brenną – Merlin jej świadkiem, wyglądała, jakby doskonale się bawiła i nawet ona na chwilę zapomniała o tym, co z pewnością ją trapiła. Nie mogła jednak długo się nad tym zastanawiać, gdyż głos towarzyszącego jej mężczyzny sprawił, że skupiła się na jego słowach, nie chcąc stracić ich wśród rozbrzmiewających dookoła dźwięków i stukotu obcasów.

- Muszę się zgodzić, mnie też loteria wydaje się odświeżająca. - zaczęła po chwili milczenia, przyglądając mu się znów nieco dłużej, niż powinna, zaskoczona tym, skąd taki wniosek wyciągnął. Nie miałaby żadnego powodu, aby mu odmówić, wszak się nie znali i Shafiq nie był zupą, którą można było lubić lub nie lubić ot tak. Niewątpliwie miał swoje za uszami, ale kto w tej sali nie miał w obecnych czasach? Mniejsze lub większe grzechy zostawiały piętno. - Zapewniam Pana, że bym nie odmówiła. Nie miałabym powodu, a dodatkowo, bardzo lubię tańczyć. Niestety, nie mogłam się tam znaleźć, to prawda. Słyszałam, że wesele było udane? - zakończyła pytaniem, bo zaraz po uroczystościach, cały Londyn zdawał się o tym mówić. Przymknęła na chwilę oczy podczas obrotu, powstrzymując delikatny uśmiech, który usiłował wedrzeć się na jej usta, bo widocznie jedno ze wspomnień zatańczyło jej przed oczami w formie obrazu. Kiedyś takie bale odbywały się znacznie częściej.

-Muszę Pana rozczarować. Jesteśmy obserwowani, a każdy tu ocenia. Tylko lepiej się maskują. - wyznała ciszej, jakby konspiracyjnym szeptem, zaraz się uśmiechając, znów uprzejmie i tak, aby wszystko było jasne i przejrzyste. Takie miejsca obfitowały w opowieści, jutro pracownica recepcji w ich departamencie na pewno wspomni o jakieś parze, która zniknęła w jednym z teatralnych korytarzy, nawet jeśli nie będzie to prawda. Takie było już życie. Ludzie łapali się tych fascynujących historii, chcąc, chociaż na chwilę być kimś innym. Materiał sukienki wciąż kołysał się delikatnie, ale zupełnie jej nie przeszkadzał, pomimo długości. Ułożyła swoją dłoń we właściwym miejscu i wyprostowała głowę, obdarzając go spojrzeniem.
Trudno było jej znaleźć źródło myśli, która uderzała jej do głowy – że tańczący z nią mężczyzna miał wiele tajemnic i mógł być jednocześnie cennym towarzyszem, jak i trudnym, rzucającym kłody pod nogi przeciwnikiem. - Wiewiórki.
Rzuciła jeszcze cicho, idealnie przed tym, gdy muzyka zaczęła cichnąć.
Karma police
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
52
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na starszego, aniżeli jest w rzeczywistości: na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki, a pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty – wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja – z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#197
02.12.2025, 10:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 10:40 przez Aaron Andrew Moody.)  
Z Lorien i Morpheusem na obrzeżach parkietu.

Gdy ogłoszono koniec tańców, Aaron krótko podziękował Geraldine, po czym odwrócił się w stronę Lorien i Morpheusa. Przemaszerował w ich stronę niemal natychmiast, nie dając nikomu czasu na wymianę towarzyskich grzeczności. Takowe zwyczajnie zignorował, bo maniery miał przystające do poligonu, nie do parkietu. W tym był przecież najlepszy. W byciu aurorem. Przyszedł tutaj dzisiaj dla Lorien wyłącznie, i nie ukrywał tego choćby przez chwilę, prezentując się w aurorskim mundurze jak gdyby był królewskim gwardzistą, nie ochroniarzem z odgórnego nadania. Jak zwał, tak zwał, Aaron nie był na tyle dumny, żeby zastanawiać się nad właściwą tytulaturą. Więcej czasu poświęcił na zastanawianie się, czy powinien mówić, że przyszedł tutaj "dla Lorien", czy też porzucić ton służbisty na rzecz bardziej neutralnej maniery: "z Lorien". Nie musiał dbać o poprawność, polegał bowiem na powadze swej funkcji, nie na języku, a jednak...

– Pani Mulciber. – Lorien, chciał powiedzieć, Lorien, zacisnął jednak zęby na jej imieniu, jak gdyby nie zamierzał choćby przypadkiem pozwolić sobie na niestosowną poufałość. Wystarczająco zdradzieckim było to, że się do niej mimowolnie uśmiechnął, z czego zdał sobie sprawę dopiero po dłuższej chwili. Może to zapach jaśminu uderzył mu tak do głowy. – Przeprosiłbym, ale Morpheus pewnie uprzedził zawczasu, że przeszkodzę w rozmowie. Halte, młody – rzucił na pół poważnie, na pół żartobliwie w stronę Morpheusa, dźgając go lekko paluchem w ramię. Chociaż nie uśmiechnął się do mężczyzny, użył szermierczej komendy oznaczającej "stój", wykorzystywanej w celu przerwania wykonywanej akcji, po to zwykle, aby przyznać punkt... Albo zwrócić uwagę na naruszenie przepisów. Była w tym pewna nieoczekiwana familiaryjność, której nie dało się pokryć ani profesjonalizmem, ani wyraźną niechęcią, jaka gościła przez chwilę na twarzy Moody'ego. Może i nie znał się wielkopańskich kurtuazjach, a jednak znał Morpheusa. Patrzył za dzieciaka, jak Longbottomowie trenują szermierkę, co teraz nosiło w jego oczach znamiona fanaberii, ale wtedy – stanowiło powód do zazdrości. Bo czy może być coś fajniejszego od szermierki?, myślał Aaron, wywijąc z kolegą z osiedla patykiem, jak najwierniej starając się odtworzyć ruchy pokazane przez Clemensa.

Zazdrość. Przedziwnym było to uczucie. Nie było jednak w Aaronie zawiści. Nie to czuł wobec Morpheusa. Gdy stał twarzą w twarz z bratem człowieka, którego sam bratem nazywał, nie życzył mu przecież źle.

Jak mógłby życzyć mu źle?

A jednak było coś nienaturalnie obcesowego w sposobie, w jakim sprowadził obdarzonego darem widzenia Morpheusa do roli lokaja, wykorzystującego swe trzecie oko, po to tylko aby zaanonsować jego przybycie. "Morpheus pewnie uprzedził zawczasu, że przeszkodzę w rozmowie". Jak gdyby był majordomusem zapowiadającym gościa. Pogardliwy był niemal utylitaryzm Aarona Moody'ego wobec absolutu proroka. Może dlatego wydawał się tak... Obcym.

Nigdy przedtem Aaron Moody nie zakpił bowiem z jasnowidza.

– Czy wszystko... – Aaron obrzucił Lorien bacznym spojrzeniem, skupiając na kobiecie pełnię swej uwagi. Przysunął się, oferując jej w razie czego swoje ramię, niespecjalnie przejęty, czy przyjmie je, czy nie, jak gdyby nie wiązało się z tym nic więcej ponad szarmackość gestu. Bo chyba właśnie tak było, tak przynajmniej sugerował zdroworozsądkowy głos w jego głowie. Serce wiedziało jednak lepiej. – ...W porządku?


– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#198
02.12.2025, 10:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 10:15 przez Brenna Longbottom.)  
Być może Erik też widziałby aury, gdyby pewnego dnia nie ugryzł go wilkołak. A może nie. W każdym razie nie był wtedy pijany, ślepy na aury za to owszem, ale Brenna uznała, ze nie będzie tutaj zdradzać tożsamości „niezależnego eksperta”.
Walc wymagał konkretnej pozycji – reguły regulowały i to, jak ustawiałeś głowę i w którą stronę patrzyłeś. Brenna jednak pozwoliła sobie zwrócić spojrzenie ku Atreusowi, trochę bo i tak wygrywano już ostatnie nuty, trochę, bo wirowali pośród dobrych czterdziestu par, a i nie każdy był tu mistrzem tańca, drobne uchybienie nie zdawało się więc jej zbrodnią. Przez ułamek sekundy studiowała jego minę: z takiej odległości dało się dostrzec każdy szczegół wyrazu twarzy, zwłaszcza że ich oczy znajdowały się mniej więcej na równym poziomie.
Kącik ust Brenny uniósł się lekko, gdy odpowiedziała mu, też w myślach.
Dobrze, że to nie jest taka całkiem materialna nić, bo jestem absolutnie pewna, że wtedy najmniej raz spróbowałbyś mnie nią udusić. Albo przynajmniej zakneblować.

Muzyka umilkła, umilkły i rozmowy, za to zaszeleściły szaty i suknie – tradycyjny ukłon panów, odpowiedź pod postacią dygnięcia. O doborze par zdecydował los, większość rozstawała się więc teraz, kiedy taniec dobiegł końca, ale Brenna nie puściła ręki swojego tanecznego partnera, gdy schodzili z parkietu. Dyrektora The Globe, dziękującego za udział, niby słuchała, ale mało uważnie, bo rozglądała się jeszcze – próbując wypatrzeć na sali Morpheusa, Erika oraz Cynthię. Bardziej z przyzwyczajenia niż dlatego, że zamierzała ich o tej porze zaczepiać. Nie była pewna, czy cieszyć się, że wuj, ostatnio tak przygnębiony, tu przyszedł, czy raczej się martwić. A tajemnicze słowa Flintówny wciąż krążyły Brennie po głowie i miała wielka nadzieję, że dostanie wkrótce szansę na to, aby tę nieco… przycisnąć.
– Chcesz znaleźć Louvaina i Cynthię czy zbieramy się osobno? – spytała jeszcze: bankiet powoli dobiegał końca, to nie był czas na huczne zabawy do białego rana.


Atreus&Brenna
Postacie opuszczają sesję


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#199
02.12.2025, 14:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 14:27 przez Lorien Mulciber.)  
Z Morpheusem i Aaronem

Skinęła głową. Pytanie może było okrutne, ale… Nie bezzasadne i oboje o tym wiedzieli. Tamtej nocy czara goryczy przelała się dla wielu z nich. Ile były warte zabezpieczenia, gdy Warownia stawała się pogorzeliskiem?
- Pamiętasz poprzednią wojnę. Pamiętasz co Grindenwald próbował osiągnąć. - Spuściła wzrok, choć próbowała się uśmiechnąć, gdy tknął ją w czubek zadartego nosa. Jej dłoń, zaciśnięta na ramieniu Morpheusa zadrżała mocniej.- Boję się, że ten… Jest jeszcze bliżej osiągnięcia podobnego celu. Czasem myślę, że już to przegraliśmy.
Lorien nie była szalenie odważną osobą. Nie była też wybitną czarownicą. Ale nie była co najważniejsze - głupia. Widziała co się dzieje w Ministerstwie. Widziała, że kiedyś byli silniejsi. Kiedy jeszcze mieli Malfoy’a. Nobby miał wiele do udowodnienia - starał się, ale i jego zadusił w końcu konserwatywny opór własnej piaskownicy. Teraz było tylko gorzej. Umierali ich bliscy, płonęły ich domy. Świat który znali obracał się w popiół.
Co się z nimi stanie, gdy to się skończy?
- Vivamus, moriendum est, mia caro.- Szepnęła, może nieco zbyt intymnie przesuwając opuszkami palców po zagiętym materiale szaty na piersi jasnowidza. Wyprostowała dłoń, pozwalając mu spojrzeć na swoją niemal nieistniejącą linię życia.- Nie myśl o tym. O biurku, o listach. O bankietach i gorszących sztukach. Co prawda nie zawieszą mojego obrazu w Wizenagamocie, ni w Azkabanie, ale będziesz mógł mnie nawiedzać w Mulciber Manor. Tą mnie.

Muzyka ucichła. Kroki zamarły. A Lorien poczuła dopiero teraz jak mocne obciążenie było to dla jej ciała. Basilius ostrzegał, że kości się jeszcze nie wypełniły w pełni. To nie, nie słuchała. Z niemal zażenowaniem skupiła się na własnym, cięższym oddechu. Nawet walc tak ostrożny był zbyt obciążający dla jej organizmu. Mimo to - dygnęła głęboko.
Bogom wszelkim jednak dzięki, że zaraz obok pojawił się Aaron. Niemal wyuczonym ruchem, wyślizgnęła się spod trzymających ją w miejscu dłoni Morpheusa, by oprzeć się o zaoferowane ramię.
- Panie Moody. Auror źle wypełniałby swoje obowiązki, gdyby musiał się zapowiadać.- Odpowiedziała tym samym, grobowym tonem, którym próbowała zatuszować rozbawienie. Zasłoniła usta dłonią, kryjąc zdradziecki uśmieszek.

Słysząc znajome głosy dementorek wychylił zakapturzoną, szalenie pomiętoloną po dobrej drzemce główkę z kieszonki Moody’ego. Wyciągnął kościste łapki, oczekując, że Pani go zabierze. Dlaczego sam nie wyleciał? A kto go tam wie, pewnie było mu za wygodnie, żeby się ruszyć. Musiał się jednak obejść smakiem, bo Lorien wcale nie planowała go wyciągać. Nie przy tylu ciekawskich parach oczu.

Dziękuję za taniec Morpheusu.- Uśmiechnęła się, przechylając w ptasim przyruchu głowę. Przez co praktycznie oparła ją o ramię Aurora. -Nawiedź mnie…- zaszebiotała żartobliwie, pijąc do jego planów zostania duchem.- w poniedziałek. Pokażę ci co dostałam od Alexandra na Mabon. Myślę, że kunszt tego portrecisty przypadnie ci do gustu. wspaniała paleta barw…- No i znów się rozgadała, w dodatku jak przystało na włoskie dziecie machając entuzjastycznie obiema dłońmi. Jedną miała wolną, drugą bardziej ograniczoną. Wcale jej to nie przeszkadzało. Dopiero lekkie pociągnięcie ściągnęło ją na ziemię. Zadarła głowę. Przecież wszystko było w porządku!- Ach tak musimy już iść. Do poniedziałku. Tak koło południa.
Pożegnała się z przyjacielem, pozwalając zabrać się w stronę szatni.
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#200
07.12.2025, 21:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.12.2025, 21:41 przez Dearg Dur.)  
Z Lorien i Aaronem przy parkiecie, a później znikam z przyjęcia.

Taniec się zakończył, a Morpheus ukłonił się swojej partnerce, odprowadzając ją do jej ochroniarza.

Podczas przejęcia Lorien przez Aarona, bardzo ostentacyjnie wywrócił oczami. Oczywiście Moody nie wiedział, że ten młody przez swoje przeskoki po linii czasu, prawdopodobnie był bliżej jego wieku, niż mógł się tego spodziewać, na pewno bliżej niż to wynikało z metryki Longbottoma. Na pewno wyglądał na starszego  przez krótką brodę, która odrastała powoli po tym, jak ją ogolił do zera, bo była przypalona z jednej strony i nie mógł z niej wywabić swądu spalenizny, siwą w wielu miejscach, tak samo jak przystrzyżone loki.

Wyglądał podobnie do swojego ojca.

— I jaki byłby ze mnie Niewymowny, aby zdradzać wszystkie tajemnice — dołączył do żartu Longbottom. — Przyjdę, o ile nie będzie znów kłopotów w Komnacie Artefaktów. Ten gagatek, którego przemieliliście ostatnio miał jakieś upodobanie do Samhain i zaraziło nam latarniami z rzepy kilka półek

Końcówka była już do Aarona.

— Miłego wieczoru wam obojgu. — Gdy odchodzili, Morpheus miał minę, jakby wiedział coś więcej, niż inni. Może właśnie tak było. Pani Mulciber. Pani Mulciber i pan Młody my ass.


Postać opuszcza sesję


And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (10126), Ambroise Greengrass-Yaxley (2272), Anthony Shafiq (4639), Atreus Bulstrode (4400), Baba Jaga (254), Brenna Longbottom (4160), Caius Burke (517), Cynthia Flint (3288), Dearg Dur (6991), Desmond Malfoy (1867), Electra Prewett (2540), Elliott Malfoy (5588), Erik Longbottom (3725), Eugenia Jenkins (1757), Geraldine Greengrass-Yaxley (1906), Hannibal Selwyn (5262), Henry Lockhart (956), Jonathan Selwyn (2300), Lorien Mulciber (7990), Louvain Lestrange (1748), Lyssa Dolohov (2407), Mathilda Quirrell (2016), Mona Rowle (822), Morpheus Longbottom (3826), Nora Figg (2861), Oleander Crouch (2271), Pan Losu (98), Philomena Mulciber (3787), Robert Albert Crouch (2176)


Strony (21): « Wstecz 1 … 17 18 19 20 21 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa