• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele

[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#311
16.07.2024, 22:10  ✶  

Poruszył ustami, płucami, ale odetchnieciem tego nazwać nie można było. Dla niego było ledwo odruchem, który miał przynieść ulgę. To, co powinno wypuścić nadmiar powietrza, poluzować mięśnie - nic takiego nie miało miejsca. Wszystko stało w tym swoim martwym zastoju. Każdy kawałek jego jebanego ciała. Super, tak przecież miało być. Trup prowadził Zimną pod rękę i przynajmniej temperatura była między nimi taka sama - zero różnic. Bawić mogło co najwyżej, że Richard ostatnio zastanawiał się, co to za przypadłość dręczy Victorię, a nie pomyślał, że może być po prostu wampirzą towarzyszką. No - może nawet w oczach society byliby parą idealną! Z pewnością - szczególnie, że Zimnym groziła śmierć, a on był nieśmiertelny. Doprawdy - tragiczna historia, a te zawsze sprzedawały się najlepiej.

Sauriel obejrzał się na blondaska, którego kojarzył - dziecię Malfoyów - jeden z tych pedałów, którym by zajebał dla pieniędzy, ale lepiej tego nie robić, bo życie na dobrym torze z tą szaloną rodzinką było jak dobre życie z Changami czy Mulciberami. Jasne, w końcu komuś wyjebać musisz, ale dopóki pieniądze się zgadzają to może nie bez potrzeby? Tu i teraz tylko skinął przystojniakowi głową i obejrzał się na jego tyłek. Czy babeczki na takich lecą? Cóż, Sauriel nigdy nie miał problemów z biciem kobiet, ale raczej bił je z konieczności. Tak samo jak takich chłopaczków. To chyba jakaś forma litości. Albo słabości - jak do blondynek.

- Czy jest tutaj ktoś z tych wielkich, nadętych, pizdowatych rodzin, których Black nie zaprosił na ślub mojej kuzynki? - Nie pytał jej konkretnie, to jest - nie poszukiwał u niej tej wiedzy objawionej, która nie mogła zostać wyciągnięta z rękawa, ale ta myśl przeszła mu przez głowę, kiedy weszli na salę balową i spojrzał po gościach raz jeszcze. Jedni mniej znani, inni bardziej. Mulciber, Dolohov... Niektórych imion i nazwisk wcale nie chciał pamiętać, inne powinien pamiętać, ale zapomniał, a jeszcze innych zapamiętanie nie kojarzyło się nawet tak negatywnie. Każdy człowiek to skurwysyn, tylko nie każdy to wystarczająco intensywnie okazywał. Bo nie istniały ideały. Bo każdy czegoś pragnął, każdy miał swoją cenę, a godność i honor? Zabijała już lepszych.

Chciałby powiedzieć, że coś z niego zeszło. Że trochę z niego zeszło. To paskudnie obezwładniające uczucie, które kojarzyło się ze słabością. Smutek. Żal. Tęsknota. Nie, nawet nie jedno uczucie - cały ich wachlarzyk. Nie były potrzebne i na pewno nie były chciane ani mile widziane. Co jednak było mile widziane to ta słodka wdzięczność. Ten mały promień światła - też obezwładniał, ale w zupełnie inny sposób. Lepszy, dobry. Bo to przecież musiało być dobre. Poprowadził z powrotem Victorię na parkiet, żeby z nią jeszcze zatańczyć. Parę ostatnich tańców przed powrotem do domu.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#312
17.07.2024, 22:05  ✶  

Z Laurencem i Anthonym przy stoliku

Determinacja cię poprowadzi.

Dziwna wróżba. Taka... Nijaka. Można było ją dopasować do absolutnie wszystkiego, do każdej jednej rzeczy w swoim życiu. Niepowodzeń, powodzeń, do rozważań, do upadków. Ale czyż nie na tym polegały wróżby? Camille uśmiechnęła się lekko, zgniatając kartkę.
- Czekolada... Powinieneś rekompensować ją czymś słodszym - mruknęła, marszcząc brwi. Czy kiedykolwiek widziała Laurenca, gdy jadł cokolwiek z czekoladą lub pił kakao? Chyba nie. Ale z drugiej strony czy mieli kiedykolwiek okazję wśród tych ulotnych spotkań na chwilę zwolnić i usiąść jak dorośli, cywilizowani ludzie i napić się kakao z piankami?

Delacour dość szybko odsunęła od siebie tort. Nie zjadła nawet połowy - być może był za słodki, a być może blondynka padła ofiarą schematów, reżimu narzucanego kobietom przez rodzinę? Była szczupła, wyglądała młodo, prezentowała się nienagannie. Nawet w chwili, w której rozrywała ciastko z wróżbą, widać było grację w jej ruchach, chociaż przecież jedyne co robiła, to kruszyła ciasto. Czy była to umiejętność nabyta, czy wrodzona? Sądząc po plotkach, które krążyły o rodzinie Delacour, to... Wszystko mogło być prawdą i kłamstwem zarazem.
- Wróżby tego typu są zwykle tak konstruowane, by odpowiadały każdemu - odpowiedziała, płynnie przechodząc na język francuski. Nie pokazała swojej karteczki, lecz nie czuła też, żeby trzeba było to robić. Każdego determinacja prowadziła, bo determinacja była motorem napędowym do życia. - Panna Switchtone jest jedną z dyplomatek czystej krwi spoza granic kraju, zgadza się?
Zapytała Anthony'ego, jednocześnie starając się rozwiać wątpliwości Laurenca. I chociaż doskonale wiedziała, że pytanie nie było skierowane do niej, to przecież nie mogła nie podzielić się faktem, że mimo iż większość czasu spędzała w Mungu, to potrafiła szybko wskoczyć w zawiłości polityczne socjety.
- Wróżbici są zwykle bardziej... Rzetelni w swoich wizjach - zauważyła grzecznie, chociaż nie dało się ukryć, że była kobietą nauki. Nie współpracowała z wróżbitami, lecz wydawało jej się, że wizje przyszłości są zamglone do tego stopnia, że je również można było włożyć między ciastka.
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#313
18.07.2024, 07:21  ✶  
Zawsze była niereformowalna. Nie chodziło tylko o to, co robił z nią Louvain, ale o wszystko czego się w życiu podejmowała. Jego kary były krótkotrwałe. Bolały, ale nie przebijały się przez jakąś dziwną barierę, która znajdowała się gdzieś pod skórą i uodparniając na wszystko, co stałoby w opozycji do jej własnych zachcianek. Może właśnie dlatego ją samą dziwiło to, jak Louvain zdawał się niezmiennie wierzyć w to, że cokolwiek się zmieni. Potrafiła być cudowną ofiarą, owszem, ale zawsze czegoś w tym wszystkim brakowało. Zawsze nie oddawała mu się do końca i zawsze, nawet jeśli ledwo zauważalnie, sprzeciwiała mu się w jakiś sposób.

