Wieże wystrzeliły ku górze, a Anthony poczuł miłe zaskoczenie, że makietka nie wzrasta poziomami, a jej architekt wprowadził pewne zachwiania i asymetrie. Ściągało to oczy, pozostawiało pewną niepewność cóż też zostanie wybudowane nawet za najmniejszy datek. Być może też osoba sterująca konstrukcją z zaplecza pragnęła przypodobać się kanclerzowi skarbu, synowi byłego ministra. Anthony, jakby nie patrzeć, znany był z aktywności niekoniecznie kojaroznych w polityką, nawet mimo minionej kambodżańskiej burzy.
Migawka magicznego aparatu fotograficznego trzasnęła gdzieś obok ucha, obaj nawykli do tego typu aktywności ustawili się do zdjęcia bardziej pozowanego, choć Shafiq nie był przekonany, czy po zakończeniu tego małego tête-à-tête nie powinni powtórzyć ujęcia dla uchwycenia większej części teatralnych murów.
Odpowiedź młodszego czarodzieja przyjął tylko sugestywnym uśmiechem i skinieniem głowy, zaś ukrycie się na drugim z balkonów odbiło się na jego twarzy wyraźną ulgą. Nie było tu cicho, ale było zdecydowanie spokojniej.
— Twoja pewność dotycząca preferencji miłościwie nam panującej niewątpliwie zasmuciłabym monsieur Cattelmora, choć podejrzewam, że ze względu na obecną sytuację pieniądze płyną do niego strugą— stwierdził, choć tak na prawdę było to pytanie, kto jak to, ale to właśnie Malfoy miał najlepszy wgląd w księgi całego ula. A przynajmniej powinien mieć...
— Front... to może dużo powiedziane. Ministerstwo chce przypudrować nosek, ale tylko nieliczni są na tyle rozumni, aby zrobić to z pożytkiem dla kogokolwiek. — westchnął, uciekając wzorkiem w kierunku jednej z odnóg Alei Horyzontalnej, teraz tak obficie przypudrowanej listowiem. Zza rośliny było widać jednak zniszczenia i... cóż, ten postapokaliptyczny pejzaż przez jakiś czas będzie musiał być ich rzeczywistością.
— Masz na myśli tę uroczą kratę przywodzącą na myśl szkolne mundurki? — uniósł brwi w pewnym rozbawieniu. Nie żeby nie spodziewał się tego pytania dziś, zwłaszcza po swoim dawnym protegowanym. — Oswajam się z dziedzictwem pozostawionym mi przez ciotkę Floraidh. Mała posiadłość rodowa przeszła w moje ręce, mimo pokrewieństwa po kądzieli. — sporo czasu minie, nim doprowadzi to domostwo do porządku, aby kogokolwiek tam zaprosić. Ekipy remontowe i budowalne miały o wiele więcej roboty w innych częściach kraju. — Cóż to z mina? Wiem, że w wakacje zwykle ukrywam właściwości swojej karnacji, ale wtedy najtrudniej wyprzeć mi się góralskiej krwi. — ton zdawał się żartobliwy, wręcz anegdotyczny, choć głuchy by zauważył zaszytą pod nim melanchollię.