W pewnym momencie kierowany muzyką obrócił dziewczynę o trzysta sześćdziesiąt stopni, a następnie objął ją w pasie. Zdecydowanym ruchem przybliżył ją do siebie i choć wciąż się poruszał, to wyraźnie zwolnił. Była to okazja, by wymienić kilka słów, co ciężko było zrobić w trakcie bardziej żywiołowej części tańca.
- Masz niesamowite ruchy – pochwalił swoją taneczną partnerkę - Może chwilę odpoczniemy i napijemy się czegoś? - spytał się, bo był już trochę zmęczony dzikim tańcem. Chwycił Avelinę za rękę i poprowadził ją tanecznym krokiem ku stołom z winem.
Tam doszło do zmiany planów i wspólnie postanowili udać się w spokojniejsze miejsce. Theodore na odchodne "pożyczył" pełną butelkę wina. Chyba nikt nie będzie miał do niego o to pretensji, prawda?
Spojrzała ponownie na Samuela.
— Nie planowałam się tu pojawiać, myślałam że zjadę do domu dopiero na Lammas. Ale i tak chciałam z tobą porozmawiać. I myślę, że to co mam do przekazania lepiej powiedzieć osobiście, niż w liście. — powiedziała, nagle pochmurniejąc. Rozejrzała się dookoła, na upojonych świętem ludzi, pogrążonych w śmiechu, rozmowach albo tańcu.
— Ale nie chcę o tym rozmawiać tutaj. Możemy już iść do domu? — zapytała, chociaż wiedziała, że pewnie właśnie psuje bratu przyjemny wieczór z dziewczyną.
Now I walk on them to tea.
… dlaczego miałaby jej nie uwalniać?
Nie była pewna, ile czasu spędziła, wirując w takt muzyki i śmiejąc się – tak po prostu – do Darcy’ego. Nieważne. Czas nie miał znaczenia, liczyła się tylko ta chwila, która trwała, trwała i… ostatecznie się skończyła.
- Również dziękuję – odparła, podając Lockhartowi dłoń. Rozpromieniona, zarumieniona jak dawno nie. Może nawet, tak po prostu, szczęśliwa – Było naprawdę wspaniale – zapewniła jeszcze chłopaka, zanim odeszła w swoją stronę. Na Polanie spędziła jeszcze trochę czasu, niemniej nie czekała końca sabatu, tylko ulotniła się do domu.
Zerknęła w stronę Stanleya, który szybko podchwycił wyzwanie od rudowłosej i bez większych problemów wdrapał się na jeden z pali. Jej uwaga jednak skupiała się na rodzeństwie Carrow - musiała znaleźć sposób, by kulturalnie acz stanowczo dać im do zrozumienia, że muszą się ewakuować. A nie było to takie proste; wiedziała, że gdy choć jedno z nich domyśli się, że coś się święci, zmuszą ją, żeby poszła razem z nimi. Sami był specjalistą od teleportacji, wystarczyłoby że złapie ją odpowiednio mocno i wtedy nieszczególnie miałaby cokolwiek do gadania. A nie mogła uciec.
Kiedy przesunęła wzrokiem po Jackie i Samim, dotarła do niej przerażająca myśl, która na moment zaparła jej dech w piersiach i sprawiła, że z trudem zaczerpnęła oddech. Uświadomiła sobie, że jeżeli cokolwiek pójdzie nie tak, być może widzi ich po raz ostatni, a teraz co powie, może być ostatnimi słowami, które od niej słyszą i jak ją zapamiętają. Zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa w jakie się pakuje, kiedy obiecała Brennie wsparcie w trakcie potencjalnego ataku. To, czego nie była świadoma, to jak ciężko jest żegnać się z ukochanymi, wiedząc że być może już nigdy ich nie zobaczy.
