Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. To niewyobrażalnie przykra perspektywa, zwłaszcza w sytuacji, gdy tym ''dobrem'' jest próba ochrona dobrego imienia osoby, na której najbardziej ci zależy. Niestety, w przypadku Camerona jego odwaga bardzo często graniczyła ze skrajną głupotą i tak było także i w tym przypadku.
Samo to, że udało mu się utrzymać na miotle, tak długo był istnym cudem. I to z rodzaju tych, o jakie modliły się całe zgraje kapłanów i kapłanek kowenu Whitecroft. Kto wie, może gdyby Lupin w pewnym momencie nie spojrzał w dół, udałoby mu się w ślimaczym tempie dotrzeć do mety. Nie była to jednak rzeczywistość, jakiej dane mu było doświadczyć.
Zamiast tego, gdy zdał sobie sprawę jak kurewsko wysoko uniosła go ta przeklęta miotła, momentalnie poczuł ogromną gulę w gardle, a palce zaczęły ślizgać się po trzonku, podczas gdy sam ''jeździec'' próbował zrozumieć, jakim cudem wylądował w tej sytuacji. Czy oni zawsze latali tak wysoko? Aż mu przed oczami pociemniało, gdy pomyślał sobie o tych wszystkich meczach, pościgach i treningach, na jakie ganiała Heather przez dobrych kilka lat nauki w Hogwarcie...
Wbrew woli Camerona miotła nagle obniżyła pułap lotu, jakby w jakiś sposób odczuwała, że z chłopakiem jest coś nie tak. Problem był jednak taki, że ten zaklęty zbiór witek wcale nie zmierzał ku plaży, a... Prosto w wodę. Oczami wyobraźni widział już, jak znika pod powierzchnią tylko po to, aby nigdy już się nie wynurzyć.
Teraz przyświecał mu tylko jeden cel: znaleźć się na ziemi. I wtedy miotła szarpnęła, zrzucając go z siebie, rozpoczynając tym samym kilkumetrową podróż Lupina w stronę plaży. A przy spotkaniu z piaskiem pierwszym, co usłyszał, było głuche charakterystyczne chrupnięcie w okolicy przedramienia, które z kolei zostało skomentowane przez rannego soczystym KUUUUUUUURWAAAAAAAA.