Patrzyła na niego, kiedy zatrzymali się przy parkiecie, czekając aż grająca piosenka wybrzmi. Tak samo, delikatnie zwracała ku niemu głowę, kiedy postanowił się podzielić jakimiś swoimi żalami, chociaż jego słowa w tym momencie niewiele jej w ogóle mówiły. Wreszcie też, podała mu rękę kiedy melodia ucichła, pozwalając nowym parom wkroczyć na parkiet, gdzie sami zajęli miejsce.

Uniosła delikatnie brwi, kiedy wspomniał o ich umowie, jasno sugerując mu, że niezbyt wiedziała co w tym momencie miał na myśli, a niestety, jasnowidzem to ona akurat nie była. Ale kiedy tylko przeszedł do sedna, jej twarzy wykrzywił brzydki wyraz niezadowolenia.
- A jakie to ma znaczenie? Wzięli ślub w jakimś cygańskim wozie na końcu świata. Nie sądziłam że takie niewiążące umowy kogokolwiek obchodzą. Że ciebie będą jakkolwiek te bzdury interesować - była niezadowolona, ale nie dlatego że miał do niej pretensje, a dlatego że w ogóle wywlekał na wierzch ten temat. Loretta w te bzdury na pewno nie wierzyła, więc według McKinnon to jednocześnie był i nie był problem. Bolał ją ten ślub i był jej solą w oku bo to jej się należał. Nie dbała o niego, bo przynajmniej jedna osoba która tamtej nocy zawarła ten związek, najpewniej go nie uznawała. W oczach wszystkich innych to był dziwny, osobliwy wybryk znudzonej panny z socjety. Godny pogardy, ale z drugiej strony mowa tu była przecież o pannie Lestrange - nieformalny ślub był najmniejszą z jej wad.


she was a gentle
sort of horror
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#314
18.07.2024, 20:57  ✶  
Sala balowa

Podobno dobrze razem wyglądali, podobno pasowali do siebie – a na pewno wizualnie: czarnowłosy, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna i prawie czarnowłosa kobieta o brązowych oczach. On niedbały w swym stylu, lecz ta niedbałość wyglądała na efekt całkowicie zamierzony (i jakże mu pasujący) i ona – o nienagannej fryzurze, delikatnym makijażu, dopasowanej do bardzo kobiecej figury sukni spod igły projektanta mody. A jednak nie było w tym obrazku zgrzytu. Tak jak nie było go tam, gdzie idąc pod rękę, bo wszak Victoria przyjęła ramię Sauriela, nie było żadnych wzdrygnięć czy czegoś takiego. Trup i jego trupio zimna, była narzeczona. Było temu zaskakująco blisko do wampirzej towarzyszki i jednocześnie tak odległe… Sauriel może i wielu rzeczy na głos nie mówił, mimo tego, jak bardzo Victoria chciała, by podzielił się z nią swoimi myślami, ale obserwowała go długo i zapisywała swoje wnioski. Wiedziała, jak bardzo doskwiera mu, że nie może w ciągu dnia tak po prostu wyjść na słońce. Mógł to zrobić, a i owszem, ale ile się musiał przy tym nagimnastykować… no i nie mógł poczuć dotknięcia promieni słońca na skórze, bo zaraz zacząłby płonąć. Wiedziała też jednak, że po prostu brakuje mu tych ludzkich rzeczy – zimny dotyk, serce nie było, nie oddychał… miał płuca, musiał mieć, bo inaczej nie byłby w stanie mówić, musiał więc móc ich używać, nawet jeśli nie w pierwotnym przeznaczeniu, ale i tak… nie mógł się zarumienić i tak dalej. Chciałaby mu to zwrócić, gdyby tylko chciał to przyjąć. Wampira dało się przywrócić do życia, wiedziała nawet za pomocą czego – tylko nie miała tego w garści. Ale szukała – na razie informacji; póki nie musiała się o to konfrontować z matką, to wolała wybrać inną drogę. Nie zrobiłaby tego Saurielowi wbrew jego woli, ale chciała mu dać opcję, coś więcej nawet niż „poradzimy sobie” – a realną, namacalną opcję. Bo mógł tego nie mówić na głos, może nawet nie przyznawał tego przed samym sobą, jak wiele innych rzeczy, ale wiedziała, że bycie wampirem go unieszczęśliwiło. I nie było się czemu dziwić – to nie był jego wybór, a własna rodzina go na to skazała, to nie powinno się nigdy, przenigdy wydarzyć.

– Nie wiem. Nie mam pojęcia kogo zaprosił, a kogo nie – bo skąd miała wiedzieć? Nie widziała przecież żadnej listy. Ale sądząc po przekroju gości – chyba zaprosił każdego kogo tylko się da. – Zresztą tak po prawdzie mało mnie to obchodzi – głównie dlatego, że jej uwaga skupiona była na czymś innym. Na kimś innym – kimś, kto właśnie prowadził ją znowu na parkiet. To wyjście na zewnątrz było chyba dobrym pomysłem. Co prawda nie sądziła, że to wypalenie papierosa magicznie wyciągnęło alkohol z ciała Sauriela, ale ta chwila przewietrzenia się ewidentnie dobrze mu zrobiła, bo wydawał się być odrobinę bardziej trzeźwy. – Dzisiaj chcę się po prostu trochę pobawić. Zapomnieć o świecie – jutro trzeba będzie wrócić do rzeczywistości (a Victoria bardzo sobie gratulowała pomysłu, by jednak przesunąć zmianę na popołudnie, a nie na rano – zdąży więc odpocząć nawet jeśli wróci wraz z pierwszym promieniem słońca), ale dzisiaj… Dzisiaj była tutaj, u boku kogoś, kto znaczył dla niej naprawdę wiele, nawet jeśli ona dla niego nie. I bardzo chciała, by ten następny taniec wyszedł już dobrze, by i on się dobrze z nią bawił. I następny też. Nie śmiała prosić o więcej, ale może nawet nie było o co prosić?

Uśmiechnęła się do Sauriela, gdy znowu znaleźli się na parkiecie, a ona delikatnie złapała go za dłonie, pozwalając, by tym razem całkowicie prowadził do dowolnego rytmu. To był już taki moment wesela, że raczej mało kto krzywo by patrzył niezależnie od tego jak by tańczyli i do czego, a obecna piosenka była zdecydowanie bardziej skoczna.

Cień Prokrusta
the stronger becomes
master of the weaker
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, blond włosy i niebieskie oczy. Ubrany elegancko, od linijki, głównie w beże, brązy i błękity. Pachnie subtelnymi, cytrusowymi perfumami. Rzadko pokazuje emocje, mówi szybkim, oschłym monotonem. Porusza się spokojnie, dumnie i sztywno.

Desmond Malfoy
#315
19.07.2024, 00:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.07.2024, 00:28 przez Desmond Malfoy.)  
Stoi w sali bankietowej z Jagodą i Oleandrem.

Gdy starszy kuzyn zaczął opowiadać o karierze artysty, odwrócił wzrok wgłąb sali, nie przyglądając się niczemu konkretnemu. Wiedział doskonale, co kryło się między wersami i jedynym, o czym był teraz w stanie myśleć, były słowa Ojca, których wypowiedź Elliotta była niemalże echem. "Wszyscy jesteśmy inni" - nie zamierzał tego komentować, trwał tylko w niemym podziwie tego, jak szybko, subtelnie i dokumentnie jego krewni sprowadzili obcą przybłędę do parteru. Świadomość tego, że tak wyglądałoby jego życie, gdyby nie urodził się z blond włosami, budziła w nim natarczywy niepokój.

Gdy nie udało mu się odczarować Jagody, uśmiechnął się niezręcznie do Elliotta i swoją porażkę zapił ciężkim łykiem ginu.
– Nie przypuszczał. Bym. Że Perseus pokusiłby się żartować na podobnym. Poziomie – mechanicznie wyraził swoje nieistniejące zaskoczenie i pogardę, na której skupił się, aby oderwać myśli od własnego wstydu.
Nie był jednak w stanie puścić mimo uszu tego, że kuzyn zwrócił uwagę na to, jak komfortowo Desmond miał czuć się w rozmowie z Jagodą. Odebrał to jako kąśliwy sarkazm, bo od kiedy do nich dołączył nie odezwał się do niej ani słowem. Dziwnie zamaszystym ruchem otarł pot z czoła i skrzywił się, kiedy poczuł sól na wierzchu swojej dłoni.
– Wzajemnie – odparł cicho i skinął mu lekko głową na pożegnanie.

Mętne od alkoholu spojrzenie prędko zwrócił ku egzotycznej, barbarzyńskiej cudzoziemce, która odzyskiwała właśnie równowagę po powrocie do swojej ludzkiej formy. Nie widać było na jego twarzy żadnych emocji poza cieniem obrzydzenia, źródła którego nie mogła odgadnąć. Milczał dłuższą chwilę, zastygłszy w całkowitym, nienaturalnym bezruchu. Później uśmiechnął się uprzejmie i pochylił się w jej kierunku niemal konspiracyjnie.
– Mam nadzieję. Że. Nie. Nie wzburzyło cię to wszystko – mówił cicho, z trudem. Pomimo sztywnej neutralności jego tonu dało się wyczuć w nim pewną skruchę, może nawet zażenowanie.

Nie był pewien, na ile kobieta zrozumiała, co się wokół niej działo, bo za każdym razem odpowiadała z nietypową szczerością i okazywała uczucia w sposób na tyle otwarty, że jej bezpośredniość wprawiała go w niepokój. Skoro zostali tu sami, we frustracji, w upojeniu, postanowił podążyć tą samą ścieżką.
– Cieszę się. Bardzo. Że jesteś tak dumna ze swojej pracy i że udało ci się wytrwać w swojej pasji artysta-rzemieślnik to nie jest. Często spotykany zawód w naszych kręgach – kontynuował, z każdym słowem czując narastającą irytację. – Chociaż. Moja kuzynka. Lorraine. Wybrała. Coś jeszcze bardziej niecodziennego pracuje w zakładzie pogrzebowym.
Bez cienia uśmiechu opróżnił szklankę, spychając stres na peryferia świadomości. Nie powinien w ten sposób mówić o swojej rodzinie, ale jakże wielką satysfakcję sprawiło mu to, że odważył się dać ujście swojej złości na tyle dosadnie.

Kątem oka wyłapał czarno-szare loki, fałdy jasnoróżowego materiału, błysk licznej biżuterii. Nawet w szumie sylwetek dziesiątek gości i w chaosie tysięcy mieszających się ze sobą bodźców nie był w stanie nie zauważyć tego,  który za cel swojej egzystencji obrał przyćmienie sobą nawet słońca. Przyglądał się Oleandrowi odrętwieniu, gdy ten zbliżał się do nich i gdy witał się z nimi z tą arogancką, dobrze znajomą mu manierą. Potrzebował chwili, żeby przeanalizować ekstrawagancję i bezwstydność jego krzykliwego stroju. Kiedyś mógł gdybać, że w tej jego teatralności i awersji do tradycji krył się zalążek degeneracji, ale teraz wiedział, że ona zwyczajnie płynęła w jego żyłach. Od zawsze. Albo tylko od lat - wciąż zastanawiał się, czy to wszystko nie było jego winą.

Z wargami zaciśniętymi, wpatrywał się w jego oczy. Przyglądał się temu, jak gasną w nich ostatnie iskry beztroskiego oranżu i jak do reszty płowieją cienie pogodnej zieleni, aby ustąpić miejsca otchłani brązu, która przypomnieć mu miała o tęsknocie i o bólu, zwabić go nimi w swoje szczęki i pochłonąć. Oleander chciał go pożreć, a on naiwny był i głupi, patrzył w ślepia bestii zahipnotyzowany, jak mysz w ślepia kota.

Miał nadzieję, że jego alkoholowe rumieńce ukryją wstyd, który właśnie ściskał mu żołądek. Żałował, że nie miał już więcej ginu, który pomógłby mu go przełknąć. Nagle znacznie dotkliwiej poczuł swoje upojenie, wszystkie jego ruchy były przecież takie ciężkie i niezgrabne, nie był w stanie dostatecznie panować nad mięśniami swojej twarzy, nad barwą swojego głosu. Tracił kontrolę, zaczynał czuć się jak we śnie. Jak w tamtym śnie.

Brzydził się sobą.

Uśmiechnął się tak, jakby walczył z bólem. Już wiedział, jak może zranić Oleandra tak, aby samemu nie odnieść żadnych szkód. Nie mógł posunąć się zbyt daleko, wszakże chłopak po wszystkim wciąż musiał ufać mu na tyle, żeby spotkać się z nim sam na sam i żeby przyjąć od niego opium. Czuł na sobie paskudny ciężar planu, z naturą którego zmagał się już od tygodni. Mimo wszystko, kryła się w tym wszystkim pewna... ekscytacja.
– Oleander. Przyjemna. Już nie mogę się doczekać żeby zobaczyć co ty zaplanujesz na swoje wesele – To wszystko było takie sztuczne i sztywne, idiotyczne przedstawienie przed cudzoziemką.

– My się dobrze bawiliśmy co prawda. Rozmawialiśmy z jagodą brodzki o jej sztuce. Ona pochodzi z jugosławii więc na pewno w jej dziełach da się znaleźć wiele ciekawych wpływów kulturowych – mówił sucho, wymieniając znaczące (acz martwe) spojrzenie z kobietą. – Swoją drogą chętnie skorzystam z twojego zaproszenia. Świetnie dziś wyglądasz czy włączyłaś może do swojej kreacji jakieś swoje wyroby.
W międzyczasie jego prawa ręka objęła kibić Oleandra, palcami wczepił się w materiał jego dziwacznej marynarki. Jakże żałował, że nie był teraz trzeźwy.
corbeau noir
— light is easy to love —
show me your darkness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Gdyby Śmierć przybrała ludzką postać, wyglądałaby jak Perseus; wysoki i szczupły, o kredowym licu oraz zapadniętych policzkach. Pojedyncze hebanowe kosmyki opadają na czoło mężczyzny; oczy zaś, czarne jak węgiel z jadeitowymi przebłyskami, przyglądają się swym rozmówcom z niepokojącą natarczywością. Utyka na prawą nogę, w związku z czym jego stały atrybut stanowi mahoniowa laska z głową kruka.

Perseus Black
#316
19.07.2024, 11:41  ✶  
Gdzieś na środku jadalni, blisko stołu młodej pary, a potem hol

Nieco za słodki.

Przez jego twarz przetoczył się grymas rozbawienia. Czyż nie wybierali smaku tortu wspólnie przed kilkoma tygodniami? W zacisznym zapleczu klubokawiarni panny Figg, ze złotem zachodzącego słońca wlewającego się przez okno do środka? Doskonale pamiętał ten moment, bo w tamtym świetle jej oczy błyszczały jak dwa bursztyny, a długie rzęsy kładły cień na jej policzki. Zaraz jednak przywołał się do porządku w myślach - przecież było tak wiele czynników, które mogły wpłynąć na to, że tort mógł się jej wydać za słodki. A najważniejszy z nich...

— To tobie jest za słodko, czy może... — umilkł na moment, objął ją w talii, a potem przyciągnął do siebie i złożył pocałunek na jej krwistoczerwonych wargach. Wolna ręka w tym czasie powędrowała na jej brzuch, pogładziła go czule i jednocześnie dyskretnie; mieli przecież ogłosić nowinę w swoim czasie — ...to za dużo słodyczy dla czarnej duszy małego Blacka?

Mały Black. Albo mała - dwie jasnowidzki spokrewnione z matką Perseusa kłóciły się, czy jego pierwszym dzieckiem będzie syn, czy córka. Dla niego nie miało to żadnego znaczenia - wiedział już, że będzie szczęśliwy bez względu na płeć dziecka.

Idyllę przerwało pojawienie się Rodolphusa Lestrange'a i twarz pana młodego - mimo, że bardzo starał się panować nad swoją mimiką - zachmurzyła się, kiedy dostrzegł irytację tlącą się w jego oczach. Och nie, to nie wróżyło niczego dobrego. Przełknął nerwowo ślinę i przycisnął Vesperę mocniej do siebie, jakby chciał ją ochronić, ale... przed czym właściwie? Przed niekomfortową sytuacją? Będzie lepiej, jeśli jej tego oszczędzi...

— Oczywiście — zwrócił się do Rodolphusa z przyjaznym uśmiechem. Zaraz jego spojrzenie spoczęło na sylwetce żony — Mon cheri, przepraszam na moment.

I wyprowadził Lestrenge'a do holu, w którym, choć było wielu czarodziejów, to tłoczyli się przy ksiedze gości, daleko od ich rozmowy. Kury nie zauważył, za bardzo pochłonięty innymi wydarzeniami, zatem założył, że przyszedł z innymi pretensjami.

— Jeśli chodzi o drinki, to najmocniej przepraszam, ale nie miałem pojęcia o tym, że ktoś doprawia je w taki sposób — co implikowało, że jednak miały być jakoś doprawione, ale mniej... szkodliwymi eliksirami — Zająłem się już wszystkim.



[Obrazek: 2eLtgy5.png]
if i can't find peace, give me a bitter glory



viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#317
19.07.2024, 20:47  ✶  
Znikam pośród innych weselników.

A mogłem zabrać z nami Brennę, pomyślał rozgorączkowany Longbottom, dalej krążąc wokół jednego ze stolików nieopodal baru. Jakby na to nie patrzeć był teraz w bardzo nieciekawej sytuacji. Jego siostra została w domu, bo oczywiście, że odmówiła udziału w tej imprezie. Geraldine przepadła, zapewne porwana przez przystojnego łowczego Blacków, który chciał pokazać jej swoją kuszę, a Erika...

Pozostawiono na pastwę losu, żeby sam sobie radził z potencjalnymi przeciwnościami losu. Przecież to było kompletnie nieodpowiedzialne! A co gdyby zagadał go jakiś Rookwood albo Black? Erik wzdrygnął się na samą myśl, że mógłby go zagadać jakiś starszy czarodziej, który od paru dobrych dekad pozostawał skłócony z jego dziadkiem, a zarazem nestorem rodziny. Naprawdę nie chciał tutaj zaczynać własnej burdy.

Westchnął przeciągle, zerkając tęsknie w kierunku baru. Gdyby nie to, że dwa razy w ciągu kilku minut widział jak dwie różne osoby zmieniają się w kapibary, to może nawet zaryzykowałby wypicie paru drinków, jednak... Nie chciał ryzykować. Nie bez asysty ze strony Geraldine.

— Wszystko muszę robić sam — mruknął z niezadowoleniem i odstawił nienapoczęty kielich na stolik, po czym zaczął przesuwać się wraz z ruchem tłumu ku jednemu z bocznych pomieszczeń.

Skoro panna Yaxley miała ciekawsze rzeczy do roboty, to musiał znaleźć ją pierwszy. Przecież nie będzie stał tam do rana, jak słup soli! Prędzej później ktoś by go zauważył, a Erik nie był pewny, czy miał tego dnia siłę na to, aby dostosowywać się do norm czystokrwistej socjety... Już i tak miał za sobą parę ciężkich i męczących dni. Znaleźć Geraldine, znaleźć Geraldine, powtarzał sobie niczym mantrę, przesuwając wzrokiem po twarzach mijających go gości. Ciekawe, ile mu zajmie znalezienie tej przeklętej kobiety?

Erik Longbottom
Postać opuszcza sesję


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#318
20.07.2024, 22:16  ✶  
Parkiet z Ambrosią

Tak pięknie i dumnie znosiła wszystkie jego parszywe oblicza, że zasługiwało to na specjalnie wyróżnienie. Choć z początku irytowało go niesamowicie, pragnął ją złamać, za wszystkie bezeceństwa jakich się dopuściła w jego kierunku, a ona nie dawał mu tej satysfakcji. Wynikająca z tego frustracja nakręcała go jeszcze bardziej i przez pewien czas pragnął wyłącznie tego, by zmusić ją do bezwarunkowej kapitulacji. Żeby Rosie ukorzyła się w swoim marnym stanie i przyjęła jego dominację za aksjomat.

Chwilę mu zajęło by zrozumieć, że tak po prostu się nie da i to nie wynik tego, że jego metody są nieodpowiednie. Bo prostu już od dłuższego czasu była na egzystencjalnym dnie, tak nisko że nawet Louvain nie potrafił tego dostrzec. Prawdziwy ból jaki chciał jej zadać, już dawno przyswoiła. I to od osoby w której pokładała najwięcej uczuć. Dopiero kiedy dostrzegł ten mechanizm dotarło do niego, że nie może złamać kogoś, kto już istnieje wyłącznie w drobnych elementach. Niczym układanie rozbitego witrażu, prędzej mógłby się skaleczyć, niż z nią wygrać.

A Kościana Księżniczka trafiła mu się zupełnym przypadkiem. Gdyby nie zaprosiła go wtedy do stolika, nie zaproponowała rozdania kart, kojarzyłby ją wyłącznie ze ślicznej buźki i posiadania najzgrabniejszego tyłka w Spectrum. Dopiero potem zorientował się, że jest ona faktycznym elementem tej spierdolonej układanki ćpuniska z kurwiskiem. Od tamtej pory zabawa Ambrosią nabrała dodatkowych atrakcji. Krzywdząc ją, krzywdził też swojego wroga, więcej zabawy w tej samej cenie.

Przeciągnął spojrzeniem po jej ustach, marszcząc brwi. To co powiedziała było nieco niedorzeczne, ale z drugiej strony uspokoiło go trochę. Nieformalność tej fasady, mianem ślubu, sporo ułatwiała. Niemniej jednak, to nie zmieniało faktu, że nie podzieliła się z nim tym przed tym jak, Mulciber obrzygał tym faktem jego starszą z sióstr. - I nie przyszło Ci do głowy, że warto mi o tym powiedzieć? Mógłbym coś z tym zrobić, skonfrontować to z nią, albo z kimś z rodziny... - odsyczał poirytowany jej błahym podejściem do sprawy. W rzeczywistości nie było to nic specjalnego, ale dla Loretty faktycznie mogło coś znaczyć. Była artystką napędzaną fantazjami i bodźcami zewnętrznymi. Dla zblazowanej panny jaką zdarzało się jej czasem być, scena z cygańskim ślubem z całą swoją ezoteryczną otoczką folkloru, była przynajmniej inspirująca. Od razu to zrozumiał. Tym samym poczuł jak dystans między nim, a bliźniaczką zaczyna rosnąć. Nie powiedziała mu o tym, a przecież mówili sobie niemalże o wszystkim. Zdenerwowany przymknął na moment oczy i ścisnął szeroko wargi. - Interesuje mnie wszystko co może rozwiązać te beznadziejną sytuację. - burknął mocno akcentując końcówkę zdania. Same problemy i znikąd pomocy.

Powoli nużył go już ten taniec, zdecydowanie wolał teraz doprowadzić ją do łez. Nie po to, żeby się odegrać, tylko żeby zredukować napięcie. Nic tak nie leczy zdeprawowanej duszy jak cudze łzy. Dwa kroki, przejście i obrót, cały czas trzymając swoją taneczną partnerkę w dyskomfortowym uścisku. Krótkim spojrzeniem dostrzegł inną, bardzo dobrze znajomą mu sylwetkę, wspomnieniami przywodząca chłodne miesiące, kiedy jego świat był prostszy i przyjemniejszy. Wibracje Trelawney, tych które zapisały się w jego pamięci grubą czcionką, wyczułby nawet przez ołowiowe ściany. Dostrzegł Millie, a tym samym z kim tańczyła. Powinien coś poczuć, ale myślał i widział zbyt tunelowo w obecnej formie. Uśmiechnął się szyderczo, ciesząc się z tego co zaraz nastąpi. Najpierw jednak znowu przymknął oczy i skupił się w sobie, sięgając głęboko w swój umysł, starając się zamienić go w prawdziwą twierdze. Ta telenowela ciągnęła się zbyt długo, żeby nie wiedzieć jakimi sztuczkami dysponuje lowar, więc adekwatnym była oklumancka defensywa swoich myśli i umysłu.

Niezależnie od efektu swojej obrony i tak zamierzał zrobić to co właściwie przed momentem wpadło mu do głowy. Bez zapytania, bez ostrzeżenia i bez skrupułów, przyciągnął Rosie jeszcze bliżej siebie, tak by ich twarze stykały się wręcz o siebie. Wypuścił Pannę Łezkę z tanecznej pozy, leczy tylko po to by jedną z dłoni chwycić ją za podbródek, a drugą za tył głowy, wplatając się palcami w jej włosy. Wcisnął swoje usta w jej usta, gwałtownie i nachalnie. Ewidentnie na pokaz, lecz nie tylko po to. Wbił się zębami w jej dolną wargę, przygryzając na tyle, by poczuć na języku i dziąsłach jej krew. Dopiero kiedy po podniebieniu rozlał się ten metaliczny posmak, odpuścił. Oderwał się tak szybko jak wbił się w nią przed chwilą. Nie była już mu potrzebna, więc nie nawet nie obdarzył Kościanej Księżniczki zwyrodniałym spojrzeniem. Zamiast tego odwrócił się w kierunku tego rybiego chuja, mając nadzieję że doskonale widział ten akt miłości napastniczej. Rozłożył ręce na boki w samczym geście, zapraszając do kolejnego tańca. Uśmiechał się szyderczo, prowokująco, a kilka kropel krwi już ściekała mu kącikiem ust, kapiąc po brodzie na parkiet. Był na swoim terenie, zdecydowanie pewny swojej pozycji, więc niech pchła dostanie pierwszy ruch.



rzut na rozpraszanie, obrona oklumencją przed wykazem intencji Alexandra
Rzut PO 1d100 - 74
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 41
Sukces!
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#319
20.07.2024, 22:50  ✶  
Rozmawiam z Lyssą. Potem tańczymy i opuszczamy wesele.

Ulysses ledwo dostrzegalnie skinął głową.
- Mogłabyś – zgodził się z Lyssą. Po głowie chodziło mu oczywiście dużo więcej myśli: O ile będziesz miała czas. O ile ja będę miał czas. O ile będziesz miała ochotę. Z jakiegoś powodu nie wypowiedział ich jednak na głos, całkiem pochłonięty dojadaniem tortu.
Odprowadził młodą kobietę wzrokiem, gdy odeszła na moment, by pożegnać się z ojcem. W międzyczasie oddał pusty talerzyk z widelczykiem kelnerowi. Kontrolnie zerknął w stronę Vespery i Perseusa, więcej uwagi skupiając na siostrze. Jakaś jego część naprawdę życzyła młodej parze dobrze. Może tym razem będzie lepiej? W końcu teraz wybrała Vespera, nie Chester Rookwood.
- Nie, oczywiście, że nie zdążyłem się rozmyślić – odpowiedział, gdy Lyssa do niego wróciła. Wziął ją za rękę i razem ruszyli w stronę parkietu by zatańczyć. – Moja siostra do tej pory nie miała szczęścia w miłości – rzucił enigmatycznie. Dwa nieudane małżeństwa. Obydwa zakończone śmiercią mężów. To pewnie mogło wzbudzać pewną nieufność wobec Vespery, ale dla Ulyssesa było jedynie smutnym podsumowaniem działań ich ojca i tego, że czasy zaczęły się zmieniać. Najpewniej nawet na tyle, że nieszczęśliwa w małżeństwie, ale zdeterminowana kobieta, mogła okazać się niebezpieczna. Potrząsnął głową. To przecież i tak nie miało teraz znaczenia. – Może tym razem będzie miała szczęśliwe zakończenie – zakończył temat.
Po wspólnym tańcu wyszedł z Lyssą z domu Blacków do ogrodu. A później, już oddzielnie, opuścili wesele.

Postacie opuszczają sesję
Ulysses Rookwood i Lyssa Mulciber
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#320
21.07.2024, 08:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.07.2024, 23:53 przez Lorraine Malfoy.)  
Sala balowa z Jonathanem, odpowiedź na ten post, kiedy odchodzę na bok dostrzegam Atreusa i Maeve i idę do nich


Nieobcy był Selwynowi słowny fechtunek: zgrabnie wybrnął z przyjacielskiej potyczki – równie zgrabnie, co stawiał kolejne kroki na parkiecie – obracali się w tańcu jak dwójka szermierzy, w udawanej walce na śmierć i życie, skrywając twarze i intencje za wymyślnymi maskami. Chowasz się za dwuznacznymi manieryzmami, wypominał jej oskarżycielsko Atreus, i miał rację – nie wątpiła nigdy, że walczy bronią obosieczną – ale Lorraine niejako nauczyła się odnajdywać spełnienie w tym tańcu pozorów. 

Nikt nie musiał znać prawdziwej Lorraine Malfoy – ważne, że ona wiedziała, kim jest. 

Uświadomiła to sobie patrząc na mieniącą się niczym pryzmat w promieniach słońca twarz Maeve – Maeve, którą kochała bez względu na to, jaką postać zdecydowała się przybrać danego dnia – Maeve, którą kochała bez konieczności definiowania: definiować znaczyłoby ograniczać, a ona czuła się wolna tylko u boku Maeve Chang. 

Nie po to człowiek ma wiele różnych oblicz, by wybierać tą ulubioną, bo przecież to tylko ich mieszanina tworzy go w całości. 

Choć żałowała, że nie ma u swojego boku ukochanej metamorfogini, cieszyła się, że ta nie widzi teraz jej twarzy.

– Ja to wiem – palce Lorraine przebiegły figlarnie po ramieniu Jonathana – pan to wie – jej oddech omiótł jego ucho – ale nikt inny nie musi wiedzieć. – Odsunęła się zaraz na stosowną odległość, tak samo  nieoczekiwanie, jak się do niego zbliżyła; tak, jak gdyby to, co przed chwilą powiedziała, w ogóle nie miało miejsca. Uśmiech wiły był nieprzenikniony. – Wizerunek półnagiego celebryty może być niesmaczną sensacją. Ale negliż emocjonalny – zawiesiła na chwilę głos – zakrawa już o obsceniczność, drogi panie Selwyn.

Nagle znów był sierpień – z jakiegoś powodu to zawsze jest sierpień, stwierdziła martwo, sunąc po parkiecie z senną gracją – sierpień, miesiąc żniw i bezlitośnie zarżniętych złudzeń, sierpień, kiedy wieczorami niebo spływa krwawą posoką dogorywającego lata, uśmiechnęła się nieprzytomnie. Nagle znów był sierpień, ale sierpień sześć lat temu, żar lał się z nieba, a dookoła rozbrzmiewało widmowe echo Wyspy Umarłych Rachmaninowa. Upiorne dźwięki fortepianu – to żałoba grała na strunach jej serca – ścigały Lorraine aż do biblioteki, gdzie na wpół omdlałą znalazł ją Anthony. Wtedy to z nim oddała się podobnym rozważaniom. Wtedy to jemu cytowała Szekspira. Wtedy to o jego ramię wspierała się, zafascynowana rozmową.

Wtedy wiele by dała, by móc przywdziać czerń, by zapomnieć się w żałobie po śmierci macochy: teraz mogła zapomnieć się w tańcu i głębokiej czerni męskich oczu. 

– Od Henryka podbijającego francuską ziemię wolę Henryka, który próbuje podbić francuskie serce Katarzyny de Valois. – Konspiracyjnie ściszyła głos, jak sufler podpowiadający aktorowi zapomnianą kwestię, choć oboje już dawno odbiegli od właściwego tekstu sztuki, oddając się flirciarskiej improwizacji. Nie, Jonathan ani trochę nie pomylił się w ocenie Lorraine. – Zwycięski król, uzbrojony jedynie w łamaną francuszczyznę, ostatnią – najważniejszą – z bitew musi stoczyć sam: nawet majestat władcy musi się ukorzyć pod słodkim jarzmem miłości.

Jest wspaniale, stwierdziła, przymykając w rozmarzeniu oczy, kiedy Jonathan obrócił nią gwałtownie, narzucając tańcu szybsze tempo. Tango – nie taniec, tylko nieprzyzwoita krotochwila wywodzącą się z domów uciechy – niegdyś zakazane na salonach, uznane za niegodne eleganckich elit: zbyt frywolne, zbyt intymne, zbyt zmysłowe. Lorraine odchyliła sensualnie szyję, odrzucając do tyłu swoje długie włosy. Czuła na sobie ciekawskie spojrzenia gości zasiadających przy stołach, ale zignorowała je, oddając się muzyce. Wieczory takie jak ten przypominały Lorraine, że z urodzenia i wychowania jest – i zawsze będzie – Malfoy. Wieczory takie jak ten prawie pozwalały zapomnieć, że to dumnie brzmiące nazwisko było jedynym, czym mogła się poszczycić.

Wolałaby umrzeć w najgorszym ze ścieków Nokturnu, niż nurzać się codziennie w tym arystokratycznym szambie.

– Nie wiem, komu przyznać laur zwycięzcy w konkursie tanecznym, więc ucieknę, zanim pan i pan Shafiq porwiecie mnie do rewanżu: boję się zresztą, że orkierstra opadła już z sił – Na jej twarz szybko powrócił wyraz uprzejmego znudzenia – do cna wystudiowanego – kiedy zobaczyła, że na salę wjeżdża tort, bezczelnie przerywając im taniec. Cóż, najlepszy jest niedosyt. – Dziękuję za taniec, panie Selwyn.

Lorraine błyszczała.

Kiedy Jonathan omiótł ją swym spojrzeniem, mógł zobaczyć czerwień, czerwoną mgławicę inkrustowaną tysiącami błędnych gwiazd: patrz na mnie, zdawała się szeptać intoksykująca czerwień, połyskująca nadnaturalnym blaskiem, nie waż się odwracać oczu, żądała kapryśnie. Patrz na mnie – tylko na mnie. Ale roziskrzony czar półwiły był jedynie fasadą, nie mogącym równać się z feerią barw tuż pod powierzchnią. Migocząca kaskada tajonych uczuć, głęboko skrywanych marzeń i snów – emocje, których nie mogła – nie chciała – nie potrafiła pokazać – zmieniające się niczym w kalejdoskopie, wszystkie tak przerażająco intensywne, wszystkie tak desperacko żywe, próbujące wyrwać się z okowów wątłego ciała wiły. Odcienie czerwieni mieszały się ze sobą w aurze Lorraine jak róże we wcześniej krytykowanych przez nią weselnych bukietach: szkarłatne namiętności rozkwitały niczym kamelie, karmazynowe maki prężyły się raz to w lekkodusznej radości, raz to w grobowej zadumie, burgundowe dalie uosabiały gniew, zazdrość i porywczość, zaś rubinowe storczyki… Och, Jonathan nie mógł mieć wątpliwości, po tym jak doświadczył tej oślepiającej łuny czerwieni. Miłość była we wszystkim co robiła Lorraine. Wysycała każdą jej myśl, przenikała każdy gest. Patrz na mnie – śmiała się głośno i buńczucznie. Kochaj mnie – modliła się, bezgłośnym szeptem. 


***

TW: eating pussy and dick disorder


Kiedy Lorraine dostrzegła w oddali Maeve, jej aura gwałtownie rozbłysła, jaśniejąc dumnym blaskiem. Kiedy dostrzegła Atreusa, również zamigotała czule – choć pojawiło się w niej więcej ciemnych odcieni, symbolizujących nieufność. Kiedy zrozumiała, że musieli przyjść na wesele razem, czerwień aury zaczęła kłębić się jednak niczym wzburzone morze – zafalowała gwałtownie, iskrząc pianą. Lorraine była jak syrena wyrzucona na brzeg: z cudownym śpiewem zamarłym na ustach, z bezużytecznymi nogami – które drżały, nie mogąc postąpić choćby kroku – i smakiem soli na języku, który zamiast przypominać o utraconym domu, powodował mdłości.

Miała ochotę zwymiotować swoje serce.

W zamian zjadłaby serce Atreusa. Wyrwałaby mu je z piersi tymi samymi rękoma, którymi niegdyś dotykała go, przepełniona miłością – tymi samymi rękoma, którymi wielbiła z rewerencją Maeve – tymi samymi rękoma, którymi zawsze potrafiła wyrazić więcej niż słowami. Spojrzenie Lorraine mendrowało po twarzy Maeve, nieco dłużej zatrzymując się na jej oczach i ustach – jak gdyby chciała zlizać z warg kobiety wspomnienie roszącego je alkoholu – oczach i ustach, które należały do Lorraine, tak jak dłonie wiły należały do Maeve.

Nie, nie była zazdrosna. Nie mogła być zazdrosna. 

Kim zresztą była, by zabraniać czegoś ukochanej? Sama krążyła nieustannie między jej sypialnią a łóżkiem Otto.  Maeve mogła być kim chciała, i mieć kogo chciała – to wydawało się Lorraine naturalne, zresztą, zawsze fascynowało ją, że Chang potrafi czerpać z życia garściami – lubię na ciebie patrzeć, kiedy bawisz się swoim darem, mówiła, wtulając się pod ramię metamorfogini, wyglądasz wtedy tak, jakbyś odkrywała w sobie coś nowego,  wyglądasz tak, jakbyś błyszczała. 

Nie, Lorraine nie była zazdrosna, Lorraine była chciwa. Czasem po prostu chciała mieć Maeve tylko dla siebie. Chciała zwymiotować i zjeść cudze serce, bo jej własne nie wystarczyłoby, by pomieścić ogrom uczucia, skonstatowała w bulimicznym paroksyzmie, wyobrażając sobie z lubością, jak wsadza palce do gardła, szkoda, że swoje własne, nie palce kochanki, pomyślała, a wstyd zabarwił jej policzki rumieńcem. Wszystkie swoje uczucia zdążyła już rozgryźć – przemielić w zracjonalizowaną papkę, której nie śmiała przecież przełknąć – była tak miłosierna i wybaczająca jak sama Matka, więc wypluła ją, na boską modłę, ledwie poczuła smak na języku. Zawsze ten głód – ten przeklęty głód – głód, jej constans, jej puls, sens jej istnienia: Lorraine była głodna, Lorraine musiała być głodna – nie patrzyła na tort, na tony lukru i ozdób, na fikuśne talerzyki, na których został podany gościom, jeszcze chwila i się zrzygam, pomyślała spokojnie – wystarczyły okruchy miłości. Tyle jej się należało. Na tyle mogła sobie pozwolić.

Nie mogła być zazdrosna, ani o Maeve, ani o Atreusa. Kochała już i tak zbyt mocno.

To zresztą prawie nie bodło jej próżności, kiedy w grę wchodzili mężczyźni – z kobietami zawsze mimowolnie się porównywała, ale płeć brzydsza nie była konkurencją – tylko że ze wszystkich mężczyzn na świecie trafiło na Atreusa. Atreusa, który nie dość, że kochał Lorraine pierwszy – zanim ona sama wiedziała, czym w ogóle jest miłość – musiał też kochać Maeve pierwszy, mógł ją mieć tylko dla siebie, wstrętny szuler, lawirujący na peryferiach serc, pomyślała, patrząc na dłonie Bulstrode’a. Wyobrażała sobie jak suną po wysmukłych nogach Maeve by sięgnąć między jej uda. Kiedy dotykał Maeve – czy dotykał ją tak czule, jak robiła to Lorraine? – czy kochał ją tak dobrze, jak kochała ją Lorraine? Jakim był dla niej kochankiem? Innym niż dla Lorraine? Wobec niego też odczuwała dziwną posesywność, choć ta przez lata zdążyła nabrać innego charakteru, tak jak jej miłość. O Atreusa nie potrafiła być jednak zazdrosna w ten sam sposób – zbyt wiele znała kobiet, które przez lata przewinęły się przez jego łóżko – zarówno on jak i Otto przyzwyczaili ją do tego, żeby nie brać zbyt wielu rzeczy na poważnie, kiedy rozchodziło się o relacje damsko-męskie.

A jednak... Stał tak blisko Maeve – za blisko, oceniła, wyobrażając sobie, jak łatwo mogłaby zniknąć dzieląca ich przestrzeń, gdyby życzyła sobie tego Chang: Lorraine czuła, jak miękną jej kolana, na samo wspomnienie drapieżnego błysku w oczach ukochanej, błysku, który tak kochała – kiedyś byli ze sobą jeszcze bliżej, pomyślała chłodno, odwracając wzrok. To nie wystarczyło, by pozbyć się sugestywnych obrazów spod powiek. Wyglądali tak dobrze razem. Odwróciła głowę. Jedno spojrzenie Lorraine i kelner pojawił się u jej boku. Zawahanie wiły nie mogło trwać dłużej niż chwilę. Aura mieniła się czerwienią, ale twarz Lorraine pozostała doskonale obojętna. Z wdzięcznym, bardzo poprawnym uśmiechem przyjęła oferowany kieliszek wina. 

Obróciła go w ręku z zamyśleniem. 

Próbowała pozbyć się wizji omdlewającej z rozkoszy Maeve opierającej się o pierś Atreusa. Próbowała nie myśleć o własnych palcach zaplątanych pożądliwie we włosy obojga. O tym jak łatwo byłoby ich sprowokować – nie potrzebowała legilimencji, by poznać ich pragnienia, nie potrzebowała mocy wiły, by wkraść się do ich serc, udowadniała sobie, ogarnięta desperackim pragnieniem bycia otoczoną przez znajome ramiona – wystarczyłoby rzucić wyzwanie z kapryśną manierą kokietki i uśmiechnąć w odpowiedni sposób, tak, jak to zawsze robiła.

Objęć wiły nie dało się tak łatwo zapomnieć. Dlaczego więc zapomnieli, pomyślała gniewnie, ruszając w stronę Maeve i Atreusa z wygłodniałymi oczami, powinnam im przypomnieć, co potrafi moja miłość?

Miała kiedyś jedno i drugie, ale nigdy obojga naraz. 


rolluje na wiłę why not: liczę na porażkę, bo chcę efekt, żeby ludzie się przede mną dramatycznie rozstępywali
Rzut Z 1d100 - 87
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 14
Akcja nieudana


Postacie opuszczają sesję
Lorraine Malfoy, Maeve Chang i Atreus Bulstrode


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Albert Rookwood (1218), Alexander Mulciber (6083), Ambrosia McKinnon (1615), Anastasia Dolohov-Burke (617), Annaleigh Dolohov (2409), Anthony Shafiq (6007), Atreus Bulstrode (3084), Augustus Rookwood (739), Bard Beedle (3666), Bellatrix Black (2492), Charlotte Kelly (2620), Christopher Rosier (2427), Desmond Malfoy (1846), Eden Lestrange (3466), Edward Prewett (463), Elliott Malfoy (1813), Erik Longbottom (1949), Eutierria (84), Florence Bulstrode (4140), Geraldine Greengrass-Yaxley (2519), Imogen Rookwood (1243), Isaac Bagshot (1887), Jagoda Brodzki (1744), Jonathan Selwyn (3379), Laurence Lestrange (2525), Laurent Prewett (5350), Leviathan Rowle (855), Lorraine Malfoy (6846), Louvain Lestrange (2751), Lyssa Dolohov (4334), Maeve Chang (2325), Millie Moody (3702), Mirabella Plunkett (563), Morpheus Longbottom (3278), Oleander Crouch (1807), Pan Losu (1062), Peregrinus Trelawney (2890), Perseus Black (6962), Rodolphus Lestrange (3343), Rowena Ravenclaw (1625), Sauriel Rookwood (8726), Septima Ollivander (675), The Edge (3377), The Overseer (1574), Ulysses Rookwood (3477), Vakel Dolohov (4597), Victoria Lestrange (8990)

Wątek zamknięty  Dodaj do kolejeczki 

Strony (33): « Wstecz 1 … 29 30 31 32 33 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa