Poruszył ustami, płucami, ale odetchnieciem tego nazwać nie można było. Dla niego było ledwo odruchem, który miał przynieść ulgę. To, co powinno wypuścić nadmiar powietrza, poluzować mięśnie - nic takiego nie miało miejsca. Wszystko stało w tym swoim martwym zastoju. Każdy kawałek jego jebanego ciała. Super, tak przecież miało być. Trup prowadził Zimną pod rękę i przynajmniej temperatura była między nimi taka sama - zero różnic. Bawić mogło co najwyżej, że Richard ostatnio zastanawiał się, co to za przypadłość dręczy Victorię, a nie pomyślał, że może być po prostu wampirzą towarzyszką. No - może nawet w oczach society byliby parą idealną! Z pewnością - szczególnie, że Zimnym groziła śmierć, a on był nieśmiertelny. Doprawdy - tragiczna historia, a te zawsze sprzedawały się najlepiej.
Sauriel obejrzał się na blondaska, którego kojarzył - dziecię Malfoyów - jeden z tych pedałów, którym by zajebał dla pieniędzy, ale lepiej tego nie robić, bo życie na dobrym torze z tą szaloną rodzinką było jak dobre życie z Changami czy Mulciberami. Jasne, w końcu komuś wyjebać musisz, ale dopóki pieniądze się zgadzają to może nie bez potrzeby? Tu i teraz tylko skinął przystojniakowi głową i obejrzał się na jego tyłek. Czy babeczki na takich lecą? Cóż, Sauriel nigdy nie miał problemów z biciem kobiet, ale raczej bił je z konieczności. Tak samo jak takich chłopaczków. To chyba jakaś forma litości. Albo słabości - jak do blondynek.
- Czy jest tutaj ktoś z tych wielkich, nadętych, pizdowatych rodzin, których Black nie zaprosił na ślub mojej kuzynki? - Nie pytał jej konkretnie, to jest - nie poszukiwał u niej tej wiedzy objawionej, która nie mogła zostać wyciągnięta z rękawa, ale ta myśl przeszła mu przez głowę, kiedy weszli na salę balową i spojrzał po gościach raz jeszcze. Jedni mniej znani, inni bardziej. Mulciber, Dolohov... Niektórych imion i nazwisk wcale nie chciał pamiętać, inne powinien pamiętać, ale zapomniał, a jeszcze innych zapamiętanie nie kojarzyło się nawet tak negatywnie. Każdy człowiek to skurwysyn, tylko nie każdy to wystarczająco intensywnie okazywał. Bo nie istniały ideały. Bo każdy czegoś pragnął, każdy miał swoją cenę, a godność i honor? Zabijała już lepszych.
Chciałby powiedzieć, że coś z niego zeszło. Że trochę z niego zeszło. To paskudnie obezwładniające uczucie, które kojarzyło się ze słabością. Smutek. Żal. Tęsknota. Nie, nawet nie jedno uczucie - cały ich wachlarzyk. Nie były potrzebne i na pewno nie były chciane ani mile widziane. Co jednak było mile widziane to ta słodka wdzięczność. Ten mały promień światła - też obezwładniał, ale w zupełnie inny sposób. Lepszy, dobry. Bo to przecież musiało być dobre. Poprowadził z powrotem Victorię na parkiet, żeby z nią jeszcze zatańczyć. Parę ostatnich tańców przed powrotem do domu.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)