Na ratunek przyszła Jackie. Zaniepokoił ją ton głosu dziewczyny oraz to, co powiedziała - to co mam do przekazania lepiej powiedzieć osobiście było jak zwiastun problemów. W innych okolicznościach złapałaby ją pod rękę i pociągnęła w ustronne miejsce, by móc wypytać o wszystko na spokojnie. Teraz jednak wydało się jej to idealną okazją, by rodzeństwo Carrow się stąd ewakuowało - zwłaszcza, że Sami będzie chciał wiedzieć o wszystkim natychmiast. Dani obiecała sobie, że poruszy te temat jutro. Jeżeli tylko będzie jakieś jutro.
- Tak, myślę że na dziś wystarczy wrażeń.- wtrąciła się, być może zbyt ochoczo. - Ja... poszukam kuzynostwa i wrócę do domu wraz z nimi. Nie przejmujcie się mną.- dodała szybko, na wypadek gdyby wpadli na pomysł odprowadzania ją do domu. Jej wzrok skupił się na rudowłosej. - Cieszę się, że się spotkałyśmy Jackie. Szkoda, że na tak krótko.- powiedziała przez zaciśnięte gardło. I nie wiadomo było czy mówi o dzisiejszym wieczorze, czy o kolacji rozpoczynającej rok szkolny w Wielkiej Sali, gdy spotkały się po raz pierwszy. Jej wzrok zatrzymał się na Samuelu - wtedy na moment zamarła. Co miała mu powiedzieć? Ponownie poczuła uścisk w gardle, uniemożliwiający swobodną wypowiedź. Żadne słowa nie wydawały jej się odpowiednie, a jednak wiedziała, że musi coś powiedzieć. Nie mogła zostawić go tak bez pożegnania.
- Dziękuję, że mogłam spędzić Beltane w twoim towarzystwie. - powiedziała, ostrożnie dobierając słowa. - To był dla mnie ogromny zaszczyt i nie mogłam wymarzyć sobie lepszego towarzystwa. - dodała, posyłając mu uśmiech. Zacznij w siebie wierzyć Sam, takich jak Ty ze świecą szukać, chciała powiedzieć, ale te słowa nie przeszły jej już przez gardło. Nie dała rady ich nawet uściskać, choć miała na to ogromną ochotę.
show me your darkness
— Och, w to nie wątpię, mon cher — zwrócił się do Erika z uśmiechem, a zaraz potem przeniósł wzrok na Malfoya, jakby badał jego reakcję na ostatnie słowa rzucone w upojeniu, a cała jego sylwetka zdawała się krzyczeć to nie tak jak myślisz.
Kątem oka dostrzegł Szeptuchę rozmawiającą z jego towarzyszką, lecz nie ośmielił się patrzeć w tamtą stronę; ta odziana w czerń kobieta budziła w nim nieuzasadniony lęk. Może dlatego, że kojarzyła mu się z matką? Tak, Daphne Black bywała momentami straszna.
— Ty również nieszczególnie się dziś kryjesz ze swoimi uczuciami — odparł, przyjmując od Elliotta piersiówkę, którą podał Vesperze, a gdy kobieta oddała mu naczynie, sam ponownie tego dnia skosztował słynnego Oddechu Bazyliszka. — Mam nadzieję, że jednak uda wam się pognieść szaty, tudzież mundur... Jeśli nie dziś, to wkrótce, czego bardzo wam życzę.
Dając im to dziwne błogosławieństwo, wskazał właścicielowi stoiska butelkę wina, za którą zapłacił złotymi galeonami - nieco więcej, niż była warta, niespecjalnie jednak zwracał na to uwagę.
— Bawcie się dobrze, presque amants — rzucił im na odchodne, wypowiadając ostatnie słowa tak cicho, że nie był pewien, czy dosłyszeli, po czym ruszył z Vesperą w stronę kniei.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
- Cytryna? Nieee. - Zgadza się, tym razem nie było w tym przytyku, przyszło gładko, łatwo i naturalnie. To najważniejsze - że naturalnie. Że powiedział to tak naprawdę bez zastanowienia, chociaż wcale jeszcze nie dotarło do niego w pełni, że to JUŻ. Że do jednych z jego pierścionków dołączył ten, którego nawet sam nie nosił. Nosiła go Victoria. Jak oznaczona klacz. Tak, tak, miał te filozofię życia. Na szczęście ich ona nie dotyczyła. Albo i nieszczęście? Chyba wszystko zależało od tego, jak to się dalej potoczy. - Aż taka kwaśna jesteś dla innych? - Uśmiechnął się krzywo, troszkę sobie z niej żartując. No dobra, nie troszkę. Ale przynajmniej zachował swoją chamskość dla siebie. Zachowywał ją dla siebie przy niej od jakiegoś już czasu. - No nie wiem, nie mam pojęcia skąd. - Prychnął z lekkim śmiechem. Co prawda Victoria nie była taka sztywna jak jej matka chociażby, ale mimo paru zagrań nadal wpasowywała się w model grzecznej córeczki. Która tylko czasem dawała się pokusić do złego. - No. Nie jest. Bo jest w niej dużo miękkich rzeczy. - Obnażył kły w uśmiechu.
Heh... może zawsze uważała, może nie. Nie osądzał ją o bycie osobą lekkomyślną, ale... właśnie, to magiczne "ale". Ale wiedział o tym, o czym ona nie miała pojęcia. Zamiast potwierdzać, że wie, czy odpowiadać, zmierzwił jej fryzurę, jej włosy. Zgadzał się z tym, że to było miłe. Przesadna opiekuńczość potrafiła być denerwująca, wielu ludzi płakało na nią, narzekało, marudziło. Przynajmniej była. Przynajmniej ktoś się o ciebie troszczył, chciał zadbać o twoje bezpieczeństwo. Tak to bywa, że człowiek zazwyczaj docenia najbardziej to, co stracił. Dopiero wtedy dociera do niego, że to nie był pewnik tego świata.
Potrząsnął ręką i wysunął zegarek z rękawa, kierując tarczę ku Victorii, żeby mogła ją odczytać, kiedy sam na nią spojrzał.
- Lecę, Maleńka. Miłej pracy. - Zsunął się ze stołu. Zacisnął na moment palce na jej palcach, którymi trzymała go. Na kilka sekund. Nim wyślizgnął dłoń z jej ujęcia i poszedł w swoją stronę. Tam, gdzie powinien być tej nocy.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
some women are built from it
To, że ktoś lubił się uczyć, że nie zbierał w szkole szlabanów do kolekcji i że był prefektem i to do tego naczelnym – nie znaczyło wcale, że ma kija w tyłu. To, że miała teraz na sobie mundur, ba, że właśnie nosiła spodnie, nie znaczyło tego również. Victoria, kiedy chciała i kiedy była w sprzyjającym temu towarzystwie, potrafiła się rozluźnić. I wcale nie słuchała sztywno każdego regulaminu, próbując go wypełnić od „a” do „z”. Nie. Prawdę mówiąc… wiele w niej było przyzwoleń i przymrużeń oczu. Ale może roztaczała taką aurę ze względu na tę urodziwą, choć z rzadka uśmiechającą się buźkę? Bo zwykle była skupiona, zwykle coś analizowała, zastanawiała się nad czymś, przekładała w głowie z jednej półki na drugą: w ten sposób się uczyła. Bo uczyć się uwielbiała.
- Wiesz o tym najlepiej – jaka była na początku tej znajomości. I jaki był on. Nie było w tym ani grama słodyczy, była tylko złość. Kwas toczący żyły. Poprawiło się… później. Potem poszło już gładko. - To dlatego, że są różowe – no dobrze, jedna była. Mięciutka różowa poduszka, którą wyczarowała dla Sauriela dla żartu.
Gdyby wiedziała, co za niedługo ma się tutaj dziać, to i jemu, mimo wszystko, kazałaby uważać. Przecież dopiero co się zaręczyli… Nie chciała też stracić i jego. Choć tak pomiędzy prawdą a Matką Naturą, to ona miała dużo większą szansę na pożegnanie się z życiem, tak teraz jak i w ogóle. Wampir… Człowiek zamieniony w wampira już raz umarł. Drugi raz nie było wcale tak łatwo się pożegnać z życiem. Zmarszczyła się jednak, kiedy potargał jej włosy.
- Hej! – powiedziała do niego głośniej, z lekką tylko irytacją. - Ooo ja ci dam – żachnęła się, ale w tym momencie wysunął do niej zegarek, na co Victoria kiwnęła głową i wolną ręką naciągnęła mu na niego z powrotem rękaw. Nie zdążyła nic powiedzieć, bo Sauriel stwierdził wtedy, że na niego czas i zsunął się… i tak zamarli na moment. I kiedy mężczyzna chciał się wyślizgnąć, Viki złapała go mocniej na kilka krótkich chwil dłużej. Bo wspięła się na palce, by złożyć mu na policzku bardzo krótki i delikatny pocałunek. - Dziękuję – puściła go, uśmiechnęła i zaraz odwróciła się na pięcie, by pójść w swoją stronę. Tam, gdzie miała spotkać się z Mavelle. I tak idąc poprawiła sobie te zmierzwione włosy, ale tylko odrobinkę.
Poczuł ulgę. Spełnił swoje zadanie. Mimo, że nie był najszybszym mężczyzną, któremu udało się wdrapać na pal, to mimo wszystko zrobił to. Stanley był zaskoczony tym, że udało mu się tego dokonać. Może powinien jednak bardziej wierzyć w swoje umiejętności?
Spojrzał na swoje pokaleczone dłonie. Było warto Podszedł do drzewa, aby zgarnąć swój płaszcz, który następnie przewiesił sobie przez lewe ramię. Nie miał zamiaru dalej nadwyrężać dobrej woli dziewczyn. Uznał, że lepiej będzie się oddalić w swoją stronę. Nie zamierzał jednak się nie pożegnać, bo tak przecież nie wypadało.
Odwrócił się w kierunku Jackie, Danielle i Samuela aby się kurtuazyjnie ukłonić w ich kierunku. Zadanie wykonane Według zapowiedzi rudowłosej, jego wszystkie winy zostały właśnie odkupione, a on sam uniewinniony.
Uśmiechnął się do nich jeszcze, a następnie przyłożył prawą dłoń do swojej skroni aby do nich zasalutować na odchodne. Może uda im się kiedyś spotkać w bardziej sprzyjających warunkach, gdzie żadne z nich nie startuje z przegranej pozycji?
Ruszył przed siebie w przeciwnym kierunku do całej trójki. Stanley miał jeszcze dzisiaj trochę spraw do załatwienia, a noc zbliżała się w nieubłaganym tempie.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
– to have someone see you.
Niewątpliwie z całym wstydem pomagał mu fakt, że Brenna przyjęła wszystko tak lekko. Pozwalał zapomnieć, albo przynajmniej udawać, że dla niego również sytuacja skończyła się w tym samym momencie, w której przestała być problemem. Pozwoliła sobie nawet na chwilę żartów, na co uśmiechnął się zaczepnie i wyciągnął do niej dłoń.
- Najlepsze co mogę w tym momencie to zaprosić cię do tańca. Co powiesz na jeden? Tak na otarcie łez. - mrugnął do niej. Trochę żartował, a trochę mówił poważnie. Wygłupy przy ognisku jeszcze nikomu chyba nie zaszkodziły, a na pewno nie tylko jeden taniec. Przez moment faktycznie wahał się, czy nie wrócić na stoisko z herbatkami i nie urządzić awantury, znaczy zapobiegawczo ich nie wylegitymować, ale ostatecznie odpuścił sobie.
Użytkownicy przeglądający ten wątek: